|
Skład: C.J. Snare - śpiew, instrumenty klawiszowe; Bill Leverty - gitary, mandolina, chórki; Perry Richardson - gitara basowa, chórki; Michael Foster - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: T.C. Carr - harmonijka
Produkcja: Firehouse
Good Acoustics było odświeżającym wydawnictwem, fani zespołu oczekiwali jednak nowego materiału i wypatrywali go z przyspieszonym biciem serca. Oczekiwali melodyjności i mocy, oczekiwali tego charakterystycznego brzmienia Strażaków, no i przede wszystkim oczekiwali przebojów. Category 5 miało na nowo przywrócić popularność kapeli. Nawet nazwa płyty, odnosząca się do huraganu 5 stopnia, z którego skutkami kapela miała okazję się bliżej zapoznać, niosła w sobie dużą dawkę nadziei. Niestety zamiast sporej siły ładunku wybuchowego i fajerwerków otrzymaliśmy zaledwie kapiszona.
Fani starego Firehouse mogą od razu przestać czytać ten artykuł, gdyż prawie nic dla siebie tu nie znajdą. Ekipa Snare'a i Leverty'ego postanowiła nagrać album pop-rockowy, który, mając na uwadze wspaniałe wcześniejsze wydawnictwa, po prostu zawodzi. Parę utworów jest niezłych i ciekawych, wydawnictwo ma nawet pewien klimat, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że było ono nagrywane przez inną kapelę. Umieszczone kawałki są po prostu z innej bajki. Próżno jest tu szukać killerów w stylu All She Wrote, a i nawet ballady ustępują wcześniejszym dokonaniom Amerykanów. Kilka utworów trzyma poziom i szczęśliwym zbiegiem okoliczności jeden z nich rozpoczyna płytę. Can't Stop The Pain to kompozycja nad wyraz intrygująca. Ekipa stworzyła w niej niezły nastrój, dodatkowo potęgowany zawodzącymi chórkami. Ciężko doszukiwać się podobieństw do poprzednich wydawnictw. Jest to zupełnie inne, delikatne granie i udane na tyle, że może naprawdę się podobać. Acid Rain jest rockerem wpisującym się w podobną stylistykę, został jednak trochę przesłodzony. Po tym wesołym, pogodnym i lekkim numerze widać bardzo wyraźnie, że Firehouse złagodnieli. Czasami można odnieść wrażenie, że te delikatne granie ma jakiś ukryty potencjał. Bringing Me Down kojarzy się bardzo z wolniejszymi utworami tworzonymi we wcześniejszych etapach kariery zespołu. Garściami czerpie z nich wzorce i według mnie wypada nienajgorzej, choć sam w sobie niczym nie zachwyca. Gdyby kawałek ten był otoczony jak to dawniej bywało przez siarczyste rockery, na pewno inaczej bym go oceniał. Chwilę później następuje ballada, tym razem jednak odmienna od wypracowanego przez lata stylu. Dream (i tutaj powtórzę wcześniejsze spostrzeżenia) brzmi jakby została napisana przez inną kapelę. A konkretniej przez duet Mr. Big - Brian Adams. Balladka wyszła zbyt cukierkowo i nie powiem, żeby to zachwycało. Nie kręcą mnie takie kawałki. Get Ready oraz If It Changes również zawodzą. Co to w ogóle jest za muzyka? Słuchając jej nigdy bym nawet nie pomyślał, że może być ona autorstwa jednej z moich ulubionych kapel. Chłopaki z Firehouse są stworzeni do komponowania kompletnie innego materiału i w takiej eksperymentalnej stylistyce zupełnie się nie odnajdują. Rozumiem, że przez te parę lat się zestarzeli i że wydaje się im, że są grubo po pięćdziesiątce. Ale nawet starzenie powinno odbywać się z klasą i nie powinno łączyć się z odrzucaniem własnych korzeni. Nie rozumiem ludzi, którzy popowe rockery w stylu The Nights Were Young stawiają obok najlepszych utworów Amerykanów. To się nie trzyma kupy. Kawałek nie jest zły, gdybym usłyszał go w radio, to raczej stacji bym nie zmienił, nie jest to jednak hard rock! To nie jest coś, czego można oczekiwać od legendarnej niemal kapeli. Have Mercy to ponownie Strażacy, którzy zapomnieli jak powinni grać. Numer brzmi jak parodia dobrego skądinąd Gun (z domieszką Little Angels) i jest pozbawiony pomysłu. Następujące po nim kawałki to mdłe, utrzymane w wolnym tempie wypełniacze. Szkoda słów. Patrząc na całość płyty na myśl przychodzi mi porównanie z Open w wykonaniu Gotthard. Szwajcarom zdarzyła się podobna przygoda polegająca na znacznym złagodzeniu brzmienia, śmiem jednak twierdzić, że w porównaniu z Amerykanami wyszli oni z tej metamorfozy obronną ręką. Category 5 jest po prostu płytą słabą i co najgorsze na sam koniec zostawia po sobie jeszcze gorsze wrażenie. Life Goes On to 10-minutowy utwór składający się z dwóch część. Pierwszą z nich można by nazwać nagranym w popowym stylu wypełniaczu, natomiast drugą... Druga część tego kawałka to zupełnie inna historia i największy (do tej pory) eksperyment muzyczny, jakiego spróbowała grupa. Firehouse chcieli chyba zostać królami jakiegoś bliżej nieokreślonego gatunku muzyki. I niezbyt dobrze im to wyszło. Mogli sobie podarować jęki biczowanych mężczyzn. No chyba, że chcą zrobić karierę w kręgu miłośników sado-maso.
Rok 1998 przyniósł ze sobą najsłabszą pozycję w dyskografii Firehouse. Została ona pozbawiona zarówno mocy, jak i pomysłów na dobre kawałki. Kilka dobrych pojedynczych numerów nie jest wartych tego, aby zapoznawać się bliżej z wydawnictwem. Chyba, że jest się fanatycznym fanem zespołu, który na dodatek jest gotów wiele wybaczyć swoim ulubieńcom. Płyta jest skierowana do bardzo wąskiego grona ludzi. Nie polecam. Nie można być fanem ślepym i trzeba umieć powiedzieć "nie".
Oficjalna strona zespołu: www.firehousemusic.com
Guciomir luty 2008
|