|
Po zeszłorocznej czarnej serii zgonów w świecie hard rocka pierwsze miesiące roku 2011 okazały się być niewiele lepsze. W dniu 6 lutego 2011 roku biznes muzyczny poniósł kolejną nieopisaną stratę wraz z odejściem Gary'ego Moore'a (1952-2011) - urodzonego w Belfaście irlandzkiego muzyka, gitarzysty, wokalisty i kompozytora. Choć w mediach podkreślany byłg łównie jego udział w zespole Phila Lynotta, Thin Lizzy (w latach 1974 oraz 1978-1979) - my, jego fani i słuchacze, zapamiętamy go raczej za solowe dzieła. Od wydanej w 1973 roku płyty Grinding Stone, przez gwałtowny odwrót od bluesa i zwrot w stronę hard rocka wraz z albumami Corridors Of Power i Victims Of The Future oraz celtycko-irlandzkie korzenie muzyczne Wild Frontier i After The War, aż po powrót do bluesa wraz z wydawnictwem Still Got The Blues z 1990 roku - Gary rzeźbił monumentalne kompozycje i wiekopomne gitarowe solówki, zachwycając i zadziwiając słuchaczy oraz na stałe zapisując się w historii gitarowego grania. Niezależnie od rodzaju muzyki, w której akurat poruszał się artysta - nieważne, czy był to blues, hard rock, czy blues rock z wpływami jazzu lub country - każde kolejne wydawnictwo sygnowane nazwiskiem Gary Moore przynosiło niezmiennie dawkę wspaniałych zagrywek i zapierających dech w piersiach solowych partii, urokliwych melodii i pełnego pasji wykonania, wyciskając łzy z oczu nawet największym twardzielom... Charakterystyczne dla Gary'ego brzmienie jego Gibsona, połączenie dzikości hard rocka i subtelności bluesa, zagwarantowało gitarzyście poczesne miejsce w panteonie największych czarodziejów sześciu strun... przede wszystkim jednak, uczyniło go nieśmiertelnym w sercach setek fanów. W dowód tej muzycznej nieśmiertelności, w ramach uczczenia jednego z najważniejszych gitarzystów naszych czasów oraz podziękowania za wszystko, czego dokonał - redaktorzy Hard Rock Service oraz zaprzyjaźnieni z nami artyści z całego świata dzielimy się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami na temat twórczości irlandzkiego wirtuoza.
GUITARRIZER [redakcja Hard Rock Service]
Muzykę Gary'ego poznałem właściwie przez przypadek - jeden z programów nadawanych w TV, chyba było to coś o wyścigach samochodowych, miał za podkład słynny motyw z Out In The Fields. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, kto ten utwór wykonuje, ale miałem świadomość, że musiał to być ktoś wyjątkowy. Istotnie, Gary Moore to muzyk wybitny, który osiągnął coś, co dane jest tylko nielicznym: stworzył własny styl. Zresztą cokolwiek grał, zawsze było to wysokich lotów. Gdy grał bluesa, od razu było słychać, że to Moore. Kiedy we wczesnym etapie kariery zabrał się za hard rocka, też był w tym wszystkim specyficzny "feeling". Chociaż w bluesie należał do tych niezrównanych, najbardziej cenię sobie jego czysto hard rockowe dokonania. Płyty takie jak Run For Cover, Wild Frontier i After The War najszybciej do mnie trafiły, no i z nimi zapoznałem się w pierwszej kolejności, stąd pewnie darzę je takim sentymentem. Nie zapominajmy też, że poza bezsprzecznie wzorcową grą na gitarze Moore był też genialnym kompozytorem i co najmniej bardzo dobrym wokalistą. Śmierć muzyka jest wielką stratą dla świata sztuki. Nie pojawi się już nic nowego na miarę choćby Over The Hills And Far Away, ale pewnym pocieszeniem jest to, iż nadal możemy przecież słuchać tego, co Gary Moore nam zostawił. Na szczęście sporo tego jest. Jak dla mnie, poprzez swoją muzykę Gary stał się nieśmiertelny. Mam nadzieję, że nadal gra na gitarze, gdziekolwiek teraz jest. R.I.P.
