Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

FIREWÖLFE - FireWölfe [2011]
Wydawca: FireWolfe

  1. Air Attack
  2. Unholy
  3. FireWolfe
  4. Armed Forces
  5. Back From Hell
  6. Wicked Words
  7. Ice Wizard
  8. Tempter
  9. M.O.D.
  10. Feel The Thunder
FireWölfe

Skład: David Fefolt - śpiew; Paul Kleff - gitara; Nick Layton - gitara; Zack Uidl - gitara basowa; Jay Schellen - perkusja

Produkcja: John Payne i Jay Schellen

W metalowym światku od jakiegoś czasu przebąkiwano o nowym projekcie muzycznym, zapewne znanego niektórym, wokalisty Davida Fefolta. Sam zainteresowany po zamieszaniu najpierw z Angels Of Babylon, a potem z Fifth Angel sam podsycał te plotki obiecując, że powróci z kolejną propozycją. Z pomocą przyszli panowie wioślarze w osobach Nicka Laytona i Paula Kleffa. Obaj zaczęli pisać materiał na płytę już w roku poprzednim. Jak sami mówią, chcieli stworzyć płytę z muzyką, której sami słuchają. A słuchając finalnego efektu ich pracy trzeba przyznać, że jest to krążek bardzo heavy, z pazurem, choć bardzo melodyjny i z przebojowymi refrenami.

