|
Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary, chórki; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja
Produkcja: Chris von Rohr
Na europejską hard rockową scenę wkroczyli niczym nóż miękko wchodzący w masło. Gotthard. Nawet nazwa kapeli niesie ze sobą moc i dzięki niej mamy nadzieję na coś naprawdę mocnego. Zespół pochodzi ze Szwajcarii, która jakimś cudem oparła się fali dołującej muzyki spod znaku grunge i była w stanie wydać na świat kapelę, która z przekonaniem i z pasją grała coś, co przestawało być popularne. W jej skład weszli znany z Foresale wokalista Steve Lee oraz gitarzysta Leo Leoni. Skład uzupełnili basista Chiny, czyli Marc Lynn oraz trochę mniej znany pałkarz w osobie Heny Habeggera.
Hard rock w wydaniu Szwajcarów to muzyka bezkompromisowa. Można doszukiwać się inspiracji w twórczości takich kapel jak Deep Purple, Whitesnake czy też AC/DC. Gitary w wydanie Leo Leoniego trzeszczą iskrami tyle ile fabryka dała, a wokal Lee pasuje do muzyki idealnie. Standing In The Light otwiera debiut kapeli i już na samym początku mamy do czynienia z silnym uderzeniem. Szwajcarzy grają o wiele ostrzej i o wiele ciężej od popularnych jeszcze rok wcześniej hair metalowych zespołów. Na szczęście Gotthard zachowali melodyjność charakterystyczną dla odchodzącej właśnie w niebyt epoki. Niezła dynamika, niezłe brzmienie oraz przebojowość są zdecydowanie wizytówką kapeli (a przynajmniej trzech pierwszych albumów w dyskografii). Właściwie to co można powiedzieć o otwierającym płytę kawałku, można również śmiało odnieść w stosunku do numeru dwa na płycie. Downtown dobrze brzmi na koncertach, został zaopatrzony w agresywne brzmienie gitary elektrycznej oraz coś, do czego Gotthard będą często sięgać w przyszłości, czyli imitowanie za pomocą gitary śpiewanych przez Lee fragmentów refrenu. Firedance to trochę inna bajka. Zespół spuścił trochę z tonu i zaserwował nam utwór w średnim tempie. Ładnie brzmią jego linie basu, a wokalista ma trochę więcej pola do popisu. Nie jest to w żadnej mierze mój faworyt z płyty, przyznam jednak, że solówka gitary elektrycznej jest pierwszej klasy. Gościnnie udzielił się w nim Vivian Campbell (znany z Dio oraz z Def Leppard). Następny numer - Hush (cover Deep Purple) wypadł bardzo ciekawie. Zaczyna się on od intrygująco brzmiącego kobiecego westchnięcia, a dalej mamy już typowego dla Gotthard rockera. Nie słychać tutaj, aby zespół kogoś kopiował. Wydawać się może, że numer ten został przez niego stworzony. Przyznam szczerze, że właśnie ta wersja przeboju Purpury przemawia do mnie najbardziej. Chyba nawet bardziej od oryginału. Piątka na płycie to tak jakby Szwajcarzy na sterydach. Muzycy wyciskają z siebie ósme poty, a efektem ich zmagań jest kolejny już rocker. Na tle poprzednich pozycji wyróżnia się jeszcze większą mocą oraz najlepszą do tej pory moim zdaniem solówką. Gotthard stanął na wysokości zadania i choć nie zagrał nam łamańca a 'la Malmsteen, to jednak ilość pomysłów na zagranie tego fragmentu oraz połączenie ich w logiczną całość stanowi maleńkie dzieło sztuki. Zawsze z chęcią powracam do Mean Street Rocket. Trochę mniejsze wrażenie robi na mnie Get Down (również z gościnnym udziałem Campbella). Numer jest utrzymany w średnim tempie, odstaje jednak od innych kompozycji na płycie. Take Me to ponownie poprawa formy ekipy. Idealny rocker czerpiący garściami