Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

GOTTHARD - Domino Effect [2007]
Wydawca: Nuclear Blast / Avalon

  1. Master Of Illusion
  2. Gone Too Far
  3. Domino Effect
  4. Falling
  5. The Call
  6. The Oscar Goes...
  7. The Cruiser (Judgement Day)
  8. Heal Me
  9. Letter To A Friend
  10. Tomorrow's Just Begun
  11. Come Alive
  12. Bad To The Bone
  13. Now
  14. Where Is Love When It's Gone
  15. Can't Be The Real Thing [ltd. ed. bonus track]
Domino Effect

Skład: Steve Lee - śpiew; Leo Leoni - gitary, chórki; Marc Lynn - gitara basowa; Hena Habegger - perkusja i instrumenty perkusyjne; Freddy Scherer - gitary

Produkcja: Leo Leoni i Ronald Prent

W 2005 roku forma Gotthard eksplodowała, czego efektem było dzieło zatytułowane Lipservice. Płyta zdobyła uznanie zarówno fanów jak i krytyków, a zespół ponownie znalazł się na piedestale hard rockowych bogów. Nic więc dziwnego w tym, że większość ludzi spodziewała się, że Domino Efect będzie bezpośrednią kontynuacją poprzedniego wydawnictwa. Szwajcarzy okazali się jednak nieobliczalni i wbrew logice postanowili zrobić kolejny zakręt w swojej karierze. Kiedyś zdarzyło im się już znacznie złagodzić swoje oblicze, tym razem zmiana poszła w zupełnie innym kierunku.

