|
Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary, chórki; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja i instrumenty perkusyjne
Gościnnie: Cat Gray - instrumenty klawiszowe i perkusja; Sammy Sanchez - gitara slide; Jane Child - chórki
Produkcja: Chris von Rohr
Ostatnia dekada dwudziestego wieku nie była zbyt łaskawa dla zespołów wykonujących melodyjne odmiany rocka. Tymczasem szwajcarski Gotthard szedł pod prąd obowiązującym muzycznym modom i trendom, nawet w połowie tamtego dziesięciolecia grając uparcie swoje, a przy tym potrafił wyrobić sobie markę i zyskać sporą popularność. Między innymi dzięki tej grupie melodyjny hardrock przetrwał, zapewniając jej po latach status formacji prawdziwie kultowej, jakby stworzonej do wykonywania takiego repertuaru. Omawiany, trzeci z kolei krążek Helwetów, tylko umocnił tą pozycję.
W 1996 roku nikt nie spodziewał się, że Gotthard dokona jakiejś stylistycznej wolty i rzeczywiście nic takiego się nie stało. Ekipa Leoniego i Lee gra wciąż muzykę bardzo przebojową, nie rezygnując wszak z rockowego pazura. Album sprawia nawet wrażenie bardziej surowego od wcześniejszych produkcji. Wyróżnikiem kolejnego dziecka Szwajcarów są niewątpliwie mocne, wyraźnie zarysowane riffy, rozpoznawalny, nieco zachrypnięty wokalista, dobra praca sekcji rytmicznej i klasyczne brzmienie, zbliżające zamieszczone tu kawałki do dokonań uznanych firm, jak Whitesnake czy Great White. Na samym początku artyści przenoszą nas w deltę Missisipi, tak przynajmniej brzmią bluesowe zagrywki gitary i harmonijki ustnej w Sister Moon. Dalej mamy mocne uderzenie w postaci okrąglutkiego riffu i już wiemy, że stary, dobry Gotthard nie zawiedzie. Steve Lee śpiewa tu w manierze Davida Coverdale’a, a dzieła zniszczenia dopełnia prosta, acz ognista solówka. Nic dziwnego, że ten numer znalazł się w stałym repertuarze koncertów. Rozkołysany Make My Day ma coś wspólnego zarówno z Whitesnake (na poziomie linii wokalnych) jak i z Great White z początku lat dziewięćdziesiatych (rytm i charakterystyczna, trochę zabarwiona southern rockiem solówka). Ale jeszcze lepiej buja The Mighty Qinn, rewelacyjny cover piosenki Boba Dylana, z mocno zaakcentowanymi riffami, idealną współpracą gitar i instrumentów klawiszowych i chóralnym refrenem, który rozruszałby chyba nawet najbardziej znudzonego pożeracza popcornu. W Movin’ On zespół powraca do hardrockowej zabawy w stylu Great White z whitesnake’owym głosem Steve’a Lee, po raz drugi dowodząc, że czuje się w takim repertuarze jak ryba w wodzie (brawo za gitarowe ozdobniki w końcówce!). Wraz z Let It Be następuje nagła zmiana klimatu. I bardzo dobrze, że formacja nie wpadła w pułapkę powtarzalności. Początek tej ballady sprawił, że zacząłem sprawdzać, czy czasami nie śpiewa tam Jon Bon Jovi. Jednak bardzo żarliwy przedrefren i eksplodujący emocjami refren utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak tak nie jest. Bardzo mocny punkt płyty, nawet dla tych, którzy nie przepadają za balladami Gotthard, chociaż przyznam szczerze, że zamiast tęsknie brzmiących gitar po drugim refrenie przydałaby się jakaś bardziej zdecydowana solówka. Ścieżka numer sześć to kolejna pościelówa, zahaczająca już mocno o to, co grupa będzie grać na kolejnych albumach. Pomysł z nagraniem utworku opartego na współbrzmieniu akustyków i klawiszy banalny, sam kawałek prościutki, niemal country rockowy, ale chwytliwy. Podoba mi się w nim śpiew Jane Child i chórek w końcówce. W Sweet Little R’ R’ band przypomina nam znowu o swoim hardrockowym sznycie. Ten, jakże amerykański w swoim charakterze numer z wplecionym westernowym pianinkiem, bardzo przypomina dokonania wczesnego Jackyl. Jeszcze bardziej podobny do dokonań Jackyl jest zadziorny Fist In Your Face, bazujący na twardo zagranym, "kanciastym" riffie. Z kolei takiego współbrzmienia gitar z klawiszami, jakie mamy w Ride On, można będzie posłuchać kilka lat później na płytach Seventh Key. Dobrze przemyślane przejścia między dynamiczną zwrotką a przedrefrenem nie rozwijają się tu jednak w nic ciekawego w refrenie - jest to jeden z utworów straconych szans. Na jego tle niezwykle pozytywnie zaskakuje zagrany w powolnym, marszowym tempie In The Name, w którym zdecydowane, metalowe riffy przeplatają się z łagodnie, choć tajemniczo brzmiącymi chórkami. Piosenkę zaopatrzono we wspaniały, melodyjny refren i interesujący bridge, powodujące, że obcujemy z kolejnym klasykiem grupy. Kolejne dwie - zawadiacka, bluesrockowa, ale pozbawiona dobrej melodii Lay Down The Law (za to z dobrą solówką) oraz bardzo szybki, rockandrollowy Hole In One (tym razem z doskonałą pracą sekcji rytmicznej) - nie robią jakiegoś szczególnego wrażenia, można stwierdzić, że pod względem kompozycyjnym są to takie typowe przeciętniaki, zapełniające płytę. No i na pozycji numer 12 mamy wilgocącą oczodoły, akustyczną i jak dla mnie mimo wszystko ładną i udaną balladę One Life, One Soul, wskazującą na to, że Szwajcarom powoli zaczynała przejadać się dotychczasowa formuła grania i nieśmiało patrzyli już w trochę innym kierunku muzycznym. Gotthard dostarcza swoim słuchaczom również kolejny bonus w postaci dzikiego coveru The Hollies. Wypada nawet intrygująco, poraża solówką, rzecz jednak w tym, że jest doklejony jakby na siłę, zbyt odstaje od reszty.
Podsumowując, album z całą pewnością usatysfakcjonował dotychczasowych fanów zespołu, jednocześnie poprzez zawarte na nim ballady przyciągając zwolenników delikatniejszych brzmień. Jakby nie było, Szwajcarzy nagrali krążek szczery, klasycznie zadziorny, a przy tym melodyjny. Gdyby nie przeciętna końcówka tego wydawnictwa, można by się nad nim rozpływać w zachwytach, jednak nawet pomimo trzech-czterech słabszych kawałków całość broni się znakomicie. Dla fanów hardrocka i nie tylko.
Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com
Hardlover marzec 2009
|