|
Skład: Tin Star - śpiew, gitary; Snoopy - gitary, chórki; Rod Teilmann - gitara basowa, chórki; Slim Pete - perkusja
Produkcja: Peer Stappe
Po dość nieopierzonym, pełnym młodzieńczego wigoru i sleazowo-punkowej energii debiucie Skandynawowie atakują drugim krążkiem w dyskografii. Fani zespołu przeżywają szok, gdyż grupa zmienia swoje oblicze i podąża w innym niż uprzednio kierunku. Artyści tłumaczą zmianę chęcią podbicia Północnej Ameryki i podkreślają w wywiadach entuzjazm związany z zaplanowaną trasą koncertową po Stanach Zjednoczonych. Płyta nienajgorzej się sprzedaje, trafiając do pierwszej dziesiątki szwedzkich chartsów. Gdybym miał scharakteryzować Black: Anthem jednym, ale długim zdaniem to napisałbym tak: mniej jest sleazu, grupa zmienia brzmienie, płyta nie jest radosna tak jak poprzednie wydawnictwo, a chwilami pojawiają się na niej industrialne wstawki.
Wita nas krótka ścieżka o nazwie Babylon K:A:O:S.. Zastanawiam się trochę, co może ona oznaczać, gdyż opisywane intro nie kojarzy mi się ani z Babylon Rockets, ani z chaosem. Można powiedzieć wręcz, że jest poukładane i przewidywalne. Tak czy inaczej brawo, gdyż rzadko kiedy akceptuję intra, a w tym przypadku Babylon K.A.O.S. łączy się z Flesh For Fantasy na tyle zgrabnie, że grzechem byłoby je rozdzielać. Numer dwa trochę zaskakuje, gdyż w porównaniu do pierwszego krążka grupa gra mniej brudno, muzycy bardziej się przykładają i być może dlatego słychać w ich wyczynach mniej młodości. Przede wszystkim jednak ciekawiej niż ostatnio wypadają fragmenty instrumentalne, a i riff brzmi porządnie. Energii też zresztą nie brakuje i można by rzec, że tak właśnie grają Gemini Five, kiedy ich forma jest wysoka. Niektórych mogą odrzucać industrialne wstawki, ale jeżeli numer jest tak udany, to nie sądzę, aby były jakiekolwiek powody do narzekania. When The Body Speaks właściwie naśladuje poprzednią ścieżkę, ale różni się od niej wolniejszym tempem oraz tym, że muzycy zaopatrzyli ją w mało zapamiętywalny riff. Refreny brzmią zgrabnie, ale bez rewelacji, a industrialnym malkontentom przyznałbym tym razem trochę racji. Bring On The Monkey popełnia jeden z największych grzechów, które już na samym starcie dają utworom u mnie dużego minusa. Nie lubię, nie znoszę, nie akceptuję wszystkiego co ma "małpę" w nazwie, a już tym bardziej w refrenach. A szkoda, gdyż kawałek nie licząc tego jednego feleru jest całkiem fajny, zespół gra w stylu poprzedniego albumu, afiszując się sleazem i wigorem. Heaven Come Undone zasługuje na miano udanej ballady. Gemini Five pisanie takich kompozycji przychodzi z łatwością i chociaż za każdym razem ich wyciskacze łez brzmią podobnie, to jednak nostalgia, smutek i nutka romantyzmu w melodii dość często łapią mnie za serce. W przewidywalny, sztuczny sposób wita nas You Lead Me To Madness, dalej jest trochę szwajcarsko, wszystko niby sensowne, niby przebojowe, ale niestety słabo zapada w pamięć. Jest to w pewnym sensie wada większości materiału zawartego na wydawnictwie. Wszystko wydaje się być w porządku, utwory jednak nie elektryzują słuchacza na tyle, aby miał ochotę wielokrotnie ich odsłuchiwać. Za przykłady mogą posłużyć kawałki pokroju Making Love Song, który określiłbym jako nowoczesny w złym znaczeniu tego słowa. Taka muzyka niczym specjalnym się nie wyróżnia i jeżeli mam być szczery, wolałem poprzednie oblicze zespołu i kompozycje z Babylon Rockets. Insane Is Sane jest bardziej przebojowe i dynamiczne, chwilami kojarzyć się może również z materiałem z poprzedniej płyty i sądzę, że fani debiutu zespołu odnajdą tu coś dla siebie. Nowoczesny sleaze również może się podobać, a za przykład podałbym chociażby Second II None. Nie jest to może mistrzostwo świata, ale moim zdaniem wypada całkiem znośnie. I tak jak powiedziałem, że można znaleźć momenty, kiedy nowoczesność wypada nieźle, to jeszcze łatwiej odnaleźć można kawałki w całości skopane i które mało komu się spodobają. Love Venus to właśnie taki numer, pomińmy go milczeniem. Sinners Parade kojarzyć się może trochę z poprzednim albumem, powiedziałbym, że stanowi połączenie pomiędzy longplayami numer jeden i dwa. Szkoda tylko, że brzmienie i dziwne momentami wokale psują efekt. Black: Anthem kończy się balladą zatytułowaną Silent Night, która na szczęście nie okazuje się być kolędą. Chociaż nie, cofam, to mogłoby być całkiem ciekawe ;). Numer brzmi standardowo, podobnie jak inne pościelowe kapeli. Wyróżnia go większa ilość "dziwnych dźwięków" i słabsze ogólne wrażenie. Wypadałoby jeszcze wspomnieć o umieszczonym gdzieś pośrodku krążka kawałku tytułowym. Black: Anthem to utwór utrzymany w średnim tempie, sprawiający wrażenie ni to ballady, ni to wolniejszego rockera. Pomimo pewnych wad, słuchając go koncentruję się przede wszystkim na ścieżkach wokalnych i koniec końców kompozycja mi się podoba. Interesująca wypada solówka, jest dość klimatyczna. Na koniec jeszcze krótka uwaga na temat wokali, na które natrafiamy na wydawnictwie. Jest to ostatnia okazja, aby usłyszeć w miarę normalne wyczyny Tina Stara, gdyż na trzeciej płycie zespołu muzyk dość diametralnie zmienia barwę swojego głosu. Dlaczego piszę "w miarę normalne"? Ano dlatego, że czasami są elektronicznie zniekształcane, ale dzieje się to na tyle rzadko i zarazem trafnie, że niesprawiedliwością byłoby powiedzieć złe słowo.
Komu należałoby polecić Black: Anthem? Fanom klasycznego sleazu raczej nie przypadnie do gustu, a starych fanów zespołu bardziej podzieli, niż zjednoczy. Wydaje mi się, że płyta spodobać się może przede wszystkim miłośnikom hard rocka, którzy dodatkowo nie są zbytnimi tradycjonalistami, a także tym, którzy mają czasami ochotę usłyszeć coś odmiennego, z pewną nutką nowoczesności. Od siebie dodam, że zmiana stylu muzyków w zasadzie mi nie przeszkadza, gdyż kilka utworów całkiem mi się spodobało. Szkoda jedynie, że na płycie w obrębie nowej stylistyki znalazło się sporo wypełniaczy.
Oficjalna strona zespołu: www.geminifive.com
Guciomir czerwiec 2009
|