|
Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary, chórki; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja i instrumenty perkusyjne; Freddy Scherer - gitary
Produkcja: Leo Leoni i Ronald Prent
Powrót do korzeni? Ostrzejsze brzmienie? Więcej hardu w Gotthardzie? Nareszcie... Byłem jedną z osób, które oczekiwały tego, aby Szwajcarzy zaczęli znowu grać bardziej konkretnie. W porównaniu do płyt, którymi zaczynali karierę ich ostatnie wydawnictwa nie były tak zachwycające. Niemniej jednak w mojej ocenie pop-rockowy etap ich życiorysu nie był czymś szczególnie złym, w tym czasie udało im się stworzyć parę niezłych kompozycji. Widać było, że kapela eksperymentowała i że świetnie się przy tym bawiła. Gotthard szukali nowych rozwiązań, łagodzili brzmienie, starali się odnaleźć to coś, czego potrzeba, aby stworzyć nagranie wybitne. Czuli najwyraźniej, że granie w kółko tego samego nie prowadzi do żadnego rozwoju. Tym samym my słuchacze dostaliśmy do rąk parę płyt, podczas których mogliśmy poznać różne oblicza Szwajcarów. W końcu im się udało. Połączyli zadziorność ze starych nagrań wraz z lekkością znaną z ich ostatnich wydawnictw, otrzymując jako wypadkową coś pomiędzy debiutem a Homerun. Stworzyli płytę niemal perfekcyjną.
Nie ukrywam, że Lipservice zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Produkcja w wykonaniu Leo Leoniego oraz Ronalda Prenta jest tak rewelacyjna, że jakość brzmienia powala na kowala. Gitary trzeszczą tak, że choć całe mieszkanie drży w fundamentach, to nie słychać żadnych szumów czy zakłóceń. Niesamowite. O sile nagrania, nie świadczy jednak jedynie produkcja. Główną miarą jest w tym przypadku to, że Lipservice jest po brzegi wypełnione hitami. I to rodem ze złotej epoki hard rocka. Słyszymy tu wszystko, zaczynając od Def Leppard, przechodząc przez Bon Jovi i Fair Warning, a na Whitesnake kończąc. Szczęśliwie Szwajcarom nie można zarzucić braku oryginalnośći. Są już na tyle starymi wyjadaczami, że w każdy numerze słychać wyraźnie ich styl. W żadnym numerze nie brakuje melodyjności czy też przebojowości. To wszystko już tam jest i to w dodatku w dużej ilości. Dla osoby, która podobnie jak ja lubuje się w melodyjnym hard rocku, może to być dawka śmiertelna. Słuchanie albumu pochłania dużo czasu wolnego i w tym świecie można się po prostu zatracić. Gdyby ktoś zadał mi pytanie: który numer na płycie jest najlepszy to nie potrafiłbym na nie odpowiedzieć. Steve Lee i spółka stworzyli zbyt wiele utworów "najlepszych". Krążek otwiera mocne uderzenie w postaci trzech następujących po sobie rockerów i właściwie każdy z nich mógłby pretendować o to miano. Zarówno jedynka jak i dwójka na płycie porażają mocą, jaką posiadają. To zadziwiające, że kapela przypomniała sobie jak nagrywać tak dobre rockery. Mamy tu do czynienia z przebojowymi refrenami i melodyjnością w wielkim stylu. Trochę inna kompozycją jest Lift U Up. Nagrano do niej ciekawy teledysk, podczas którego, widać co jest głównym przesłaniem ekipy - radość z życia i przede wszystkim zabawa. Jest to ciekawe i bardzo oryginalne zarazem nagranie, z niezłymi partiami gitary w tle. Szkoda, że w podobny sposób nie grają już chłopaki z Def Leppard. Kiedyś to oni potrafili zawładnąć sercami tłumu, a dzisiaj powinni się tego uczyć od Szwajcarów. Brianoadamsowo-bonjoviowa ballada w postaci Everything I Want to strzał w dziesiątkę. Od pewnego czasu chłopaki z uporem godnym maniaka tworzą lżejsze kompozycje według wspomnianej receptury i dość rzadko się im to udaje. Wystarczy wspomnieć płyty powstałe na przełomie wieków. Na Lipservice załoga udowodniła, że nauka na błędach przyniosi rezultaty. Cupid Arrow to rocker podobny do tych, które otwierały płytę. Gitarzysta ładnie nadaje ton całej kompozycji. Takich utworów nigdy za wiele. Znacznie ciężej i surowiej brzmi I Wonder. Jest to zasługa gitary elektrycznej, a sam numer daje niezłe pole do popisu dla