LSDISEASE [redakcja Hard Rock Service]
Gary Moore to dla mnie przede wszystkim jego solowe albumy hardrockowe. Jako że nie jestem fanem bluesa, jego późniejszej twórczości w zasadzie nie śledziłem. Tuż przed zwróceniem się w kierunku bluesa nagrał dwie bardzo dobre płyty: Wild Frontier i After The War. Jak dla mnie to najlepsze co Gary stworzył, w szczególności ta pierwsza pozycja. Sztandarowym utworem na tym wydawnictwie jest oczywiście Over The Hills And Far Away, które ma kilka wersji, a jedna różni się tylko solówką (najlepsza solówka do tego numeru to ta, która pojawia się w teledysku, niestety nie ma jej na właściwym wydaniu). Inne kawałki z tego krążka które bardzo mi pasują to Take A Little Time i Friday On My Mind, a także subtelniejsze Strangers In The Darkness. Na After The War obok utworu tytułowego uwielbiam Running From The Storm, Speak For Yourself (tutaj za doskonałe speed metalowe riffy), a także imprezowe Livin' On Dreams. Generalnie świetny gitarzysta z doskonałym wyczuciem, któremu nie była potrzebna wajcha tremolo, by ładnie wyciągnąć dźwięk, stąd pewnie jego ulubioną gitarą pozostał Gibson Les Paul. Szkoda, że kariera tego muzyka skończyła się tak nagle, bo mógł spokojnie nagrywać jeszcze przez kilkanaście lat, nie był przecież wcalew aż tak podeszłym wieku. Only The Good Die Young.
NIENOR [redakcja Hard Rock Service]
Dla sporej grupy młodych fanów muzyki gitarowej istnieją nazwiska legendy - ludzie, których istnienie i talent kreowały wizerunek świata muzyki w oczach młodego pokolenia. Brzmienie ich imion wywołuje skojarzenia z konkretnym gatunkiem i stylem, wyznaczajac ścieżkę, po której trzeba przejść w drodze do perfekcji. Takim człowiekiem był zmarły niedawno Gary Moore. Dla mnie, jako przedstawicielki owego młodego pokolenia, które rocka uczy się od rodziców i starszych kolegów, jego nazwisko przewijało się na tyle często, że przybrało wielkość etosu - jasno określonego zbioru niezaprzeczalnych oczywistości. Wkład w muzykę rockową, jakiego dopełnił muzyk w składzie Thin Lizzy, jest dla mnie nieopisanym zjawiskiem. Fenomenalna kariera zespołu jest ponadczasowym przykładem ciężkiej pracy i uczciwości w dążeniu do celu przez trudy środowiskowe i kulturowe. Gary nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach, kolegach z dawnych lat, z którymi tworzył niezapomniane kompozycje, a i wielu z nich wspominał na swoich solowych juz koncertach. W ostatnich miesiącach życia wyciągał pomocną dłoń do wyniszczonego narkotykami Phila Lynotta, z którym to tworzył jeden z najbardziej niezapomnianych duetów w historii. Gary żył pięknie, zmarł nagle, ale jego pozycja w panteonie legend rocka pozostanie niezachwiana po wsze dni. Gdzieś tam, nad naszymi głowami... Boys are back in town.
VINCENT [redakcja Hard Rock Service]
Z wielkim smutkiem przyjąłem do wiadomości fakt, że oto odszedł jeden z największych i najbardziej wpływowych gitarzystów świata. Nie ma chyba takiego fana rocka, który nie znałby jego charakterystycznego sposobu grania, ciepłej, gibsonowskiej barwy dźwięku, jak ktoś to ładnie określił, "łkającej". No i ten jego charakterystyczny i nie do pomylenia głos. Odszedł ten, który z całą stanowczością wpisał się w historię rocka, heavy metalu i bluesa. Odszedł cicho, we śnie, właśnie taki, jakim był na codzień. Mi pozostaje mieć nadzieję, że tam po drugiej stronie Tęczowego Mostu czekał na niego Phil, by znów stanąć razem, by znów zagrać niedostępne innym nuty. Przecież dla nikogo nie jest tajemnicą, że prześwietne Black Rose oraz Nightlife uważane za największe sukcesy Thin Lizzy powstały wyłącznie dzięki im obu. I teraz, gdy wydawalo się, że ta chwila, gdy trzeba odejść, jest jeszcze daleko, świat traci jednego z najlepszych gitarzystów swojego pokolenia i co tu dużo gadać - jednego z gitarzystów wszechczasów. Może nie był herosem gitarowym, ale grał w taki sposób, że dziś niewielu jest w stanie go zastąpić. Moje pierwsze spotkanie z Garym miało miejsce przy okazji słuchania bluesowej składanki Story Of The Blues. Na stronie "B" tego wydawnictwa