|
Skład: Matt Mitchell - śpiew; Chris Green - gitara prowadząca i rytmiczna; Pat Heath - gitara prowadząca i rytmiczna; Alex "Nickel" Bowen - gitara basowa; Lee Farmery - perkusja
Produkcja: Rick Beato
Furyon to taka skromna, choć bardzo sprawna zarówno instrumentalnie jak kompozycyjnie, grupa z Wielkiej Brytanii. Panowie debiutowali w roku 2006 EP-ką zatytułowaną 32 Hours. Przeszła ona zupełnie bez echa w metalowym światku. Dopiero w tym roku zespół zaprezentował pełnowymiarowy album Gravitas. Płyta zawiera 10 utworów i została wydana przez formację własnym sumptem. Pomimo tego zawartość debiutanckiego LP zasługuje na poświęcenie mu uwagi.
Co wiec tu mamy? No cóż, otagowano to jako Melodic Heavy Metal/Hard Rock, jednak to wydaje mi sie niesprawiedliwym spłycaniem tematu i spychaniem Furyon do jednego wora z całymi tabunami zespołów parających się właśnie taką muzyką. Moim zdaniem na tym krążku znajduje się coś więcej niż wyżej wymieniona szufladka. Ja nie umiem jeszcze tego zaklasyfikować, ale za każdym odsłuchem ta mieszanka mnie rozwala od pierwszego do ostatniego taktu. Tak, jest tu coś z heavy metalu, ale jest też coś z alternatywy i coś z tych soundgardenowych zagrywek, coś z Pure Inc, coś z riffów Evergrey, sporo progresywnych zagrywek, solowego wymiatania, interesujących zmian tempa, ba nawet coś z "Ogrodów Dźwiękowych" Cornella... Najlepsze jest to, że nie ma tu bezpośrednich inspiracji i zwykłego rockowego grzania. Tu i ówdzie przemknie coś znajomego, ale o zrzynce czy cytatach mowy być nie może. Do tego ten wokalista - pan Matt Mitchell, brzmiący czasem troszkę w stylu Patricka Fuchsa. Facet naprawdę wie, o co chodzi w tego rodzaju muzyce. I nadal nie wiem, jaką łatkę tu dać. To jest coś więcej. Ten zespół zaciekawił mnie już od pierwszych taktów Disappear Again, którego refren brzmi niczym jeden z refrenów Evergrey, a wokalista bez napinki, zupełnie swobodnie śpiewa podobnie do Englunda. Jestem przekonany, że słyszałem już gdzieś riff ze Stand Like Stone, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie, skąd go znam. Tak czy inaczej, bardzo podoba mi się ten kawałek. Souvenirs doskonale pasowałby na którąś z płyt Pure Inc. Świetny, czadowy, soungardenowski riff i bardzo udana konstrukcja utworu. Świetną "zagwozdką" jest Don't Follow. Konia z rzędem temu, kto jednoznacznie określi, co to jest. Bardzo dobry, evergreyowski riff i cornellowski refren. I ta jakże heavy metalowa solówka, której nie powstydziliby się najwięksi wymiatacze. A jeśli ciagle Wam mało, to mamy tu króciutką, rockową wstawkę. O New Way Of Living mogę napisać podobnie. Tu jest wszystkiego po trochu, z tego co zdążyłem wymienić, świetnie połączone w jedną całość. Do tego interesujące zmiany tempa i wirtuozerskie solówki obu gitarzystów. A tak w ogóle to muszę Wam powiedzieć, że bardzo podoba mi się produkcja tego krążka. Choć nisko budżetowa, zrealizowana za środki zespołu, to idealnie pasuje do tego, co ta ekipa prezentuje. Z kolei Voodoo Me to bardzo niski ukłon w stronę stylu prezentowanego przez panów z amerykańskiej formacji Godsmack. Choć tu jest nieco bardziej przebojowo z iście amerykańską, heavy metalową solówką. I to jest ta subtelna różnica. Choć pachnie z daleka amerykańskim metalem, to do końca nim nie jest. Najlepsze jest to, że gdy już właściwie załapałem, o co temu zespołowi chodzi, ci panowie udowadniają, że się mylę, serwując kolejną, tym razem progowo-cornellowsko-heavy metalową konstrukcję Fear Alone, która przy okazji przypomina mi to, co grają Madziarzy z Dreyelands. I ten kawałek doskonale pasowałby na ich płytę. To co panowie zdążyli już zaprezentować, skumulowało się w bodaj najlepszym na tym krążku utworze Wasted On You. Przemocarny kawałek w refrenie przypominający dokonania Symphony X. Można powiedzieć, że Our Peace Someday to ten jakże poszukiwany tu i wyczekiwany hard rock. Czy jednak jest tak do końca? Bo moim zdaniem to nagranie idealnie do tego szablonu nie pasuje. Nie znaczy to, że nie pasuje do całości krążka. Co to, to nie. Uważam, że to świetny numer i zawsze z przyjemnością go słucham. Dźwiękową ucztę na Gravitas kończy troszkę orientalny w swoim klimacie Desert Suicide. Wolny, mroczny i bardzo ciężki na początku, by potem nabrać nieco rozpędu, potem znów przyhamować i tak kilka razy na zmianę. Pisałem już, że podobają mi się te zabiegi z tempem płyty? Nie? No to piszę. Proszę posłuchać tej solówki! Brzmi jakby grał ją sam Mistrz Satriani!
Koniec płyty, a ja nadal nie wiem, jak określić jej zawartość. Jest tu bardzo dużo rzeczy, nie boję się określić tego krążka jako wielowymiarowego. Może napiszę tak: tego trzeba posłuchać co najmniej kilka razy i to głośno. Wczuć się w ten album. Wgryźć się. Wsłuchać. Wtedy wyłapie się wszystkie niuanse i smaczki. Jakąś łatkę trzeba przykleić jednak. Niech więc będzie, że określę Gravitas jako metalową alternatywę. Czy słusznie? Nie wiem. Powtarzam raz jeszcze: ja nie umiem tego zaszufladkować i doprawdy wolałbym tego nie robić. To jest po prostu świetna płyta, a ta mieszanka stylów i wpływów rozwala mnie od pierwszego do ostatniego taktu. Ocena maksymalna. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.furyon.net
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/furyon
Vincent lipiec 2010
|