|
Skład: Ron Chenier - śpiew, gitara; Bob Patterson - perkusja; Jeff Nystrom - gitara basowa Dave MacDonald - gitara, instrumenty klawiszowe, chórki
Produkcja: Nick Blagona
Fist to taki raczej nie znany szerzej wśród metalowej gawiedzi, skromny zespolik z Kanady. Ten kraj chowa w swoim zanadrzu mnóstwo ciekawych zespołów, niewielu jednak udaje się przebić, a szkoda, bo przecież Kanada to jakby skrzyżowanie metalowych dróg... Mimo tego sam nie wiem, co mnie skusiło do sprawdzenia co to za dziwo. Może słuszna i true nazwa zespołu? A może raczej to, czym ci panowie się parają? A może jedno i drugie? A może na dodatek okładka tego wydawnictwa?
Napisałem "parają", bo jak się okazuje, ten zespół mimo poważnego stażu jest nadal aktywny, hmmm, albo i nie, bo swoją ostatnią płytę, zatytułowaną Bolted Door wydał w roku 2006. No, nieważne, zostawmy tę kwestię i te dywagacje na boku. Album In The Red pochodzi z roku 1983, czyli ukazał się wtedy, gdy ja byłem słodkim bobaskiem w kołysce. Omawiany przeze mnie dziś LP zawiera 11 utworów. W tym miejscu warto wspomnieć, że ponownie wydany zawiera kilka bonusowych ścieżek, jest ich aż sześć. To sporo, prawda? Niestety nie wiem, w którym roku ukazała się wersja rozszerzona, ale wymienię owe utwory-bonusy. Są to: Who Did You Love, Anyway You Want, Memories, Fall, Madness oraz Fly. Nie powinien nikogo dziwić fakt, że te utwory ukazały się już wcześniej na poprzednich płytach. No cóż, wytwórnie (w tym przypadku A&M Records) często stosowały takie zabiegi, chcąc maksymalnie zapełnić czas płyty. W tym celu "upychano" tyle utworów, ile się dało. Osobiście jestem przeciwny takim zabiegom. Często w ten sposób psuje się całą zawartość, bo dodatki częstokroć pasują do niej jak pięść do oka. Słuchając In The Red nie można powiedzieć, że to jakiś super-przebojowy krążek. Nie oznacza to automatycznie tego, że nie ma tu na czym zawiesić ucha. Album ten zawiera kilka naprawdę fajnych i mogących się podobać, nagrań. Rozpoczyna się rzuconym na wstępie stwierdzeniem, że When I'm Bad I'm Better. Hmmm, to bardzo możliwe i całkiem prawdopodobne - muszę to kiedyś osobiście sprawdzić. Utwór ten nie wyróżnia się niczym specjalnym. Ot dobry, hard rockowy numer i tyle. Daje jednak znać z czym będziemy mieć do czynienia na tym krążku. Natomiast Crazy On You to jest ten tyk hard rockowych kawałków, które uwielbiam. Bardzo dobry wstęp i perkusista grający w sposób, który nieodmiennie zawsze mi się podoba. Prosto i bez żadnych fajerwerków. I ten wyraźny i nieco wyeksponowany bas. Szkoda, że na dzisiejszych hard rockowych wydawnictwach ta kwestia jest spychana na margines. Tak czy owak, moim zdaniem to pierwszy hit na tym albumie. Bardzo dobre wrażenie podtrzymuje utrzymany w konwencji tradycyjnego heavy metalu It Ain't Good. No, nie można się tu do niczego przyczepić. Niezbyt szybki, ale czy nie przebojowy? Who cares? Ważne, ze jest fajna melodia, sekcja dudni, blachy szumią, a gitarzysta robi to, co do niego należy. Warto zaznaczyć obecność klawiszy na tym krążku. Nieco schowane w tle, ale słyszalne i w odpowiednich proporcjach. Undercover Lover natomiast to taki tradycyjny rocker. Kto chce, może tu i ówdzie podciągnąć niektóre fragmenty pod stare Deep Purple. Trzeba przyznać, że solówka jest bardzo udana i ładnie koresponduje z gitarą. Jak to zwykle bywa, na tego typu wydawnictwach obowiązkowo musi być ballada. Nie inaczej jest w tym przypadku. Honory ballady pełni tu If I'm Not Loved, utwór przypominający mi nieco (sam nie wiem czemu) dokonania niemców ze Scorpions, tudzież pewną balladę Szwajcarów z Krokusa. Ładna rzecz, okraszona odpowiednią solówką. Niewątpliwie kolejny utwór, który zaliczyć należy do najlepszych na tym LP. Over The Line to taki radosny i pozytywny hard rockowy utwór, z chóralnie odśpiewanym refrenem. Kojarzy mi się to z pewnym kawałkiem, niestety nie jestem w stanie wskazać, z którym. Hmmm, chyba szwedzki Sabaton w swoim Masters Of The World zawarł później podobną melodię. Tak mi się wydaje. W każdym razie patent zastosowany w tym utworze z powodzeniem stosuje wiele grup hard rockowych, jak świat długi i szeroki. Street Fighting Heroes w sam raz nadawałby sie do jakiegoś filmu. Chyba nie muszę pisać do jakiego, tytuł sam mówi za siebie. Bardzo lubię takie zwolnienia jak w tym kawałku. Troszeczkę kojarzy mi się to z Queen, ale nie szkodzi. Day By Day - wstęp do tego numeru kojarzy mi się z pewnym riffem Tomka Iommiego. Ach, te moje sabbathowe demony, heh. W każdym razie tego typu kawałki śpiewać bardzo lubi Tony Martin. I mamy tu całkiem fachowe "Yeah" na dokładkę. Gimme Love to taki króciutki, niespełna trzyminutowy utwór, utrzymany w hard rockowej konwencji. Ale ponownie mam wrażenie, że znakomicie odnalazłby się tu Tony Martin. Dirty Girl jest bardzo podobny, może tylko bardziej zadziorny i z bardzo dobrymi klawiszami w tle. Podobać może się także wcale nie najgorsza solówka. Troszeczkę kojarzy mi się ten kawałek z AC/DC już z Brianem w składzie. Na zakończenie krążka zespół serwuje New York City. Powrót do tradycyjnego heavy metalu, z nieco połamanym rytmem w refrenie. Oczywiście sekcja gra, jak się należy, a gitarzysta gra całkiem fajną, choć może przydługą solówkę.
Podsumowując: całkiem przyjemny album wcale już nie najmłodszego zespołu. Kto lubi tradycyjne, heavy metalowe i hard rockowe klimaty, ten na pewno, sięgając po ten krążek, nie będzie zawiedziony. Umiarkowanie polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.myofist.com
Vincent październik 2010
|