gardłowego. Może się on wydzierać dowoli, a barwa jego głosu idealnie pasuje do refrenów. Uwielbiam tą lekką chrypkę. Nie jest to ostatni numer, na którym Lee ma okazję, aby dać czadu. Podobne funkcje spełnia następna kompozycja. Odbiega ona trochę stylistycznie od reszty materiału z płyty i choć zwiększa jego różnorodność, to nie jest moim faworytem. I've Seen An Angel Cry to druga ballada na kompakcie i w porównaniu z pierwszą wypada gorzej. Chwilami wydaje się, że najpierw nagrano przebojowy i świetny refren, a dopiero później zaczęto zastanawiać się jak powinna wyglądać reszta piosenki. Gdyby zwrotki były równie dobre, to numer pewnie by mi się podobał. Szczęśliwie refreny są na tyle przebojowe, że można o reszcie zapomnieć. Fenomenalne brzmienie przychodzi wraz ze Stay For The Night. Gitarzyści szaleją bez opamiętania, a utwór sprawia wrażenie inspirowanego twórczością Whitesnake (szczególnie zwrotki). Kto powiedział, że lata '80 nie żyją? Mylił się grubo i ta płyta w całości to udowadnia. Kolejnym cholernie mocnym uderzeniem ze strony kapeli jest singlowe Anytime Anywhere. Wybuchowy refren, który możemy w nim usłyszeć jest w stanie niszczyć mury. A już napewno wystarczy do rozwalenia paru szyb w pobliskich samochodach (z mała pomocą ustawionych na maksa głośników). Jest to kompozycja, która żyje. Możemy w niej znaleźć rewelacyjny riff, niezłą solówkę oraz super brzmienie. Do utworu nakręcono bardzo fajny teledysk, który jest przyjemny zarówno dla ucha, jak i dla oka. Szczególnie tego męskiego. Panowie powinni domyśleć się, co mam na myśli. Za numerem tym podążają dwa kolejne świetne rockery. Szczególnie drugi z nich - The Other Side Of Me wzbudza mój respekt. Skąd oni mieli aż tyle pomysłów na tak rewelacyjne riffy i refreny? Mistrzostwo świata. Początek kawałka został ciekawy zrobiony, pierwsze parę sekund sprawia wrażenie jakby kapela grała bez mocy, tylko po to, aby po paru sekundach przestawić się do trybu ognia ciągłego. Nothing Left At All to ballada żywcem kopiująca styl Bon Jovi. Tylko, że Amerykanie już dawno zapomnieli jak grać, natomiast Szwajcarzy pokazują nam jak powinno się to robić. Zadziwiające, że Gotthard zazwyczaj miewali kłopoty z zawarciem więcej niż jednej niezłej ballady na albumie, a tym razem jakoś sobie z tym poradzili. Może jest w tym zasługa nowego wydawcy - Nuclear Blast? A może odpowiedź tkwii w tym, że kapela nabyła nowego gitarzystę - Freddiego Scherera (po tym jak Mandy Meyer opuścił grupę)? And Then Goodbye to kolejny utwór w balladowej stylistyce i choć zazwyczaj nie lubię tak zagranych numerów, to jednak ten jeden do mnie przemawia. Niesie w sobie dużo spokoju i powoduje, że łatwo jest uspokoić szybko bijące serce. Na wydaniu, które posiadam, można również odnaleźć materiał bonusowy. Mowa tutaj o Can't Stop - rockerze, który zaczyna się jak numer Queen, a oprócz tego ma świetne, melodyjne, przebojowe, o zgrozo niemal punkrockowe refreny. Dobre zakończenie świetnej płyty.
Jaka ona zatem jest? Wybitna. Zazwyczaj zdarza się tak, że krążki, na których upchnięto aż 15 numerów, są dość nudne i że słuchając ich w okolicach kawałka numer 10 zaczyna się odczuwać pewne zmęczenie. Tutaj tak nie jest. Płyty słucha się z zapartym tchem od samego początku po sam koniec. Można sprzeczać się na temat tego, czy jest to najlepsza pozycja Gotthard w ich dyskografii. Niektórzy będą prawdopodobnie obstawać przy G. Tak czy inaczej, Lipservice można śmiało uznać za wydarzenie roku 2005 i jednocześnie jedną z najlepszych, jeżeli nie najlepszą płytę z tego okresu. Cieszy to, że Szwajcarzy powrócili do korzeni i że zrobili to w takim stylu. Zarówno produkcja, jak i kompozycje powalają na kolana. Obok tego wydawnictwa, żaden fan melodyjnego hard rocka nie przejdzie obojętnie. Płyty można słuchać w nieskończoność. Polecam i namawiam do kupna.
Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com
Guciomir październik 2007
|