|
Skład: Jack Russell - śpiew, chórki; Mark Kendall - gitary, chórki; Michael Lardie- gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Audie Desbrow - perkusja i instrumenty perkusyjne; Scott Snyder - gitara basowa
Produkcja: Michael Lardie
Dwa lata minęły, odkąd ukazał się comebackowy album Greath White Back To The Rhythm. Wydawnictwo na ogół chwalone przez recenzentów, w tym niżej podpisanego. Zachęceni sukcesem kążka muzycy postanowili szybko nagrać jego następcę. Rising to 12 kompozycji będących efektem współpracy niemal tych samych muzyków, co brali udział w poprzedniej sesji.
Jedynym wyjątkiem jest zmiana na pozycji basisty. Zamiast Seana McNabba, który teraz próbuje swych sił na deskach teatru, niskie tony wygrywa tu Scott Snyder. Podobnie jak poprzedni krążek Rising wyprodukował gitarzysta Michael Lardie. A więc, czy można oczekiwać drastycznych zmian? Nic podobnego.
Nieco zmyłkowy jest wstęp do pierwszego na płycie Situation, gdyż bluesowa, spokojna zagrywka zwiastuje jakąś balladę. Nic bardziej mylnego. To mocny hard rockowy kawałek, podobnie jak numer tytułowy z Back To The Rhythm. Tradycyjnie zespół zadbał o surowe, aczkolwiek wyraziste brzmienie. Po prostu hard rock. Kwintesencją stylu Great White jest też drugi
na albumie All Or Nothin'. Tutaj lata '70 uderzają z całą mocą w klimatach AC/DC czy Bad Company. Oczywiscie takie kawałki Rekin miał już wcześniej, ale nie uważam, żeby miał rezygnować z prezentowania podobnego stylu w końcówce obecnej dekady. To się zawsze sprawdza. Podobnie jak na Back To The Rhythm i na Rising znalazły się łagodniejsze numery. I Don't Mind jest pierwszym, który wyłamuję się z hard rockowej konwencji. To raczej pogodna, rockowa piosenka z popwo brzmiącą perkusją, ale nie jest wcale taka zła. Po prostu nie-hard rock. Mimo wszystko wokal Russela wciąż niesamowicie dynamiczny i charyzmatyczny. Szkoda, że obecnie tak niewielu wokalistów rockowych korzysta z takich wzorców. A jakby nie patrzeć, to klasyka. W Shine pojawia się pełniejsze brzmienie gitary. Kawałek to co prawda pół-balladowy, ale nie zapominajmy, że Great White ma w swoim dorobku całkiem sporo udanych ballad. Tutaj słucha się tego dobrze, bo mimo pewnej łagodności w zwrotkach mamy do czynienia z typowo hard rockowym refenem. No i jest zgrabne solo. Tak trzymać panowie. No a dalej Loveless. Jedna z najlepszych kompozycji Greath White na tym krążku i myślę, że w całej dyskografii zespołu. Spokojna, wyważona zwrotka przeradza się
w hiciarski refren, który mnie akurat przypomina grupę Tesla i ich Did It For The Money. Nie jest to dokładnie takie brzmienie, ale sam sposób śpiewania Russela do złudzenia przypomina to, co wyczyniał Jeff Keith. Wspomniałem wcześniej o popowym rysie I Don't Mind. Jeszcze bardziej w tym kierunku zmierza Is It Enough i tym samym jest to już naprawdę delikatne. Można uznać ten fakt za minus, jeśli ktoś oczekuje od Great White rockowego grzania od początku do końca płyty. Ale Rising takie nie jest. Jest bardziej introspektywne, w miarę różnorodne. Np. Last Chance też jest łagodne, lecz inne od poprzednika. Bardziej 'korzenne' i wyraźnie zdradzające bluesowe inklinacje Russela i spółki. Żeby zbytnio nie uśpić słuchacza, grupa serwuje ostry rockowy kawałek Danger Zone. Brzmienie gitary podobne jak w Shine, tyle że tutaj mamy więcej hard rockowego nerwa. Nie wykluczone, że to najzadziorniejszy utwór na płycie, a mnie osobiście kojarzy się tochę z Dressed Up Vamp Bang Tango, co uznaję za duży plus. Nie zabrakło świetnej solówki, być może najlepszej na albumie. Panowie widać doszli do wniosku, że jak wymiatać, to na całego. I tak też jest w tym utworze. Jak dla mnie za mało tutaj takich kawałków. Stanowczo za mało. Na szczęście Down On The Level to żaden powrót do łagodnego oblicza zespółu. To solidny klasyczy hard rock w stylu wspomnianego Bad Company. Dobra muza, no i nawiązująca do największych osiągnięć zespołu. Gitarzysta skorzystał tu z kaczuszki, co słychać wyraźnie w solówce. Dwa ostatnie autorskie kawałki Great White na Rising są zdecydowanie wyciszające. Pierwszy to typowa ballada z gitarami akustycznymi, obficie wypełniającymi przestrzeń. Nie ma w tym cienia szans na ostrzejsze wejście z przesterami i jakieś stopniowanie napięcia. Raczej relaksacyjny numer. Po nim również ballada, tyle że bluesowa. Pierwsze parę uderzeń w klawisze kojarzyć się może z "Odą Do Radości" Beethovena, chociaż nie wiem, czy taki był zamysł. Dalej jest już klasyczny blues, do jakiego grupa przyzwyczaiła nas na niektorych wcześniejszych płytach. Kawałek sprawia o wiele lepsze wrażenie niż poprzednik, gdyż mimo lekkości nie jest specjalnie przesłodzony (blues z natury ma taki feeling, albo się to komuś podoba, albo nie). W europejskim wydaniu Rising na końcu płyty zamieszczono cover The Rolling Stones Let's Spend The Night Together. Biorąc pod uwagę, że kompozycja ma już ponad 4 dekady, panowie z Great White prawie niczego tu nie zmienili. No chyba że brzmienie, co jest oczywistością biorąc pod uwagę, że mamy rok 2009. Godzina z muzyką Greath White mija jak z bicza strzelił i aż chce się ten krążek odpalić ponownie.
Patrząc na malowniczą okładkę jedenastego albumu Great White dochodzę do wniosku, że mimo pewnego przerysowania idealnie oddaje ona zawartość płyty, a i nie jest tak obskurna jak obwoluta Back To The Rthythm. Oba albumy stawiam na równi i jestem pewien, że Rising znajdzie się w moim zestawieniu najlepszych płyt 2009 roku. To tak profesjonalne granie i zarazem tak szczere, że bez wyrzutów sumienia polecam wszystkim fanom hard rocka, nie tylko tym, którzy za wzorzec biorą Lez Zeppelin. Znajdą tutaj też coś dla siebie fani brzmień z lat '80. Great White to klasa sama w sobie. Dziękuję panowie za ten album.
Oficjalna strona zespołu: www.mistabone.com
LSDisease marzec 2009
|