|
Skład: C.J. Snare - śpiew, instrumenty klawiszowe; Bill Leverty - gitary; Michael Foster - perkusja; Perry Richardson - gitara basowa
Produkcja: David Prater
Czytałem kiedyś w amerykańskim magazynie muzycznym recenzję debiutanckiej płyty Firehouse. Recenzent pisał tam, że zespół nie wnosi nic nowego, że wszystko, co grają, słyszało się już gdzieś wcześniej. Jest to tylko połowa prawdy, bo druga połowa jest taka, że jest to jedna z najlepszych płyt w historii hard rocka czy też hair metalu. Amerykanie zebrali tu wszystko, co było najlepsze w tym gatunku i w dodatku doskonale wyprodukowali, co jest zasługą Davida Pratera i Bear Track Studio (dwa lata później w tym samym studiu i z tym samym producentem Dream Theater nagra swoją najlepszą płytę - Images And Words). Nic dziwnego, ze płyta szybko sprzedała się w ponad dwumilionowym nakładzie (do chwili obecnej w pięciomilionowym), a kilka utworów z niej dotarło do szczytów amerykańskich list przebojów. Poza Stanami grupa była jeszcze bardzo popularna na Dalekim Wschodzie, ale w Europie przeszła raczej bez echa. Pewnym wyjątkiem były tylko Niemcy, gdzie piosenki Firehouse często leciały na prywatkach...
Rock On The Radio to bardzo dobry utwór na rozpoczęcie albumu. Stanowi jakby rozgrzewkę przed tym, co nas czeka dalej. Jest jak lokomotywa ciągnąca za sobą resztę kompozycji. Zaskakuje rewelacyjne brzmienie i idealnie wyważone proporcje między poszczególnymi instrumentami. Mamy tu nie tylko tradycyjnie dobrze brzmiące gitary i wokalistę, lecz także perfekcyjną jak szwajcarski zegarek sekcję rytmiczną. Firehouse nie dał nam długo czekać na deser, bo już na drugiej pozycji znalazło się promowane teledyskiem All She Wrote. Pierwsze słowa pojawiające się w piosence mogą nieco zniechęcić ambitnych słuchaczy, gdyż "Bye bye Baby, bye bye" faktycznie brzmi nieco głupawo. Teskt utworu jest w rzeczywistości dużo poważniejszy, niż się wydaje - opowiada o mężczyźnie porzuconym przez kobietę. Już tutaj "strażacy" pokazali swą umiejętność komponowania kawałków zarazem prostych i wpadajacych w ucho od pierwszego przesłuchania. Tutaj też słyszymy, jak bardzo harmonijnie gitarowa solówka łączy się z resztą utworu. Od tej pory będzie to znak rozpoznawalny Firehouse. Nie da się ukryć, to jeden z najlepszych kawałków na płycie i również jeden z moich ulubionych. Shake & Tumble jest kompozycją nieco cięższą, bardziej przypominającą to, czym zespół uraczył nas na początku krążka. Chociaż mamy tu tylko jedną gitarę, całość brzmi naprawde potężnie, słychać też, że każdy z muzyków zna swoje miejsce w zespole. Kolejny numer i kolejny wielki przebój - Don't Treat Me Bad. Jeden z najbardziej znanych utworów drużyny strażackiej i zarazem ten, który najczęściej leciał na niemieckich prywatkach. Znowu słyszymy strukturę prostą, a powalającą - prawdziwa sztuka. Pewną ciekawostką jest fakt, ze do tej kompozycji Amerykanie nakręcili aż dwa różniące się pod względem wizualnym teledyski. Oughta Be A Law nawiązuje melodycznie do Shake & Tumble, ale jest zdecydowanie bardziej dynamiczny, większą rolę zaczynają odgrywać chórki. Solówka gitarowa jest tu szczególnie wściekła. Jeszcze