znajdowała się kompozycja Story Of The Blues Gary'ego Moore'a. Pamiętam, że słuchałem tego kawałka kilkanaście razy. To było dla mnie coś fascynującego. Niemalże hipnotycznego. Do dziś darzę ten kawałek ogromnym sentymentem. Do tych ukochanych dodam także Still Got The Blues, I'll Play The Blues For You, nieśmiertelne, napisane do spółki z Lynottem Parisienne Walkways oraz Out In The Fields. Ogromnym sentymentem darzę również takie utwory jak Over The Hills And Far Away, świetnie nagrane potem raz jeszcze przez Nightwish oraz Sonata Arctica, czy Cold Day In Hell. Każdy z wymienionych potrafił skruszyć moje zatwardziałe serducho, a ich teksty zawsze mnie porywały swoją prostotą. I za to wszyscy cenili Moore'a, zapraszając go do wspólnego nagrywania, szanował Go nawet sam Wielki B.B. King, z którym nagrał świetne Since I Meet You Baby. Nie mogę zapomnieć w tym miejcu o takich klasykach jak Empty Rooms czy The Loner. Tak na dobrą sprawę mógłbym wymienić w tym miejscu jeszcze kilka utworów, czy jest jednak sens? Gary Moore nie nagrał chyba złego kawałka. Na upartego mógłbym wymienić wszystko, co znajduje się na krążku Still Got The Blues i nikt nie miałby o to żadnych pretensji, jak sądzę. Tak sobie słucham składanki z Jego największymi przebojami, a przed oczami mam Jego koncert na warszawskim Torwarze w listopadzie 2009 roku. Wciąż nie mogę uwierzyć, że odszedł. Ktoś niesamowity, ktoś absolutnie wyjątkowy. Muzyka Gary Moore'a znaczy dla mnie, jeśli nie naprawdę wiele, to jednak wciąż bardzo dużo. A teraz go nie ma... Odszedł Ten, który złotymi literami zapisał się w historii muzyki, Ktoś, kto na nowo zdefiniował bluesa. Pozostała pustka, w której jednak wciąż gra Jego muzyka. I grać będzie. Bo blues był Jego. I zawsze będzie... R.I.P. Gary Moore.
TWISTED [redakcja Hard Rock Service]
Jak już powiedziałam we wstępie - wielkość Gary'ego Moore'a jako muzyka właściwie nie podlega dyskusji. Charakterystyczny styl, muzyczna błyskotliwość, umiejętność sprawnego poruszania się w zróżnicowanych gatunkach, a przede wszystkim - ogromna doza pasji, jaką wkładał w każdą graną nutę i każde wyśpiewane słowo. Płyty takie jak Still Got The Blues niosły ze sobą klimat zadymionych knajp, małych scen, gdzie pod palcami artysty rodzi się arcydzieło... To wcielenie Moore'a poznałam najpierw. Później, za namową kumpla z Włoch, sięgnęłam po Victims Of The Future, Run For Cover, Wild Frontier, After The War... Hard rockowe perełki, pełne zadziornego gitarowego brzmienia, typowo irlandzkiego charakteru i niesamowitych, nastrojowych ballad. I ten motyw z teledysku Empty Rooms, gdy Gary na samym końcu gasi tlący się płomień świecy... teraz nabierający, niestety, innego znaczenia... Ogółem, Gary Moore był jednym z największych z najwspanialszego pokolenia muzyków tego świata. Jego odejście jest ogromną stratą. Z drugiej jednak strony - ilekroć teraz myślę o jego muzyce, ilekroć po raz tysięczny słyszę w radiu do bólu już ograne Still Got The Blues - niezmiennie mam przed oczyma pewien obrazek sprzed lat... Druga połowa lat '90, zimowy wieczór, siedmio - czy ośmioletnia dziewczynka. Naprzeciwko niej - radio. Rozbrzmiewające na cztery strony świata dźwięki, które tamtego dzieciaka uderzyły prosto w serce. Pierwsza w moim życiu lekcja bluesa - bluesa przesyconego bólem, pasją, w każdym calu perfekcyjnego... I zarazem jedno z kilku najważniejszych muzycznych przeżyć. Właściwie trudno mi powiedzieć, czy bliższe są mi dokonania Gary'ego jako bluesmana, czy jako hard rockowca... W każdym z tych wcieleń zawiera się coś niezwykłego. Gary'emu zawdzięczam, podobnie jak moi przedmówcy i następcy, cudowną muzyczną podróż i wiele wyjątkowych, teraz tym bardziej cennych wspomnień. I wiem przy tym jedno - mimo wszystko cieszę się ogromnie, że mogłam być tamtą dziewczynką siedzącą przy radiu lata temu... Z podróży, w jaką zabrał mnie Gary i jemu podobni, nie zamierzam wracać - muzyka bowiem, w odróżnieniu od jej twórców, piewców, zagorzałych wielbicieli i zatwardziałych oponentów, zawsze pozostaje nieśmiertelna.
