Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

GEMINI FIVE - Babylon Rockets [2003]
Wydawca: Wild Kingdom / Sound Pollution / Cleopatra Records

  1. Babylon Rockets
  2. TwentyFourSeven
  3. You Spin Me Round (Like A Record)
  4. Myself Esteem
  5. Get It Off
  6. Hardcore
  7. Poison Envy
  8. Automaticool
  9. Chemicals Between Us
  10. Hitchin' A Ride
  11. Neon Kicks
  12. Suicide Tuesday
  13. Babylon Rockets [Multimedia Track]
  14. You Spin Me 'Round (Like A Record) [Multimedia Track]
Babylon Rockets

Skład: Tin Star - śpiew, gitary; Snoopy - gitary, chórki; Rod Teilmann - gitara basowa, chórki; Slim Pete - perkusja
Gościnnie: LEO - chórki, gitary; Tony Oberg - chórki w [9]; Moa Holmsten - chórki w [5]

Produkcja: LEO

Kiedy patrzy się na krążek Babylon Rockets autorstwa Gemini Five, od razu rzuca się w oczy komiksowa, trochę mangowa okładka wydawnictwa. Bez dłuższego zastanawiania możemy od razu odgadnąć, jakiego rodzaju muzyka czeka na nas po włożeniu płyty do odtwarzacza. Szwedzka ekipa gra oczywiście hard rocka mieszanego ze sleazem i robi to z takim przekonaniem, że aż ma się ochotę wypić kielicha za zdrowie zespołu. Kończąc temat okładki, miała być ona podobno stylizowana na Destroyer KISS, a członkowie ekipy podają tę legendarną amerykańską formację jako jedną ze swoich głównych inspiracji.