Domino Effect nie jest zwyczajną kontynuacją stylu obranego na Lipservice. Utwory na obu krążkach są do siebie dość podobne i mogłoby się zdawać, że wiele się nie zmieniło. Zespół uznał jednak, że aby być na szczycie, trzeba ciągle ewoluować i zaskakiwać. Diabeł tkwi w szczegółach, w brzmieniu. Do tej pory muzyka tworzona przez Szwajcarów miała wiele wspólnego z materiałem tworzonym na przełomie lat '80 i '90. Na Domino Effect wciąż mamy do czynienia z tamtą melodyjnością i przebojowością, kapela brzmi jednak nowocześnie. Ta nowa jakość może stanowić barierę dla niektórych, przyzwyczajonych do starego brzmienia fanów kapeli. Na szczęście Gotthard z tej metamorfozy wyszli obronną ręką. Po prostu kolejny raz nagrali dobrą płytę. W przeciwieństwie do paru ostatnich wydawnictw, nie ma na niej zbyt wiele beztroski. Kawałki są mocne, "prosto w twarz" i swoją energią przypominają grę Gotthard sprzed wielu, wielu lat. Nowoczesne brzmienie nadaje płycie niespotykanego dotąd u Szwajcarów odrobinę mrocznego wyrazu. Przebojowość i melodyjność powinna spodobać się starym fanom zespołu, natomiast zmiana brzmienia powinna przyciągnąć nowych wielbicieli. Tak przynajmniej brzmi teoria. Płyta zaczyna się mocnym, potężnym rockerem zatytułowanym Master Of Illusion. Od razu słychać, że Gotthard przeszli gruntowną metamorfozę. Jest to jeden z tych kawałków, które wyraźnie ukazują nowy styl zespołu. Wspomniany numer wypada bardzo dobrze, podobnie zresztą jak i następujący po nim Gone Too Far. Jego motyw przewodni jest trochę orientalny i przywołuje na myśl krążek Human Zoo, na którym to kapela przeprowadzała już podobne eksperymenty. Refren to typowy, samośpiewający się Gotthard. Nowe brzmienie zaskakująco dobrze pasuje do granej muzyki. Łatwo się w niej zakochać, wystarczy parę przesłuchań i początkowy sceptycyzm ustępuje miejsca zachwytowi. Dużym plusem Domina są jego ballady. Wielokrotnie narzekałem na ten element gry kapeli. Zdarzało im się czasami nagrywać nieśmiertelne klasyki (Angel!), tworzyli jednak również niemożliwą do odsłuchiwania papkę. Tym razem nie zawiedli. Pierwszą balladką na Dominie jest marszowe Falling. Numer ma pazur. Lee jest ponadprzeciętnym wokalistą i potrafi tworzyć wspaniały klimat. Co do klimatu zresztą, prawdziwe znaczenie tego słowa można poznać dopiero przy The Call. Najlepszą rekomendacją może być to, że z setki ballad, którymi ostatnio katowałem moją dziewczynę, ta jedna najbardziej jej się spodobała. Nie licząc przejmującego głosu wokalisty i romantycznej melodii, zwróciłbym również uwagę na ładną grę gitary, na piękny refren oraz solówkę. No i na zabawny teledysk, podczas to którego pewna piękność zmusza bohatera do zjedzenia własnego serca. Takie właśnie ballady tworzy zespół, gdy jest w pełni formy. Ilość spokojnych utworów jest jednak dość duża i, szczególnie w drugiej połowie płyty, mogłoby ich być trochę mniej. Fani Open odnajdą coś dla siebie w Tommorow's Just Begin oraz w Where's The Love When It's Go, kawałki brzmią jakby powstały w tamtym okresie. Swoją delikatnością stanowią odmianę na tym dość mocnym wydawnictwie, nie zachwycają jednak tak bardzo jak wspomniane wcześniej dwie kompozycje. Jeżeli chodzi o rockery, to na płycie znajduje się ich na tyle dużo, że nadają ton całemu wydawnictwu. Parę kompozycji wyróżnia się na tyle, że chętnie się do nich wraca. Najbardziej działa na mnie chyba odwołujący się do wczesnych lat twórczości zespołu Heal Me. Nie spodziewałem się, że chłopaki nagrają jeszcze utwór, który równie dobrze mógłby znaleźć się na pierwszych trzech płytach kapeli. Ten kawałek taki właśnie jest, a jedynym co odróżniałoby go od materiału z początku lat '90, byłoby wspomniane już wcześniej brzmienie. Podobne wrażenie sprawia dynamiczne i pełne energii Now. Gdyby nie te przybrudzone gitary, mielibyśmy kawałek pasujący do debiutu, czy też do G. Nieźle wypadają również The Oscar Goes To You oraz The Cruiser. Oba są melodyjne i zostały zaopatrzone w świetne refreny. Szwajcarzy pomimo upływu lat grają niczym pełni ciśnienia w spodniach młodzieńcy. Ciekawym jest jeszcze numer zatytułowany Come Alive. Alternatywnie brzmiące chórki są paradoksalnie tym, co napędza całą kompozycję i w połączeniu z dobrymi refrenami i gitarą dają dobry efekt. Niestety, krążek w przeciwnieństwie do swojego poprzednika nie jest idealny. Kilka kompozycji zostało umieszczonych na siłę. I nie byłoby w tym nic strasznego, przecież wiele kapel tworzyło wypełniacze, gdyby nie to, że na Lipservice nie było czegoś takiego. Poprzeczka, którą Szwajcarzy postawili sobie w 2005 roku była bardzo wysoka. Nie przeskoczyli jej, choć niewiele zabrakło.

Domino Effect to płyta która zaskakuje, która pokazuje kolejne już oblicze zespołu. Podziwiam Gotthard za to, że ciągle się zmieniają, za to że nie dają się łatwo zaszufladkować i że niezależnie od tego, czy ich forma jest wysoka czy średnia, tworzą płyty które słucha się z przyjemnością. Ich nowe dzieło już na starcie było na straconej pozycji, po Lipservice ciężko było nagrać coś lepszego. Szwajcarzy poradzili sobie jednak z tą sytuacją, nagrywając bardzo dobrą i ciekawą płytę. Gdyby nie to, że umieścili na niej parę zapełniaczy, mógłbym powiedzieć, że wykonali zadanie w 100 procentach. Tak czy inaczej, Domino Effect zbiera świetne recenzje na całym świecie, a większość fanów zespołu jest w skowronkach. Gotthard to dzisiaj bardzo gorąca, szanowana i popularna kapela.

Oficjalna strona zespołu: www.gotthard.com

Guciomir
grudzień 2007