ANDRZEJ BRONISZ (TIPSY TRAIN)
Po śmierci Gary'ego czuję się poniekąd muzycznym sierotą. Gary był jednym z trzech gitarzystów - obok Ritchie'go Blackmore'a i Marka Raduli - którzy wpłynęli w największym stopniu na moją muzyczną wrażliwość i mentalność. To co mnie zawsze uderzało w Jego grze, to niesamowita melodyka, frazowanie i wyczucie. Zawsze i wszędzie tyle i takie dźwięki, ile potrzeba. Jakość dźwięków, a nie ilość. Gary ma tę niesamowitą umiejętność, jak ja to mówię, "opowiadania historii dźwiękami gitary". I to niezależnie czy słuchamy tkliwej ballady, dynamicznego rockera czy relaksującego bluesiora. Jest więc dla mnie bez wątpienia artystą kompletnym... Mowa nie tylko o grze na gitarze, ale i śpiewaniu. Nie wszystkim podoba się barwa i głos Gary'ego. Ja jednak lubię oba te aspekty, uważam że również interpretacje wokalne Gary'ego to coś, co zasługuje na uznanie. Z mojej strony uznanie jest pełne :). Pierwszy raz usłyszałem Go jeszcze w podstawówce, był to utwór Empty Rooms. Uderzyła mnie niesamowita melodyjność gitary, piękne i wysublimowane dźwięki, gładkie a zarazem mające w sobie jakąś zadziorność. Jako że w owym czasie miały także miejsce początki zespołu, w którym do dziś gram - Tipsy Train - słuchanie Gary'ego wprzągłem do poszukiwań swojej muzycznej drogi jako gitarzysty. I w dużej mierze dzięki słuchaniu jego grania (oraz Ritchie'go Blackmore'a) jako 14-letni adept sztuki gitarowej szybko ją wówczas odnalazłem. Wiele kolei losu przeszła moja gra, miewałem przejściowe chwilowe fascynacje stylistyką różnych muzyków, zawsze jednak wracałem do swoich korzeni, a więc m.in. do Gary'ego. I tak już pozostanie :). W owym czasie Gary tworzył albumy rockowe, czyli w stylistyce najbliższej moim zainteresowaniom. Mnóstwo utworów z tego okresu do dziś nie przestaje na mnie robić wrażenia. Proste acz skuteczne w przekazie. Właściwie wszystkie płyty z tego okresu są tymi, które najczęściej lądują w moim odtwarzaczu CD. Płyty te, obok jeszcze może płyt Rainbow, są także idealne dla mnie do prowadzenia samochodu, często więc jadę w drogę z rockowym Garym. Jeżeli miałbym wymienić 5 ulubionych utworów... trudny wybór... to powiedzmy, że byłyby to After The War, Run For Cover, Out In The Fields, Murder In The Skies oraz Wild Frontier. Jakkolwiek mogę tu zaraz dopisać kilkadziesiąt innych i dalej nie wyczerpię tematu :). Z albumu o tym ostatnim tytule pochodzi mój ukochany numer 1 pośród dzieł Gary'ego, absolutna instrumentalna perła - The Loner. Melodyka Lonera jest dla mnie absolutnym mistrzostwem świata. Gitara tu raz łka, innym razem wykrzykuje dźwięki, by potem znowu powrócić do tych spokojnych. Numer ten umiałem kiedyś na pamięć :). Jest jak ja to mówię "totalny", wszystko się w nim zgadza. Napięcie, nastrój i przepiękne dźwięki... Najpiękniejsze dla mnie solo Gary'ego... Zresztą kolejną rzeczą, jaką uwielbiam w grze Gary'ego, są piękne ballady. Wspomniane Empty Rooms, Don't Believe A Word (z repertuaru Thin Lizzy, w którym był dynamicznym rockerem - Gary zwolnił go, moim zdaniem z korzyścią), Crying In The Shadows, Separate Ways, Falling In Love With You, Listen To Your Heartbeat, With Love (Remember), Midnight Blues, Nothing's The Same czy instrumentalne Blues For Narada i The Messiah Will Come Again - by oczywiście wymienić tylko kilka - to przykłady jak pięknie można opowiadać historie