|
Skład: C.J. Snare - śpiew, instrumenty klawiszowe; Bill Leverty - gitary, instrumenty klawiszowe, chórki; Bruce Waibel - gitara basowa, chórki; Michael Foster - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Produkcja: Bill Leverty
Do zmian trzeba się prędzej czy później przyzwyczaić. Firehouse to jedna z moich ulubionych kapel i miano to zawdzięcza swoim dwóm pierwszym, co tu dużo pisać - genialnym albumom. Takie granie już jednak minęło i chyba nie wróci. Zamiast popadać w przygnębienie, lepiej skoncentrować się na bardziej aktualnych wydawnictwach Strażaków i zaakceptować obecny stan rzeczy. A po poprzedzającym opisywane wydawnictwo Category 5 naprawdę jest się do czego "przyzwyczajać".
O2 to płyta wbrew pozorom bardziej rockowa (i za to muzykom należy dziękować) i w dodatku dość zróżnicowana stylistycznie. Zaprezentowany na niej materiał jest chwilami zaskakujący, zahaczając momentami o rap, a momentami o stare dobre granie. Ciężko jest zatem sprecyzować, do jakiego słuchacza jest on skierowany. Każdy dostanie coś dla siebie, ciężko jednak powiedzieć, aby ktoś po przesłuchaniu płyty był w pełni usatysfakcjonowany. Album otwiera skoczny - jak sama nazwa wskazuje - Jumpin'. Kapela gra, czerpiąc odrobinę z rock&rollowego oblicza Van Halen i dzięki dobremu rytmowi perkusji, osiąga efekt zachęcający do wspomnianego skakania. Nie jest to szczyt umiejętności ekipy, niemniej jednak jest to Firehouse, do którego można się z czasem przyzwyczaić. Przez ostatnie lata chłopaki sprawiali wrażenie ludzi, którzy zapomnieli czym jest rock. Teraz to sobie wreszcie przypomnieli. Znacznie gorzej jest z dwoma kolejnymi numerami. Są one inspirowane aktualnym w owym czasie nurtem, polegającym na łączeniu rocka z rapem (czy też hip hopem, jak kto tam woli). Dzięki Bogu, Firehouse nie zagrali niczego w stylu Limp Bizkit, byli jednak tego niebezpiecznie blisko, szczególnie w The Dark. Kawałek ten jest o tyle ciekawy, że gdyby nie beznadziejne rapowane zwrotki, mógłby mi się spodobać (za sprawą śpiewanych refrenów). Entuzjastom takich eksperymentów (Extreme również zdarzyła się taka przygoda) numer pewnie przypadłby do gustu, należę jednak do tej grupy konserwatystów, która woli go omijać go szerokim łukiem. Take It Off co prawda nie zostało wyposażone w rapowane fragmenty, słuchając go nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że CJ Snare śpiewa obciążony paroma kilogramami pozłacanych łańcuchów. Szczęśliwie, poczynając od Don't Fade On Me możemy zapomnieć o poprzednich dziwactwach. I chociaż numer nie zachwyca, to jednak jest utrzymany w tej balladowej stylistyce, do której Strażacy mogli nas przyzwyczaić. Czuć wyraźnie, że choć ekipa trochę się zagubiła, to wciąż posiada potencjał. Pierwszym sygnałem powrotu do formy jest niezłe I'd Rather Be Making Love. Chłopaki najwyraźniej strzelili sobie po parę piwek i na nowo odnaleźli radość z życia. Numeru dobrze się słucha, jest to ten rodzaj rockera, który choć nie powala swoim ciężarem, to wprawia w dobry nastrój. No i przywołuje na myśl takie klasyki jak Whiskey In The Jar. Kolejne symptomy powrotu do formy możemy zaobserwować w What You Can Do. Odnaleźć w nim można stare dobre Firehouse oraz dawną melodyjność i przebojowość. I gdyby jeszcze brzmienie gitar było takie jak dawniej, to nawet starzy fani byliby usatysfakcjonowani. Prawdziwa siła wydawnictwa wychodzi na wierzch dopiero na sam jego koniec. Muzycy serwują nam dwa numery, które równie dobrze mogłyby znaleźć się na płytach z początkowego okresu ich kariery. Ballada Loving You Is Paradise przypomina o tym, że zespół uchodził kiedyś za mistrza gatunku i przywołuje na myśl klasyki, które były jego udziałem. Żeby było lepiej, po balladzie przychodzi czas na rewelacyjnego rockera, który sprawia, że po przesłuchaniu płyty, ma się ochotę na więcej. Call Of The Night przypomina pełne mocy oblicze kapeli i świetnie się go słucha. Numer ten pasuje do stylistyki prezentowanej przez zespół na początku lat '90 i spełnia oczekiwania, tych którzy cenią sobie debiut i dwójkę Strażaków.
Płyta byłaby naprawdę dobra, gdyby nie to, że próbuje trafić do różnych odbiorców. Fani melodyjnego rocka nie przebrną przez jej początek i nie dotrwają wystarczająco długo, aby usłyszeć utwory, które zostały do nich skierowane. Z drugiej strony, fani rapowania zachwyceni The Dark, również będą czuć się oszukani. Kto zwycięża dzięki takiemu rozwiązaniu? Absolutnie nikt. Płytę mogę polecić głównie fanom Firehouse. Przynajmniej połowę O2 można polubić i w porównaniu z Category 5 wypada znacznie lepiej.
Oficjalna strona zespołu: www.firehousemusic.com
Guciomir luty 2008
|