Zespół początkowo miał się nazywać Babylon Rockets, ale po dołączeniu Roda do składu, muzycy ostatecznie wybrali nazwę Gemini Five. Babilońskie rakiety bynajmniej nie zginęły i stanowią szyld dla wydanego w 2003 roku debiutu formacji. Panowie nie grzeszyli wcześniej zbyt dużym doświadczeniem i jak się można domyślać nadrabiają wszystko młodzieńczą energią, sporą werwą i entuzjazmem. Pierwszy utwór na płycie zaczyna się ciekawie, przemową stylizowaną na wystąpienie amerykańskiego prezydenta, dalej jest dynamicznie i umiarkowanie agresywnie. Piszę "umiarkowanie", gdyż za parę lat zespół jeszcze bardziej przyciśnie na tym polu. Lubię ten kawałek, a z tego co kiedyś słyszałem, jest on najbardziej faworyzowaną przez muzyków kompozycją z tej płyty. Mam odmienne zdanie, inne numery wypadły lepiej. Przykładów daleko nie trzeba szukać, gdyż jeszcze bardziej podoba mi się dziwnie nazwane TwentyFourSeven. Jeśli się dobrze zastanowić, brak przerw między wyrazami w tytule nagrania daje się wytłumaczyć chęcią podkreślenia znaczenia sformułowania. Tym co charakteryzuje ścieżkę są przede wszystkim dynamika wyrażana poprzez dobre tempo, trochę mniejszy ciężar i przebojowe chórki w refrenach. Szkoda jedynie, że we wspomnianych refrenach Gemini Five stosują pewien zabieg, który określiłbym jako stworzenie "ściany dźwięku", kiedy to wszystkie instrumenty dają czadu, niemalże krzycząc. Jak dla mnie brzmi to tak jakby muzykom brakowało chwilami pomysłów i jakby rozpierała ich punkowa niemalże energia. Na szczęście sytuację ratują świetne chórki i energia, tej nigdy za wiele. Jeszcze bardziej przeszkadza brak typowej solówki gitarowej. Wiem, że zdanie to przestraszy niejednego fana hard rockowej muzyki, ale nie sądzę, aby miłośnicy sleazu zbyt bardzo narzekali. Pomimo słów krytyki uważam TwentyFourSeven za bardzo udany utwór i słucham go z przyjemnością. W pewnym sensie jest on punktem wyjściowym dla całej płyty i dość trafnie charakteryzuje styl Gemini Five z początków ich kariery. You Spin Me Round to cover starej, pochodzącej z 1984 roku piosenki autorstwa Dead Or Alive. Ciekawe ile osób pamieta teraz ten zespół? W dzisiejszych czasach utwór nadal pozostaje aktualny, choć pewnie ze względu na rozmaite covery, których dokonywały liczne mniejsze i większe gwiazdki muzyki pop. Gemini Five świetnie podeszli do tematu, dodając kompozycji rockowego zacięcia i ubarwiając ją w stosowne riffy. Ich ciężka, acz melodyjna wersja brzmi sto razy lepiej niż metalowy cover wykonany przez Dope. Z całej płyty Myself Esteem udało się zespołowi bodaj najlepiej. Słychać większy niż w poprzednich kawałkach ciężar, wszystko brzmi spójniej, a kontrast polegający na połączeniu wspomnianego ciężaru instrumentów z delikatniejszymi refrenami jest moim zdaniem udanym patentem. Efektem jest przejmujący, łatwo zapamiętywalny utwór. Kiedy się kończy, na pierwszy plan wysuwa się kobiecy głos recytujący parę zdań w japońskim języku. Zainteresowanych od razu poinformuję, że słowa, które słyszymy, są niczym innym jak przetłumaczeniem śpiewanych wcześniej refrenów. Ot, taka mała tajemnica, która męczy niejednego fana zespołu. Get It Off atakuje klimatem budzącym skojarzenia z Mötley Crüe, a zespół szaleje w najlepsze, dostarczając słuchaczowi uwielbianej przez niego rozrywki. No i chyba po raz pierwszy Szwedzi zaproponowali solówkę, którą jestem w stanie zaakceptować, bez rewelacji, ale znośnie. Hardcore można pomylić ze spokojną balladą, gdyż w takim właśnie nastroju zaczyna się ścieżka. Tiny nieźle wprowadza nas w klimat, a utwór przyspiesza i w konsekwencji Hardcore przeradza się w chwilami w bardzo typową power balladę. Jej plusem są dobre wokale. Poison Envy kojarzy mi się nieodparcie z twórczością Lordi, a wszystko przez podobieństwo riffów, jakie znajdujemy na początku utworu. Wrażenie dalej blednie, a Szwedzi inspirują się twórczością Poison, co słychać dość wyraźnie w refrenach kompozycji. Automaticool to udany, potężnie brzmiący sleazowy numer, tylko, że z dziwnie nowoczesną solówką. Aby przypodobać się kobiecej widowni potrzeba większej ilości spokojniejszych kawałków i pewnie dlatego na płycie odnajdujemy Chemicals Between Us. Tylko, że w przeciwieństwie do Hardcore Szwedzi zapragnęli zagrać coś bardziej romantycznego, coś bardziej przewidywalnego. I w konsekwencji bardziej mdłego. Tysiące, jeśli nie miliony podobnych utworów trafiały na szczyty radiowych list. Ciężko jest znaleźć tutaj cokolwiek, co świadczyłoby na korzyść Gemini Five, ale z drugiej strony takie kawałki same się sprzedają i pomimo moich zastrzeżeń mają w sobie pewien urok. Szkoda tylko, że nazwa utworu działa na mnie jak płachta na byka, gdyż słysząc ją widzę oczyma wyobraźni nastolatka, który dostał w prezencie zestaw małego chemika. Hitchin' A Ride jest numerem udanym, choć nie zachwyca mnie w wystarczającym stopniu i postrzegam go raczej jako wypełniacza. Neon Kicks niestety nie przynosi znacznej poprawy, granej przez Gemini Five muzyki słucha się z przyjemnością, ale bez zbytnich zachwytów. Fani gatunku odnajdą tu jednak coś dla siebie, a w dodatku warto odnotować, że solówka brzmi lepiej niż w przypadku kilku poprzednich numerów. Suicide Tuesday poprawia się ciekawszą grą gitar i ponownie słychać, że zespół gra zupełnie bez zobowiązań, bawiąc się przy tym w najlepsze. Łatwo zapamiętuje się refreny, a to zawsze pomaga w ocenie kawałka.

Jak na debiut całkiem znośnie, choć albumu w żadnej mierze nie można porównywać do pierwszej płyty Crashdïet. Krążek powinien spodobać się dość szerokiej grupie osób, gdyż po prostu jest odpowiednio przebojowy, a i utwory potrafią się w wielu przypadków same obronić. Zarzutów w stosunku do wydawnictwa mam co najmniej kilka, ale pomimo wad słuchanie Babylon Rockets jest trochę uzależniające. Może zatem zamiast marudzić niepotrzebnie, należałoby przemyśleć sprawę raz jeszcze, machnąć ręką na pewne niedoróbki, włączyć Babylon Rockets i po prostu bawić się w najlepsze? Kapelę z pewnością stać na lepszy materiał.

Oficjalna strona zespołu: www.geminifive.com

Guciomir
maj 2009