dźwiękami gitary. We wszystkich tych kawałkach uwidacznia się tu niezrównana melodyjność Gary'ego, owo "śpiewanie gitarą", ta niezwykła umiejętność właściwego doboru środków wyrazu do klimatu utworu. Nie można przy tym nie wspomnieć o jeszcze jednej pięknej kompozycji - Parisienne Walkways - jednym z moich ulubionych numerów Gary'ego, autorstwa niezapomnianego Phila Lynotta. Jego wykonanie live z płyty Blues Alive do dziś rozwala mnie na kawałki... Po okresie rockowym przyszedł dla Gary'ego czas na bluesa. Przyznam, że w 1990 roku płyta Still Got The Blues była dla mnie sporym zaskoczeniem. Nigdy nie byłem przesadnym fanem bluesa, nie wszystko więc w bluesowym Gary'm "czuję". Cóż, nie moja stylistyka - muszę to otwarcie przyznać. Na szczęście na wymienionej wyżej płycie pobrzmiewają jeszcze echa rock'n'rolla, płyta jest w większości szybka i rytmiczna. Utwory Oh Pretty Woman, Walking By Myself czy przede wszystkim All Your Love to moje ulubione z tej płyty. Oczywiście tytułowa ballada, obecna na większości balladowych składanek świata, także wywołuje u mnie wielkie emocje. Solo którym Gary kończy ten utwór, kadencje i pasaże jakich używa budując napięcie i nastrój, są absolutnie najwyższej próby. Uwielbiam go słuchać, choć czasami te dźwięki zdają się wręcz hipnotyzować... Z innych bluesowych numerów lubię jeszcze Cold Day In Hell z płyty After Hours czy Need Your Love So Bad z Blues For Greeny. Ciekawe podejście do muzyki niosły za sobą płyty Dark Days In Paradise i Different Beat, gdzie Gary poeksperymentował trochę z brzmieniami i stylistyką i... "bitem" :), nie tracąc oczywiście nic ze swej melodyjności. Z tej pierwszej płyty uwielbiam kawałki One Good Reason, I Have Found My Love in You, Always There For You (mój ulubiony z tej płyty) czy kapitalną balladę Business As Usual. Z drugiej z powyższych płyt polecam kapitalną i brawurowo zagraną przeróbkę kawałka Jimi'ego Hendrixa - Fire oraz kawałki Go On Home, Lost In Your Love (!!!) czy House Full Of Blues. Miałem to szczęście, że - jakkolwiek tylko raz - ale było mi dane usłyszeć Gary'ego live. 11 listopada 2009 r. pojechaliśmy z ojcem do Warszawy, gdzie w wypełnionym po brzegi Torwarze Gary po prostu pozamiatał wszystkich swoim graniem. Zgotował nam prawie 2-godzinne show, podczas którego się nie oszczędzał, już od początku wyglądał, jakby ktoś oblał go wiadrami wody, ale dawał z siebie wszystko. Repertuar był wyłącznie bluesowy, ale mimo to show było przednie. Obecna ludność od razu zupełnie zbzikowała, śpiewała i "grała" z Garym całą sztukę. Umiał jegomość porwać ludożerkę do zabawy i to niemal niezauważalnie... Zresztą potencjał sceniczny Gary'ego obrazuje wiele koncertów wydanych na DVD czy wcześniej na kasetach VHS. Ci którzy znają, wiedzą o czym mówię :). Dziś nie ma Gary'ego wśród nas... fatalna strata, gdy się o tym dowiedziałem, aż przysiadłem na podłodze, nie dałem rady tego ogarnąć. Zresztą chyba nigdy tego do końca nie ogarnę. Dla mnie jest to bardzo osobista strata, osobista śmierć. Odszedł ktoś dla mnie bardzo ważny. Przedwcześnie - jak wielu innych - odszedł do Niebieskiej Orkiestry... Ale pozostała muzyka, dźwięki z których można czerpać pełnymi garściami. Ja wciąż, każdego dnia, odnajduję w jego grze nieprzebraną skarbnicę muzycznych wskazówek, jakimi zamierzam kierować się do końca swej muzycznej (i nie tylko) drogi.
