|
Skład: Kurt Vereecke - instrumenty klawiszowe, elektroniczna gitara basowa, gitary rytmiczne, perkusja, perkusyjne loopy, chórki
Gościnnie: Johan Waem - śpiew, chórki; Maurice Saelmans - śpiew, chórki; Ollie Oldenburg - śpiew, chórki; Peter De Zutter - śpiew, chórki; Guido Priori - chórki; Jo De Boeck - chórki; Eva Vereecke - chórki; Willem Verwoert - chórki; Jim Santos - gitara prowadząca, solówki; Sven Bauwens - gitara prowadząca, solówki; Tommy Denander - gitara prowadząca, gitara rytmiczna, solówki; Dirk Cauwels - śpiew, gitara rytmiczna, chórki; Steve Newman - gitara rytmiczna; Erik Van Bers - gitara rytmiczna; Ward Snauwaert - gitara rytmiczna; Alan Williamson - gitara rymticzna, gitara akustyczna; Luc Van Thuyne - gitara rytmiczna, gitara akustyczna; Frank De Lobel - pianino; Jurgen Vitrier - instrumenty klawiszowe; Vincent De Laat - gitara basowa; Dan Palladino - gitara basowa, gitara prowadząca, solówki; Daniel Flores - perkusja
Produkcja: Scharaf Girges i Kurt Vereecke
Frozen Rain to nadzwyczaj interesujący projekt kierowany przez belgijskiego multiinstrumentalistę Kurta Vereecke. Kurt zaprosił do współpracy liczną rzeszę muzykow, wśród których większośc jest mniej znana, ale można też rozpoznać wśród nich nazwiska związane z takimi zespołami jak Radioactive, Norway, Mind's Eye, czy Newman. Efektem tej współpracy jest doskonale zagrany i wyprodukowany album debiutancki, którego wydanie przeciągalo się przez prawie 4 lata. Z Kurtem miałem okazję wymienić swego czasu kilka maili, zapoznałem się wtedy z samplami jego projektu i na wydanie tego krążka czekalem niecierpliwie, a że się go nie doczekałem, to o nim zapomniałem. A że jednak po kilku latach wyszedł, obowiązkowo musiałem po niego sięgnąć.
Zeszły rok był bardzo pomyślny dla sleaze rocka, wygląda na to, że w tym roku będziemy mieli prawdziwy renesans AORu. Spora część wychodzących w ostatnim czasie płyt to właśnie wydawnictwa z tego gatunku i album Frozen Rain wśród nich należy do jednego z najlepszych. Podoba mi się bardziej niż np. zachwalane niemal wszędzie Work Of Art, ba, brzmienie krążka jest równie dobre jak płyty z końca lat '80, więc sympatycy AORu muszą koniecznie w plytę się zaopatrzyć. Waiting For You to bardzo przebojowe wejście. Charakterystyczne gitary rytmiczne i pulsujący bas, do tego wszystko odpowiednio i solidnie podbarwione klawiszami, udana solówka, a co najważniejsze - rewelacyjne linie wokalne, nadzwyczaj melodyjne. Taka muzyka powinna na okrągło lecieć w radiu i pojawia się pytanie, dlaczego nie leci? Kolejne Wire Of Love nie spuszcza z tonu, tyle tylko, że jest spokojniejsze od poprzednika. Niesamowite rzeczy wygrywają gitarki w tle, do tego klawisze niby oszczędne w fajerwerki, ale wyraźnie słyszalne, zagrane kunsztownie, po prostu pasujące do reszty. O lepszy tytuł niż Music Keeps Me Alive byłoby trudno. Co więcej, dla takiej muzyki warto żyć, chociaż ta pozycja akurat jest już słabsza, może dlatego, że mikrofon przejął ktoś inny. Ten wokal brzmi jak na mój gust trochę za mało zadziornie, pomimo tego, że przecież sama muzyka do ostrej nie należy (coś jak Journey czy Styx). Oczekiwałbym mimo wszystko od wokalisty większego pazura. AORowa ballada to My Heart Believes It's True, czego zresztą można by sie było domyślić po