Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

GRAND DESIGN - Time Elevation [2009]
Wydawca: Metal Heaven / AOR Heaven

  1. Love Sensation
  2. Slugged Out
  3. Air It Out
  4. Piece Of The Action
  5. Sad Sound Of Goodbye
  6. No Time For Love
  7. Hello Mr. Heartache
  8. Let's Go Down Fighting
  9. Sheik Iddup
  10. Love Will Know
Time Elevation

Skład: Pelle Saether - śpiew, chórki; Peter Ledin - gitara, chórki; Richard Holmgren - perkusja, chórki; Dennis Vestman - gitary; Anders Modd - gitara basowa

Produkcja: Pelle Saether

Czasami zdarza mi się mieć mieszane uczucia. Niby wszystko jest na miejscu, niby słuchanie płyty sprawia mi przyjemność, a jednak nie mam ochoty do niej wracać. Jakimś cudem Grand Design wpadło właśnie do takiego worka. Znam wiele osób, które wysoko cenią sobie to niewątpliwie ciekawe wydawnictwo, a oprócz tego czytałem na temat Time Elevation wiele pochlebnych opinii. Mimo to nie potrafię się do niego w stu procentach przekonać, a jedynie w powiedzmy osiemdziesięciu.

W czym tkwi problem? Otóż w niczym, płyta jest bowiem dobra, a zespół nagrał ją z głową. W skład kapeli wchodzą utalentowani, choć mało znani muzycy. Od strony technicznej niczego im nie brakuje i w ich grze słychać wyraźną fascynację starym, melodyjnym graniem. Debiutancki krążek Grand Design to kawał dobrej muzyki, a zespół w celu jej stworzenia użył sprawdzonych składników. Mamy zatem dość dużo Def Leppard, trochę Axxis, szczyptę melodii, a wszystko to zostało doprawione zmetalizowanym brzmieniem, choć zdarzają się również AOR-owe aranżacje. Efekt jest zadowolający i słuchając pojedynczych ścieżek można wpaść w zachwyt, doceniając zarówno pomysły jak i kunszt muzyków. Weźmy chociażby Love Sensation będące chyba flagowym produktem kapeli. Słuchając ścieżki natrafiamy na przekrój tego wszystkiego, co czeka nas dalej. Wolniej będzie w Slugged Out, ale tylko na początku, gdyż po długim intro muzyka nabiera tempa. Pędzi, pędzi, zwalnia na chwilę przed refrenem i znowu przyspiesza. Chórki mogłyby brzmieć lepiej, gdyż wyszły upiornie i przez to niezbyt mi się podobają. Air It Out to numer trzy i ponownie zaczyna się spokojnie, choć zarazem tajemniczo. Później następuje obowiązkowe przyspieszenie oraz rewelacyjne, leppardowe refreny. Jest to jedna z lepszych kompozycji na krążku. W Piece Of The Action dziwią mnie co niektóre aranżacje (niby Leppardzi, ale dziwnie zagrani). Numer w gruncie rzeczy brzmi porządnie, ale ciężko mi się do niego przyzwyczaić. Piąteczka to ciekawa, nieźle zagrana ballada, która od pierwszych sekund będzie się kojarzyć z Def Leppard. Nie ma żadnych szans, żeby powalczyć z klasykami brytyjskiej formacji, ale z pewnością może się podobać. Gdyby za mikrofonem stał inny wokalista, to pewnie lepiej postrzegałbym twórczość kapeli. No Time For Love jest kolejną udaną ścieżką. Zaczyna się w typowy dla ekipy, wolny sposób, ale tym razem rozpędza się raczej spokojnie. Wszystko jest na miejscu i ciężko byłoby w niej coś zmienić. Następny kawałek Hello Mr. Heartache jest dla odmiany dość radosny, sygnalizując, że zespół podszedł do gry bardziej na luzie. Wesoły nastrój udziela się muzykom dalej, gdyż w Let's Go Down Fighting są jeszcze bardziej rozluźnieni, kierując się bardziej sercem, a nie wyrachowaniem. Aż miło się ich słucha. Szkoda, że w niektórych poprzednich numerach zabrakło takiego nieskrępowania. Dziewiątka została dziwacznie zatytułowana, ale uważny czytelnik zauważy, że zespół odniósł się w ten sposób do Leppardów, przekręcając "Shake It Up". Jest to moim zdaniem najlepszy kawałek na płycie i jest ku temu jeden powód. Ekipa naśladowała wcześniej Brytyjczyków, używała do tego jednak innego, bardziej zmetalizowanego brzmienia, a w ich grze brakowało trochę luzu. Tym razem zagrali w sposób bardziej zbliżony do kopiowanego oryginału. Love Will Know to druga ballada na płycie, ale tym razem jest to typowy akustyk. Nie lubię takich ścieżek, gdyż nie wnoszą ze sobą nic nowego i po prostu są ich setki. Jeśli ktoś jednak nie jest uprzedzony, to może spróbować.

Winowajcami odpowiedzialnymi za moje marudzenie są, tak jak już wcześniej wspominałem, niepasujące brzmienie oraz wokalista, którego barwa głosu krzywdzi graną przez zespół muzykę. Pomimo tego uważam krążek za interesującą pozycję i sądzę, że źle by się stało, gdybym kogoś niepotrzebnie do niej zraził. Jako fan Leppardów dodam jeszcze, że nie jest to płyta, która spełniła moje oczekiwania, a jedynie zwiększyła apetyt. Wciąż czekam na debiut Loud Lion.

Oficjalna strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/granddesigner

Guciomir
listopad 2009