BOBBY KIMBALL (ex -TOTO, YOSO, solo)
Pierwszy zespół, w którym grałem po przeprowadzce z Luizjany do Los Angeles w 1974 roku, nazywał się S.S. Fools. Składał się on z sześciu członków, z których trzech grało wcześniej razem w Three Dog Night. Nagraliśmy dla CBS Records tylko jeden album, ale przed jego wydaniem udało nam się ruszyć w trasę. Pierwszy koncert graliśmy w Santa Monica w Kalifornii, i tak się akurat złożyło, że gwiazdą główną, którą na tym koncercie supportowaliśmy, było Thin Lizzy... Tam właśnie po raz pierwszy spotkałem Gary'ego Moore'a - w pierwszych miesiącach 1974 roku. Wydaje się, jakby to było wczoraj - tak bardzo byłem pod wrażeniem zarówno jego stylu gry na gitarze, jak i przyjacielskiego usposobienia. Myślałem wtedy, jakie to niesamowite - zespół złożony z tak świetnych muzyków był tak bardzo w porządku wobec nowej kapeli, której debiutancki album jeszcze nawet się nie ukazał... A jako że było to moje pierwsze doświadczenie z zespołem tak znanym i utalentowanym - a do tego traktującym nas tak bardzo po przyjacielsku - wywarło to na mnie naprawdę niezapomniane wrażenie. Gary był wobec nas prawdziwym dżentelmenem i tego nigdy nie zapomnę. Chociaż zakochałem się w jego stylu gry na gitarze - to właśnie jego miłe usposobienie uczyniło zeń dla mnie bohatera. Później, po wszystkich tych sukcesach i latach śpiewania z Toto, miałem prawdziwą przyjemność zagrać z Garym kilka razy w Europie. Za każdy razem wywierał na mnie piorunujące wrażenie, więc tym bardziej zszokowany byłem jego nagłym odejściem... Pokój jego duszy... Mam również nadzieję, że wszyscy docenią jego niesamowity wkład w muzykę. Wciąż pozostaje on jednym z moich naprawdę ulubionych gitarzystów - był jednym z największych, którzy kiedykolwiek zaszczycili ten świat swoim istnieniem.
ALESSANDRO DEL VECCHIO (EDGE OF FOREVER, MOONSTONE PROJECT, EDEN'S CURSE)
"Właściwą muzyką" interesowałem się właściwie już jako dzieciak, dzięki mojemu ojcu. Już jako trzynastolatek grałem w pierwszym profesjonalnym zespole - i wcale tu nie żartuję... Był to bluesowy zespół złożony z pięćdziesięciolatków; ja byłem w porównaniu do nich bardzo młody, ale bez względu na to ciągnęło mnie tylko do tego, co w muzyce naprawdę kochałem. Któregoś dnia ktoś z zespołu puścił piosenkę jakiegoś nieznanego mi wówczas gitarzysty o nazwisku Gary Moore. Była to koncertowa wersja Empty Rooms z udziałem Erica Singera i wspaniałego Boba Daisleya na bezprogowym basie. Tamtego dnia coś się zmieniło... Dosłownie chwyciły mnie za serce melodia, kunszt i to, co uznaję odtąd za prawdziwą solówkę gitarową... Od tamtego czasu w mojej duszy nie ma miejsca dla innych gitarzystów. Gary zmienił mój sposób patrzenia na brzmienie sześciu strun bardziej, niż ktokolwiek inny i ustanowił standard, który osiągnęło bardzo niewielu. Na wiadomość o jego śmierci nie mogłem powstrzymać łez, ponieważ naprawdę straciłem w tym momencie "przyjaciela"... duchowego przyjaciela.
PIOTR ZANDER (ex- LOMBARD, ZANDERHAUS)
Gary Moore był bardzo istotnym gitarzystą w moim życiu jako początkującego gitarzysty... był dla mnie jednym z największych autorytetów gitarowych. Pamiętam, że większość solówek ściągałem od niego - super szkoła!!! Piękne, inteligentne, wyrafinowane solówki!!! Nie mogę do dziś uwierzyć, że już go nie ma...