z twórczości takich kapel jak Dokken czy Bon Jovi. Refren zabija i dodam, że nie jest to jedyny mocny element tego kawałka. Na ósmym miejscu znajdujemy pierwszą prawdziwą balladę w historii grupy. Jest to dość osobliwa sytuacja, większość kapel umieszcza bowiem takie utwory na wcześniejszych pozycjach na krążku, przeważnie około trzeciej lub czwartej. Gotthard widocznie uznali jednak, że słowo "hard" w nazwie zobowiązuje i w związku z tym postawili przede wszystkim na rockery oraz mocne brzmienie. Czy oznacza to, że Szwajcarzy tworzyli kiepskie ballady? Nie jestem fanem większości ich wolnych utworów, a co więcej uważam, że najlepiej sprawdzają się w bardziej dynamicznej stylistyce. Gdyby jednak choć połowa ballad Gotthard była w połowie tak dobra jak zamieszczone na debiucie Angel, to byłby to zespół genialny. Cudowne intro, cudowny klimat, cudowne klawisze. A co najważniejsze, przewodnią rolę w numerze pełnią gitary elektryczne oraz wokal. Reszta stanowi otoczkę. Takie właśnie ballady wypadają w moim mniemaniu najlepiej. Żadnych nudnych akustyków, żadnego przesytu klawiszami. Tylko przebojowy refren, niesamowity klimat oraz niezłe, płynne partie gitary Leoniego. Na tle wielu innych ballad, które Gotthard w przyszłości jeszcze popełnią, Angel wypada rewelacyjnie i stanowi wizytówkę grupy. W tak granej muzyce można się z łatwością zapomnieć. Lonely Heartache to całkiem niezły rocker, z którego inspirację czerpali później rodacy ekipy - Transit. Mamy tu do czynienia z numerem typowym dla zespołu, podczas którego nic poznajemy nic nowego, a słyszymy jedynie powtarzane patenty. Osobom, którym podoba się styl zespołu, nie powinny narzekać. Hunter został dograny jakby na siłę i nie zachwyca tak bardzo jak jego poprzednicy. Podobnie jest zresztą z piosenką All I Care For. Brzmi ona trochę jakby zespół stwierdził, że jedna ballada na krążek to za mało i że za wszelką cenę trzeba dograć kolejną. Zastosowano zatem bardzo standardową procedurę, czyli akustyczne gitary, delikatne klawisze, a całość uzupełniona przez przejmujący wokal Steve'a Lee. Nie jest to recepta na uzyskanie sukcesu, zbyt wiele zespołów w taki właśnie sposób tworzyło ballady. Tak czy inaczej jednak, rewelacyjne Angel zaciera pamięć o wszelkich niedociągnięciach i po usłyszeniu debiutu zespół może zostać uznany za mistrza ballad. Nawet gdyby dowodem na takie stwierdzenie miałaby być jedynie jedna kompozycja. Zamieszczony na niektórych wydaniach bonus w postaci That's It to pokaz zdolności perkusisty i w połączeniu ze słyszanymi w podkładzie pojękiwaniami brzmi trochę jak symulacja seksu. Bardzo krótkiego zresztą i zapewne nierewelacyjnego.
Wydany w 1992 roku debiut Szwajcarów udowadnia nam, że chociaż muzyka hard rockowa w tym czasie nie była już na topie, lecz zmierzała raczej po równi pochyłej do lamusa, to jednak wiele zespołów nie poddawało się. Gotthard potrafili grać ostro i melodyjnie, a co najważniejsze odważyli się głośno o tym powiedzieć. Krążek ten jest początkiem kariery jednego z najbardziej znanych europejskich zespołów hard rockowych grających od lat '90 po dziś dzień i warto go dobrze znać. Płyta oblała się platyną, a zespół dostał nominację do World Music Award. I choć poza Europą są mało znani, to obok ich dokonań nie można przejść obojętnie.
Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com
Guciomir wrzesień 2007
|