|
Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja; Mandy Meyer - gitary
Produkcja: Chris von Rohr i Leo Leoni
Większość starych fanów znienawidziła poprzedni album kapeli i ledwo garstka z nich przyzwyczaiła się do nowego stylu Gotthard. Z drugiej jednak strony zespół otworzył się w kierunku nowej publiczności, zdobywając tym sposobem wielu miłośników, którzy podbili sprzedaż Open do statusu podwójnej platyny. Ja sam byłem jedną z osób, które liczyły na to, że Szwajcarzy pójdą po rozum do głowy, że zaczną grać tak jak dawniej i że ponownie będą mieli prawo używać słowa "hard" w swojej nazwie. Jak się jednak okazało kapela nie zamierzała wrócić do korzeni. Chłopakom z Gotthard najwyraźniej spodobało się nagrywanie lekkich kompozycji i ogłosili, że Homerun ma być stylistycznie zbliżony do Open. Przyznam szczerze: po takich zapowiedziach bałem się tego albumu.
Przestraszyłem się jeszcze bardziej, gdy dane mi było zobaczyć aktualne zdjęcia muzyków z kapeli. Nawet chłopaki z Harem Scarem nie wyglądali tak lalusiowato. Najgorzej wypadł Marc Lynn, który wystylizował się chyba na Leonardo Di Caprio. Przypomnę też, że za czasów występów w China, mógł się on poszczycić konkretnym hair metalowym owłosieniem. Nie jestem chyba odosobniony w przekonaniu, że boysbandowy image nie przystoi hard rockowej kapeli (która w dodatku w trakcie swojej historii nagrała już kilka świetnych i bardzo mocnych albumów). Poprzednia, pop-rockowa płyta miała dwie wady. Jedną z nich był zdecydowany przesyt lekkimi utworami, a drugą to, że skomponowany materiał był po prostu słaby. Homerun na szczęście tych wad nie posiada. Zespół w końcu odnalazł się w AORowej stylistyce i nagrane przez niego piosenki wreszcie zaczynają cieszyć. Nie są one już tak mdłe, powróciła melodyjność, powróciła przebojowość. Dzięki temu o wiele łatwiej jest zapomnieć o tym, że kiedyś Gotthard grali ostrzej. Pierwsze 3 kawałki na płycie (nie wliczając w tą rachubę króciutkiego intra) to udane rockery. Otwierające krążek Everything Can Change pokazuje nam jak powinno wyglądać poprockowe Gotthard. Widać, że panowie wciąż mają jaja i że nadal potrafią komponować niezłe kawałki. Kolejny numer to cover Andy Taylora, który w oryginale można było usłyszeć w filmie "American Anthem". Wyszedł znakomicie i uważam go za najlepszy kawałek na płycie. I choć ma on brzmienie o jakie jeszcze parę lat temu nikt nie mógłby podejrzewać zespołu, to jednak ma w sobie tyle melodyjności, tyle radości i euforii, że nie można go nie lubić. Refreny tryskają przebojowością, a numer jest na tyle pogodny i lekki zarazem, że bez trudu mógłby stać się radiowym hitem. Dla zagorzałych, "starych" fanów zespołu będzie to pop, ja jednak widzę przejowy AOR i jestem zachwycony. Light In Your Eyes to kompozycja inspirowana muzyką rockową za czasów świetności Bon Jovi. Zespołowi udało się jednak przemycić trochę swojego starego brzmienia przez co numer nie jest nudny. Widać również, że Gotthard przypomnieli sobie w jaki sposób komponować fajne refreny. Heaven to bodajże pierwsza "standardowa" ballada Szwajcarów, która przypadła mi do gustu. Z łatwością bije cały mdły repertuar z Open. Briano-Adamsowa receptura w końcu zadziałała i wreszcie otrzymaliśmy hit. Szkoda tylko, że Gotthard potrzebowali do tego tak wielu podejść. Refreny są stworzone do bujania i chyba o to w tym wszystkim chodzi. Szósteczka to numer nudny i niebezpiecznie zbliżający się do muzyki country. Jest to jednocześnie pierwsze poważne potknięcie kapeli na tym albumie. Eagle wypada o wiele ciekawiej. Gotthard najwyraźniej w latach '70 słuchali Scorpions. Efekt jest nienajgorszy i widać, że kapela szuka nowych inspiracji. End Of Time to numer niemal filmowy. Jego wstęp nadawałby się jako ścieżka dźwiękowa do jakiejś sensacji. Jest to ponownie jedna z oryginalnych kompozycji, podczas których zespół odrobinę eksperymentuje z brzmieniem. Refren jest typowy dla kapeli i jak niemal zawsze da się go lubić. Bardzo intrygującą kompozycją jest Reason To Live. Zadziwiającym jest fakt, że Gotthard potrafi odnaleźć się w takich utworach. Z pozoru spokojnych, posiadających jednak charakterystyczną iskrę, dzięki której ballada nie jest nużąca. Szczególnie podoba mi się nostalgiczny motyw przewodni, który napędza numer. Come Along to delikatny i kruchy rocker. Szczęśliwie jest to ta odmiana AORowego Gotthard, którą polubiłem. Może to sprawka refrenu? A może kwestia skojarzeń z bardzo lubianym przeze mnie Stage Dolls? Nie znając autora tego kawałka, strzelałbym że jest nim Torstein Flakne. I gdyby Homerun zakończyło się na wyżej wymenionych utworach, to byłoby na prawdę nieźle. Nie wiedzieć jednak czemu, ale dla Szwajcarów za mało było ballad i w końcowym rozrachunku otrzymaliśmy jeszcze dwie - Say Goodbye oraz Homerun. Z tych dwóch utworów obronić potrafi się jedynie kompozycja tytułowa i nawet w jej przypadku można stwierdzić, że jest to utwór zbędny. Nie ma w sobie nic oryginalnego, gra gitary jest jednak znośna, a odwołania do poprzednich płyt kapeli stanowią nostalgiczne urozmaicenie. Usłyszawszy fragmenty Mountain Mama, łezka może zakręcić się w oku.
Szósta płyta studyjna Gotthard to album wpisujący się w drugi, pop-rockowy etap historii kapeli. Wypada o wiele ciekawiej od poprzedzającego go longplaya i widać w nim, że chłopaki nareszcie zrozumieli, o co w tym wszystkich chodzi. Homerun nie jest pozbawione wad, znajduje się na nim kilka zapełniaczy, a oprócz tego płyta "zwalnia" w swojej drugiej połówce. Na szczęście jednak, większość kawałków jest dobrych i szkoda tylko, że zamiast paru zbędnych ballad Szwajcarzy nie zaserwowali nam więcej lekkich rockerów. Te wypadły świetnie. Fani "starego brzmienia" będą nadal kręcić nosem. Radykalna zmiana stylistyki również mi nie przypadła do gustu. Wystarczyło jednak zapomnieć o uprzedzeniach i Homerun naprawdę mi się spodobał. Jako ciekawostkę dodam, że do tej pory jest to jedyna potrójna platyna, jaką wydali Szwajcarzy.
Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com
Guciomir wrzesień 2007
|