FABIO ARIANO (BEVERLY KILLZ)
Pierwszym albumem Gary'ego, jaki usłyszałem, był Wild Frontier... Miało to miejsce lata temu, dzięki jednemu z moich przyjaciół - wciąż pamiętam niesamowite wrażenie, jakie wywarł na mnie swoim stylem i songwriterskim kunsztem. Od tej pory w ciemno kupowałem wszystko, co było z Garym muzycznie związane. Bliższa jest mi jego hard rockowa twórczość - albumy takie jak Corridors Of Power, Wild Frontier czy Run For Cover, być może dlatego, że od nich właśnie zacząłem... Równocześnie jednak, bardzo cenię sobie także i płyty bluesowe w jego dyskografii - choćby Still Got The Blues czy Back To The Blues. Jedną z moich ulubionych piosenek Gary'ego zawsze pozostanie Out In The Fields - fantastyczny utwór, wykonany wspólnie z innym geniuszem już wśród nas nieobecnym... Philem Lynottem. Dziękuję Ci, Gary!
BJORN LODIN (HARD)
Dla mnie był gitarzystą o absolutnie wyjątkowym brzmieniu. Znakomicie wypadał we wszystkich gatunkach muzycznych, w obrębie których się poruszał, i naprawdę docierał do słuchacza swoimi nutami i zagrywkami... Mój ulubiony numer to Still Got The Blues. Raz nawet go spotkałem. Byłem na jego koncercie w Sjöhistoriska Museet w Sztokholmie (około 1988 roku) - wróciwszy do domu, wsiadłem do windy w bloku, w którym mieszkałem... a tam stał on we własnej osobie, razem z dwoma pięknymi dziewczynami, które również mieszkały w tym samym budynku :) Jego muzyka będzie żyć wiecznie - nie mam co do tego wątpliwości!
STEFAN MACHEL (TSA, ex- BLUES POWER)
Przyznaję, że jakis czas temu - a było to na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia - przeszedłem okres fascynacji grą Gary'ego Moore'a. Płytą Still Got The Blues sprawił mi miłą niespodziankę. Nie spodziewałem się, że po okresie jego twórczości opartej głównie na harmonii muzyki irlandzkiej nagle zapragnie poczuć bluesa. Jak mało któremu artyście udało mu się za pomocą takiej volty stylistycznej napędzić swoja karierę po raz kolejny. Wbrew pozorom powrót do bluesa zabrzmiał bardzo świeżo i oryginalnie. Walking By Myself Jimmy Rodgersa jest odtąd kojarzone z wykonaniem Gary'ego. To właśnie ta wersja była najczęściej inspiracją do grania tego utworu na wielu jam sessions. A jego sola niewątpliwie przyczyniły się do powstania określenia "wyciskanie soków z gitary".
DAVID REECE (ex- ACCEPT, BANGALORE CHOIR, solo)
Po raz pierwszy usłyszałem Gary'ego Moore'a z Thin Lizzy... mógłbym to podsumować jednym krótkim "WOW"! Już wtedy wiedziałem, że jest jedynym w swoim rodzaju gitarzystą. Jego feeling i brzmienie były niesamowite! Wielu gitarzystów próbowało i wciąż próbuje imitować jego styl - oczywiście myślę, że tylko tracą czas... Czuć było również jego ogromną pasję względem śpiewania. Będę za nim tęsknił i wiem, że cały świat muzyczny również!
PELLE SAETHER (GRAND DESIGN)
Gary Moore był moim idolem od zawsze - moje pierwsze zetknięcie z jego muzyką nastąpiło przy okazji albumu Thin Lizzy Black Rose. Grał jak wcielony diabeł - wściekle i szybko. Później, gdy rozpoczął karierę solową, zakochałem się w jego albumach - szczególnie Victims Of The Future... rany, potrafił pisać naprawdę świetne piosenki! Gary odszedł od nas o wiele za wcześnie... ale wiem, że wymiata teraz gdzieś w rockowym niebie i wciąż daje prawdziwego czadu!
RICCARDO CANATO (RHYME)
Gdy myślę o Garym, zawsze przypomina mi się tekst Thunderoad Bruce'a Springsteena - "wziąłem w dłoń gitarę i nauczyłem się, jak sprawić, by mówiła" - gitara Gary'ego Moore'a przemawiała do słuchaczy bardziej, niż jakakolwiek... może Brian May i David Gilmour mogliby polemizować. Bardzo kocham Paryż; Ty, Gary, stworzyłeś ścieżkę dźwiękową wszystkich moich podróży do najwspanialszego miasta na świecie... bez Ciebie to już nie będzie to samo.
