|
Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja; Mandy Meyer - gitary
Produkcja: Chris Von Rohr
Grali mocno, grali dobrze. W swoim czasie byli prawdziwymi ekspertami od wystrzałowego hard rocka. Mieli niezłą reputację. Trzy pierwsze płyty Gotthard zostały wypełnione po brzegi solidnym materiałem i dzięki temu, że chłopaki ze szwajcarską precyzją regularnie dostarczali nagrania wysokiej klasy, udało im się zdobyć rzesze fanów. Ich muzyka podobała się krytykom i w dodatku nieźle się sprzedawała. Dość często zdarza się, że kapele w celu zwiększenia swojej popularności zaczynają grać lżej. Część z nich myśli zapewne przede wszystkim o tym, aby podbić wyniki sprzedaży swoich wydawnictw. Gotthard byli jednak nieugięci i twardo opierali się tej tendencji. Do czasu...
Wydane pod koniec XX wieku Open jest płytą pop-rockową. Grupa wyrzekła się swoich hard rockowych korzeni i zaczęła grać muzykę określaną mianem "przyjaznej radiu". Czy jest to zmiana na dobre? Entuzjasta nowego oblicza kapeli powiedziałby, że dzięki temu zespół może się rozwinąć, że może sprawdzić się w czymś nowym, że może po prostu poszerzyć swoje horyzonty. Jeżeli jednak nagrywa wcześniej trzy rewelacyjne płyty w pewnej stylistyce, to czy powinien przechodzić tak gruntowną metamorfozę? Wielu "starych" fanów kapeli w tym momencie zwątpiło. I pewnie gdyby materiał zawarty na Open był przebojowy, no i co tu dużo mówić - gdyby był po prostu dobry, to pewnie ilość osób obrażonych z powodu nowego kierunku obranego przez Szwajcarów, byłaby stosunkowo mała. Istota całego problemu związanego z tą płytą tkwi w tym, że Gotthard mogli zrobić ją lepiej. Zapomnijmy w tej chwili o całej otoczce związanej ze zmianą stylu i postarajmy się przenalizować to wydawnictwo bez zbędnych uprzedzeń. Niewątpliwie, na krążku tym znalazło się kilka ciekawych numerów. Moją uwagę zwróciły takie utwory jak Vision czy też Cheat And Hide. Pierwszy z nich to łagodna AORowa kompozycja, o której nie można powiedzieć złego słowa. Steve Lee dobrze odnalazł się w nowej stylistyce i jego głos pasuje do granej przez kapelę muzyki. Ładnie wypadają klawisze, numer ma niezły rytm. Takie granie bardzo mi odpowiada i gdyby cała płyta była właśnie taka, to nie byłoby powodów do narzekania. Cheat And Hide to najlepsza pop-rockowa kompozycja, jaką do tej pory udało się stworzyć kapeli. Numer brzmi trochę, jakby był inspirowany twórczością Chrisa Rea i naprawdę dobrze wypada. Chłopakom w szczególności udał się refren. Jest on elektryzujący, od razu czuje się potrzebę aby wyśpiewywać go z wokalistą. Chciałoby się rzec: "prosimy o więcej podobnych rockerów". Z drugiej strony, zawiodły takie numery jak Got To Be Love oraz Let It Rain. Chłopaki grają, jakby zapomnieli o co w tym wszystkich chodzi i jakby pisanie nowych kompozycji stało się dla nich udręką. Deszczowy utwór jest balladą na tyle mdłą, że źle się jej słucha. Pewnie znajdą się amatorzy takich bujających kompozycji. Ja do tej grupy jednak nie należę - oczekuję albo więcej oryginalności albo lepszego klimatu. Zespół stać na więcej, wystarczy przypomnieć sobie jego wcześniejsze utwory nagrane w balladowej stylistyce. W podobny do tego z Let It Rain, "mało konkretny" sposób zacznie niedługo nagrywać Bon Jovi. Nienajgorzej wypadł cover nagranego przez The Move w latach 60' numeru Blackberry Way . Nie jest to jednak coś, co tygrysy lubią najbardziej. Czegoś tu zabrakło. Spodobać może się dopiero pogodne You - bardzo spokojny rocker, od którego po prostu bije ciepło. Spotkałby się pewnie z niezłym przyjęciem w polskim radiu. Jeżeli uda się już pogodzić z tym, że Gotthard przestali grać tak jak dawniej, to numery w stylu You całkiem łatwo jest zaakceptować. Podobnie ma się sprawa z Want You In. Numer przypomina trochę pop-rock z lat '80, a w dodatku Szwajcarzy umieścili w nim nienajgorsze melodyjne refreny. Tell No Lies i Back To You zostały nagrane bez jaj. Wystarczyłoby wcisnąć w nie odrobinę więcej energii i efekt byłby o wiele lepszy. A tak, dostaliśmy 2 średnie, mdłe numery. Best Time jest nawet gorsze. 0 energii, 0 mocy, 0 radości. W dodatku zostało to podane w mało atrakcyjny sposób. W Hey Jimmy Szwajcarzy odbili się od dna i numer nie jest tak słaby jak parę poprzednich. Lekkie wpływy country w połączeniu z dobrym rytmem i przebłyskami przebojowości a la ZZ Top dają dobry efekt. Gotthard nie chcieli jednak zakończyć płyty, pozostawiając po niej dobre wrażenie. Dorzucili zatem kolejną, słabiutką balladę Peace Of Mind. I nie chodzi o to, że numer jest zły, bo aż tak tragicznie z nim nie jest. Chodzi mi o zupełny brak oryginalności. Ballad, które charakteryzują się jedynie rzępoleniem gitary akustycznej oraz przejmującym wokalem było już bardzo bardzo wiele. I do tego, wiele z nich było znacznie lepszych. Na poprzednich wydawnictwach Szwajcarów, utworów balladowych było mało, lecz były one wysokiej jakości. Szkoda, że muzycy zapomnieli jak dawniej tworzyli takie kompozycje.
Gruntowna zmiana stylistyki doprowadziła do sytuacji, w której część starych fanów obraziła się na zespół, a część z nich zaakceptowała sytuację stwierdzając, że nagrany materiał jest dojrzały i udany. Gotthard zdobyli przy okazji również wielu nowych wielbicieli, którzy wyrównali powstałe straty. I choć do albumu jestem nastawiony sceptycznie, to paradoksalnie uważam, że zmiana była kapeli potrzebna. Od paru lat grali tak samo i czekał ich los AC/DC (czyli bardzo dużo dobrych, ale jednocześnie bliźniaczo do siebie podobnych krążków). Dzięki Open Szwajcarzy posmakowali czegoś nowego i gdyby zrobili to lepiej, to lubiłbym ten krążek. A tak, sięgam po niego rzadko i słucham jedynie paru wybranych utworów. Gotthard stać na lepsze pop-rockowo-AORowe wydawnictwo.
Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com
Guciomir październik 2007
|