Po zakończeniu pisania i przygotowywania materiału zaczęli się rozgladać za wokalistą, który mógłby zaśpiewać gotowe kawałki. Wybór padł właśnie na Davida Fefolta, który idealnie pasuje do tego, co zespół na tym LP proponuje. Musicie wiedzieć, że nie jest to płyta byle jaka, napisana na kolanie. Jest to dzieło kompletne, starannie przemyślane od A do Z, zawierające świetne kompozycje, wypakowane masą inspiracji i przede wszystkim - nie nudzące słuchacza. W telegraficznym skrócie można powiedzieć, że jeśli ktoś lubi klasyczne, eleganckie, amerykańskie heavy, to z miejsca pokocha ten album. A obcując z FireWölfe można usłyszeć echa takich tuzów jak Judas Priest, Iron Maiden, Rainbow, Black Sabbath, czy wreszcie niemiaszków z Accept. Skład zespołu uzupełniła precyzyjna sekcja w osobach Zacha Uidla (bas) i Jaya Schellena (perkusja). Jak przystało na klasyczną, heavy metalową płytę, rozpoczyna się ona dość wolno i majestatycznie. Air Attack, bo o tym utworze mowa, nastraja optymistycznie. Troszkę tu nawiązań do pewnego znakomitego dzieła amerykańskiego Warrior, ale to tym lepiej. Świetny wałek z odgłosami walki w tle, znakomita praca gitar, świetne solówki, przypominające popisy Brodericka chociażby, wspaniale i pewnie śpiewający wokalista i dudniąca sekcja. Dodajmy tu chóralny refren w tle i gdzieś tam w tle ekipę Tiptona. Natomiast prawdziwym killerem, znakomitym przebojem jest Unholy. No, co za numer! Intro niemal jak w skądinąd znanym Downfall, miażdżąca sekcja, kapitalny, prosty riff w stylu jakiego nie powstydziłby się sam Eddie Van Halen i wokalista, który spokojnie zapędza Lee Rotha do kąta. No i ten refren. Kto nie zaśpiewa go razem z Davidem, ręka do góry. No, nie da się po prostu. Kocham takie numery. Proste, bez wydziwiania i kombinowania heavy metalowe grzanie z killerskimi wymianami solówek. Po prostu prawdziwa miazga. Na debiutach zdarza się często i gęsto, że zespół serwuje utwór będący jednocześnie nazwą zespołu. Tu tradycja została podtrzymana i dostajemy mroczny, epicki, niemalże duszny i niepokojący FireWolfe. Naprawdę niezła rzecz, a praca gitar tu i ówdzie może kojarzyć się z popisami mistrza Yngwie Malmsteena. Jestem naprawdę zbudowany zawartością tego LP. Po prostu aż chce się słuchać. Mimo wielu pomysłów, zabiegów z tempem, kombinowania, smaczków, ten album nie nudzi i nie zmusza słuchacza do przesuwania kolejnych utworów. Naprawdę nie spodziewałem się, że w okresie oczekiwania na nowe Sandalinas będę miał okazję posłuchać tak znakomitego wydawnictwa. Na dzień dzisiejszy całkowicie zaspokaja ono mój głód w rejonach melodyjnego heavy metalu. Jeszcze lepiej jest w Armed Forces. Agresywny tytuł i takież nagranie. Coś na kształt uzbrojonego po zęby i dociążonego Van Halen, czy też może Warrior. No, kto podskoczy do takiego argumentu? Chyba nikt się nie odważy. Jak zwykle mamy okazję posłuchać znakomitych, wirtuozerskich solówek. No i ten kroczący, ciężki jak stado słonic riff. Po prostu MLASK. Ładnie brzmią echa Iron Maiden, gdy zespół zwalnia i serwuje słuchaczowi łagodniejsze doznania. No, moi drodzy. Takich utworów nie pisze się na kolanie pod stołem. Na koniec odgłos odlatującego śmigłowca... No, szok! Znakomity zabieg. Back From Hell to numer utrzymany w średnich tempach, osobiście kojarzy mi się to z niektórymi ścieżkami Rainbow. Ciekawe, co powiedziałby Blackmore na takie dictum. Z drugiej strony, posłuchajcie tego riffu. Zastanawiam się też, dlaczego panowie z Primal Fear nie piszą już takich kawałków. To jest coś wymarzonego dla będącego w formie Ralfa. Tymczasem Fefolt poradził sobie tu znakomicie, udowadniając, że czuje się równie dobrze w rejonach nieco bardziej kwadratowych. Sympatycznie wypada tu zwolnienie, takie hmmmm, jakieś takie Maidenowe, przypominające utwory Dziewicy z dwóch ostatnich płyt. Potem wszystko wraca do normy, solówka (jak zwykle znakomita) i koniec. Wicked Words wita nas neoklasycznym wstępem, potem wchodzi zawodowy, metalowy riff, niepokojące klawisze w tle i na końcu wokalista, który w refrenie po prostu demoluje. Tak sobie słucham tego kawałka i zastanawiam się, jaka będzie odpowiedź Sandalinas, bo to jest numer bardzo w stylu Jorge właśnie. Można powiedzieć, że to jeden ze słabszych utworów na tym LP, po prostu taki "zwykły". Mimo to robi wrażenie i nie psuje odbioru płyty ani trochę. No i ja bardzo lubię takie zakończenia, jakie jest tu zaprezentowane. Agresywniejszą kompozycją, w stylu panów z Accept, jest Ice Wizard. Szkoda tylko, że to w zasadzie instrumentalny przerywnik. Zespół popisuje się tu swoimi technicznym możliwościami i tyle. Tempter to wypisz wymaluj nastrój i riff z Black Sabbath. Bardzo mroczny i ciężki wstęp, potem utwór rozpędza się i nabiera mocy. W tym miejscu, podobnie zresztą jak w wielu innych, mam skojarzenia z najlepszymi nagraniami Firewind z boskim Apollo za sitkiem. Bardzo dobry, heavy metalowy numer. Bardzo ciekawą propozycją jest nieco bardziej hard rockowy M.O.D.. Choć i tu panowie gitarzyści wtrącili nieco kombinowania, to ten numer ze swoim przebojowym jak cholera refrenem z całą pewnością znajdzie swoich amatorów. Tu rzecz jasna można mieć skojarzenia z całą hordą hard rockowych zespołów, choć mi nie wiedzieć czemu kojarzy się on raczej z utworami Van Halen. Ładnie rozwija się zamykający album Feel The Thunder. Ornamentyka godna Rainbow, wspaniałe klawisze w tle, a potem metalowa jazda na całego. Posłuchajcie sobie tego basu! Na takich wydawnictwach nieczęsto zdarza się tak słyszalny bassman. Zach Uidl gra tu bez respektu i nie boi się czasem wyjść przed szereg i zmieść słuchacza pod dywan brzmieniem swojego instrumentu. Oczywiście mamy tu wspaniałą wymianę solówek na tle pędzącego na złamanie riffu i wspaniale grającej sekcji. A to zwolnienie to jest klasa.

Przyznaję, że ten album mnie w pełni zadowolił. Pozwólcie, że podsumuję ten debiut jednym zdaniem: Metal taki, jakim zawsze powinien być. Bierzcie w ciemno. Ocena maksymalna.

Oficjalna strona zespołu: www.firewolfe.com

Vincent
sierpień 2011