JAROSŁAW HERTMANOWSKI (HETMAN)
Był to gitarzysta tego typu, że jak grał z innymi na wspólnej scenie - to jego było najlepiej słychać... Gibson połączony z klasycznym Marshallem bez użycia efektów - to była jego specjalność. Zaliczam go do gitarzystów grających tzw. "mocną ręką", no, i oczywiście świetnych kompozytorów... jego obecność w jednym z moich ulubionych zespołów - Thin Lizzy - u boku fantastycznego Phila Lynotta nie była bez znaczenia... Zdziwiłem sie, że tak szybko odszedł, i że w takich okolicznościach... R.I.P
KELLY KEELING (ex- BATON ROUGE, BLUE MURDER, HEAVEN & EARTH, MSG)
Gdy miałem siedemnaście lat, usłyszałem "Corridors" i musiałem od razu opanować to solo... ten facet grał tak jak Van Halen, ale bez użycia techniki hammer-on. Opanowanie tego udało mi się do pewnego stopnia i wciąż mogę się tym popisywać... Kolejne moje zetknięcie z Garym Moorem miało miejsce, gdy nagrywałem z Johnem Sykesem album Nothing But Trouble... John godzinami studiował taśmę, na której miał nagrane występy jego i wszystkich innych wielkich, choćby Alberta Kinga... Nigdy nie słyszałem, by ktoś grał z większą dawką emocji, niż robił to Gary. Sykes jest bliski temu poziomowi - ja mógłbym go tylko ślepo imitować, jak wielu... ale ma to związek z faktem, że Sykes jest tak samo ważną częścią Thin Lizzy, jaką był Gary... O tych, którzy przeszli przez drzwi Phila [Lynotta] można by wiele powiedzieć... Gary Moore to kopalnia talentu; gitarowy świat i muzycy do niego należący bez wątpienia zyskali wiele dzięki jego zdolnościom. Pozdrawiam Cię, Gary, gdziekolwiek jesteś i dziękuję Ci za tę muzykę! Wielu będzie Cię brakowało.
HOWARD LEESE (ex- HEART, PAUL RODGERS BAND, BAD COMPANY, solo)
Miałem przyjemność jammowania z Garym Moorem, gdy Paul Rodgers Band grał ostatnio w Royal Albert Hall w Londynie. Był to wspaniały bluesman, bardzo uduchowiony. Still Got The Blues to prawdziwy klasyk. Wszystkim nam będzie go brakowało.
KRZYSZTOF WAŁECKI (VINTAGE, ex- ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY)
Gary Moore, wybitny artysta, który zapisał się w mojej pamięci jako niepowtarzalny wirtuoz gitary, kompozytor i wokalista. Spośród jego dokonań najbardziej oczarowała mnie płyta Still Got The Blues. Każdy z utworów na tej płycie porywa mnie do tej pory. Gary Moore jak nikt inny z krainy rockowych gitarzystów "szybkobiegaczy" potrafił wtopić się w klimat bluesa i rządzić między prawdziwymi gwiazdami tego gatunku.
HERMAN RAREBELL (ex- SCORPIONS)
Gary'ego widziałem po raz ostatni rok temu, w Brighton w Wiekiej Brytanii, gdzie mieszkam... Również tam rezydował, spotkaliśmy się w pubie... Znam i szanuję jego muzykę, sądzę, że był fantastycznym gitarzystą! Na zawsze pozostanie w moim sercu.
***
W imieniu wszystkich, którzy zechcieli podzielić się z nami swoimi przemyśleniami, oraz wszystkich tych, którzy z Empty Rooms, Parisienne Walkways czy Still Got The Blues w tle poświęcili czas tym wspomnieniom - pozostaje dodać już tylko jedno. Gary - spoczywaj w pokoju. Będziemy wspominać Cię z miłością, nieważne, czy spacerując paryskimi ścieżkami, czy też będąc gdzieś "za górami, za lasami"... Historia bluesa, opowiedziana śpiewem Twojej gitary, na zawsze pozostanie w sercach Twoich fanów i wszystkich tych, dla których 6 lutego 2011 roku fraza "still got the blues" nabrała nieco innego znaczenia...
Twisted 02.03.2011
|