większą dynamiką odznacza się Lover's Lane. Całość jest dużo szybsza, perkusista pokazuje, jak wiele można zagrać na dwóch centralkach, które dzięki triggerom brzmią z powerem. Nie muszę dodawać, że wszystko zagrane zostało perfekcyjnie równo i z czuciem. Na wstępie do Home Is Where The Heart Is umieszczono akustyczną balladkę, która później przechodzi w typowo rockowy utwór. Zwrotka jest jak najbardziej "firehousowata", za to refren niesie w sobie spory ładunek ciepła. Jest to jeden z tych kawałków, które fani tej muzyki po prostu pokochają. Don't Walk Away jest już kompozycją wolniejszą, gdzie ponownie poruszono temat rozstań damsko męskich. Rytm jest tu bardzo charakterystyczny, pulsujący, nieco bluesowy, w sam raz by się trochę pokołysać. Identyczną rolę, jak rodzynek w cieście, pełni instrumentalne Seasons Of Change. Początek to majstersztyk - szybka sekwencja dźwięków zagrana na gitarze akustycznej, poźniej już dużo wolniejsza balladka, a na samym końcu miniaturka pasująca swym stylem do muzyki poważnej. Na finiszu jeszcze popis umiejętnego wykorzystania naturalnych flażoletów. Miód, malina. Zaraz po tym następuje najszybsza kompozycja na płycie i de facto moja ulubiona. Overnight Sensation to doskonała zwrotka, rewelacyjny refren i bardziej wymiatana solówka (fajnie brzmią tu te króciutkie arpeggia i szybkie staccato). "You're Headed fro the spotlight, I know you can go far, You can do anything, just follow your heart..." śpiewa C.J. Snare. Niezdecydowanych podbuduje, zdecydowanych zachęci do dalszego działania... Ballada Love Of A Lifetime jest kolejnym dowodem na to, że pomysłów na przeboje muzykom z Firehouse nie brakuje. Melodia z niej była tak słodka, że z powodzeniem zastąpiła ponoć w Las Vegas na pewien czas marsza weselnego. Ostatnią, ale nie najmniej ważną kompozycją na krążku jest Helpless. Ponowny powrót do grania bardziej dynamicznego, szybszego. Dobrze sie słucha zwłaszcza fragmentu łączącego refren solówką, ale przede wszystkim samej solówki. Jest ona najlepszym zestawem gitarowych dźwięków na całym albumie.
Pewnie będę ekstremalnie subiektywny, ale moim zdaniem Firehouse jest jedną z najlepszych płyt w historii muzyki hard rockowej i być może w historii muzyki w ogóle. Nie wyobrażam sobie mojej płytoteki bez tego krążka. Dodatkową rekomendacją niech będzie fakt, że Firehouse otrzymał w 1991 r. nagrodę American Music Award w kategorii najlepszego nowego zespołu rockowego, jeszcze przez moment ratując cały hair metal przed zbliżającym się zalewem muzyki ze Seattle...
Oficjalna strona zespołu: www.firehousemusic.com
Guitarrizer październik 2003
Firehouse to jednen z tych zespołów melodyjnego hard rocka, które zaczęły dość poźno wydawać płyty. Kiedy ukazał się ten debiut, hard rock był już niemal w odwrocie, chociaż paradoksalnie to wtedy ukazywały się kluczowe albumy gatunku. Tak i jest w tym wypadku, bo debiut Firehouse mimo że poźny, można dziś śmiało uznać za jeden z lepszych debiutów spod znaku melodic hard rocka. W sumie mamy tutaj zebrane już na tym polu doświadczenia, podane w bardzo profesjonalnym stylu, do jakiego przyzwyczaiły nas już grupy jak Dokken czy Winger.