samej nazwie. Kolejny dobry numer, linie wokalne nie przeszkadzają, choć utrzymane są w klimatach z pogranicza muzyki pop i palacu ślubów ;). Muszę mieć szczególny nastrój, by słuchać czegoś takiego, ale muszę przyznać, że na wieczór granie takie jest w sam raz. Powrót do stylistyki zbliżonej do pierwszych kompozycji mamy w Red Light Zone. W sumie nie jest to nic oryginalnego, w pamiętnych latach '80 bardzo wiele zespołów miało takie kawałki w swoim repertuarze, ale pamiętajmy, że mamy rok 2008. Tutaj uwagę moją przykuwają bluesujące zagryweczki gitarowe, niby to wstawki z innego gatunu, ale nie gryzą się z AORem prezentowanym przez Kurta. Ostrzejsze gitary we wstępie do On The Run dawały mi pewną nadzieję, że będzie bardziej hard rockowo, ale szybko okazało się, że uzycy konsekwentnie trzymają się AORowej stylistyki. Dzięki temu krążek zachowuje spójność, co jest jak najbardziej zaletą, bo z góry wiadomo, że jest kierowany do pewnego konkretnego grona słuchaczy. Park Cafe brzmi nieco jak klasyczne Def Leppard, tyle że dużo łagodniejsze, gdyż dodano tu sporo klawiszy. Jeśli ktoś lubi jedynkę Diving For Pearls, to tutaj znajdzie właśnie coś dla siebie. Znów bardziej typowo w Never Be A Fool Again, bo doszukać można się inspiracji w wielu kapelach AORowych, pierwszy na myśl nasuwa mi się od razu Foreigner. Najlepszy jest chyba sam początek, taki nieco groźnawy jak na wczesnych plytach Honeymoon Suite, dalej to już wedle gustu - kto lubi delikatne wokale, będzie usatysfakcjonowany, kto woli ostrzej, może być zawiedziony. Jeszcze jeden hit na krązku, Your Love. Za te solówki ( a'la Schon) na początku i w środku mógłbym przyznać muzycznego Nobla, jest dobra jak diabli, później pałeczkę przejmują rewelacyjnie zaaranżowane klawisze. Jeden z najmocniejszych punktów albumu i moich faworytów, a jakże by inaczej. Mniej dynamicznie, zdecydowanie spokojniej jest w Say That You Love Me, co nie znaczy, że gorzej. To po prostu nastrojowa piosenka, do której słuchania trzeba mieć... nastrój, hehe. Lekko strawne, odprężające, Pan Doktor zapisuje ten numer jako lekarstwo wszelkiej maści nerwusom. Nieco "foreignerowe" Little Angel też bardzo mi sie podoba i dziwi mnie trochę fakt, że tak dobrą kompozycję zamieszczono pod koniec płyty. Moim zdaniem powinna znaleźć się gdzieś w pierwszej połowie, ale może to jakiś specjalny zabieg, by album jakos urozmaicić. Niby wszystko na nim jest dość podobne, a jednak monotonii uniknięto. Na szczęście. Ostatnie w zestawie jest bardzo delikatne Tomorrow, typowa pościelówa dla panienek, chociaz zmęczonym po calym dniu pracy facetów też powinna się spodobać. Głos wokalisty brzmi tu aksamitnie, instrumenty grają ilustracyjnie, prym wiedzie pianino.
Okładka w modnym ostatnio odcieniu niebieskim mogłaby sugerować, że jest to jakieś smutnawe wydawnictwo, jednak nic bardziej mylnego. To bardzo ciepła płyta, stonowana, dająca jakąś nadzieję. Moją nadzieją jest życzenie, by tak dobrych krążków wychodziło więcej i by ten gatunek muzyczny odzyskał swoje dawno utracone miejsce. Może tę recenzję przeczyta ktoś z radia i zacznie puszczać na jego antenie. Gwarantuję, że przebojów nie zabraknie. Album polecam gorąco smakoszom AORu i życzę smacznego :)
Oficjalna strona zespołu: www.frozenrain.be
Guitarrizer maj 2008
|