Album rozpoczyna się od mocno osadzonego na prostym rytmie Rock On The Radio. Główne skojarzenie, jakie mi się nasuwan to Def Leppard. Sam początek to niczym Rocket, dalej mamy bardzo podobny temat jak w Women, chłopaki więc nazwiązują do dobrych wzorców. Co prawda refren może kojarzyć się ciut ze słynnym I Love Rock'n'Roll, z tym że tutaj ta sztampa została sprowadzona do czystego wręcz hard rocka. I bardzo dobrze. Utwór prosty, ale bardzo mocny. Dalej jest jeszcze lepiej. All She Wrote to jeden z przebojów zamieszczonych na albumie. Bardzo melodyjny temat i doskonały riff przewodni. Muszę przyznać, że bardzo podobają mi się pojawiające się tu i ówdzie nakładki wokalne, co nie jest nadużywane, a dodaje smaku tej niezwykle melodyjnej kompozycji. Zastanawiam się, dlaczego tak dobry utwór musiał czekać aż do 1990 roku. Jestem pewien, że gdyby ten kawałek ukazał się 3 lata wcześniej, Firehouse byłby zespołem conajmniej tak znanym jak Def Leppard. Shake And Tumble utrzymany jest w konwencji pierwszego numeru, z tą różnicą że riff jest nieco bardziej zakręcony i tym samym kojarzy mi się z Winger (zwłaszcza w refrenie). Jak dla mnie duży plus, zwłaszcza że nie robione jest to na siłę. Solo w owym utworze też należy zaliczyć na plus, bowiem obok melodyjności jest też niezłe technicznie. Pewnym zgrzytem jest dla mnie kolejna kopozycja Don't Treat Me Bad. Owszem, sprawia wrażenie abolutnie przemyślanej, niestety banalny lekki refren budzi moje jak najgorsze skojarzenia, rytmika też skłania sie w strone popu. Generalnie nie widzę potrzeby, dla której kawałek znalazł się w tym zestawie. Firehouse nie musiało grać takich katroflanych prościzn skrojonych na potrzeby radia. Na szczęscie dalej mamy już powrót do hard rocka, za sprawą osadzonego w dokkenowskiej klasyce Oughta Be A Law. Momentami ma się wrażenie, że na tapetę poszło It's Not Love. Dla mnie bomba. Lover's Lane ma ciekawą rytmikę, jednak nie jest to 24 karatowe złoto, ale też wstydu muzykom nie przynosi. Home Is Where The Heart Is i Don't Walk Away to klasa sama w sobie. Pierwszy zaczyna się balladowo, poźniej wchodzi ostrzej i znowu nawiązanie do Dokken jak najbardziej zasadne i to z okresu solowej płyty Dona. Te flażolety w refrenie niektórym mogą z lekka kojarzyć się ze Sweet Child O'Mine, lecz na szczęście na tym koniec podobieństw z kawałkiem G'N'R. Don't Walk Away zaś, jest wolniejszy i cięższy, też dokkenowski i też bardzo dobry. Pod numerem 10 kryje się natomiast moja ulubiona kompozycja z tego albumu i zarazem kolejny przebój z tej płyty. Mowa oczywiście o Overnight Sensation. Utwór ma oczywiście cechy najlepszych kawałków z płyty, ale jest coś, co stawia go ciut wyżej w moim odczuciu. Tym czymś jest fenomenalne solo, rozwijające się konsekwentnie, by w kulminacyjnym momencie osiągnąć malmsteenowską wirtuozerię (arpeggio pierwsza klasa). Jeśli chodzi o solówki, to muszę koniecznie wymienić jeszcze Helpless (też wyśmienity numer z partią gitary przypominającą trochę Accept, z tyle że bardziej techniczną). Tutaj solo pobrzmiewa nieco w stylu, który prezentował swego czasu niezapomniany Randy Rhoads. Ten smaczek pojawia się już w części solówki Overnight Sensation, ale w Helpless jakby zyskuje swoją naturalną kontynuację. Na płycie są jeszcze dwie kompozycje. Krótki instrumentalny Seasons Of Change i obowiązkowa ballada Love Of A Lifetime. Moim zdaniem, można by sobie ją darować, nie jest bowiem ona niczym innym jak zwyczajnym zapychaczem, opartym na co bardziej pretensjonalnych szablonach kończącej się wówczas dekady. Niektórym pewnie się jednak spodoba, bowiem jest to zrobione na wysokim poziomie, który zresztą cechuje całą debiutancką płytę Firehouse.
Tytułem podsumowania. Pierwsza (i na szczęscie nie ostatnia) płyta Firehouse to kawał porządnego, technicznego i melodyjnego hard rocka, zdecydowanie jeden z najlepszych debiutów w gatunku. Na drobne zgrzyty w doborze całości repertuaru można spokjnie przymknąć oczy.
LSDisease czerwiec 2006
|