|
Skład: Rev. James A. Rota II - śpiew, gitara; John G. Oreshnick - perkusja; Emily J. Burton - gitara; Johny Chow - gitara basowa
Produkcja: Andrew Alekel
Na ten zespół napatoczyłem się przypadkiem. Jak zapewne wiecie, co jakiś czas ukazują się składanki DVD z klipami Metalowymi, zatytułowane bodaj "Monsters of Metal", czy jakoś tak. W każdym razie nieważne. No i na którejś z nich znajdują się teledyski Fireball Ministry, zatytułowane King oraz Flatline. I od razu wpadły mi te utwory w ucho. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu wokalisty, pana Rev. Jamesa A. Roty II, którego głos brzmi jak wokal skądinąd znanego wokalisty, Ozzy'ego Osbourne'a za młodu, nie przepity, nie przepalony i w pełni sił. Drugim bodźcem była muzyka proponowana przez ten zespół, czyli mówiąc wprost Black Sabbath na stonerowym silniku.
Zainteresowali mnie na tyle, że zapoznałem się najpierw z płytą The Second Great Awakening, to z niej pochodziły wymienione wyżej single, a potem z pozostałymi wydawnictwami. Pierwszy album Fireball Ministry, grupy pochodzącej z Miasta Aniołów ukazał się w roku 1999 i nosi tytuł Ou Est La Rock?. Dwa lata później ukazała się EP-ka FMEP, zawierająca trzy nowe, premierowe utwory (w tym wspomniany King, który trafił potem na pełnometrażowy LP) oraz covery: Muscle Of Love (Alice Cooper cover), Victim Of Changes (Judas Priest cover), Fortunes (Blue Cheer cover), Cough/Cool (The Misfits cover) oraz Movin' Out (Aerosmith cover). Ten ostatni trafił także w roku 2000 na tribute-album Right In The Nuts: A Tribute to Aerosmith. Trzeci album długogrający, zatytułowany Their Rock Is Not Our Rock nie powtórzył sukcesu "dwójki" i zbierał różne recenzje. Zaś potem wokół zespołu zapadła cisza na pięć długich lat. Przerwa spowodowana była udzielaniem się muzyków w innych projektach. W końcu formacja zebrała się znów, do składu wróciła grająca na gitarze Emily J. Burton, dołączył także brodaty basista Johny Chow, znany także z występów w ekipie braci Cavalera (mowa oczywiście o Cavalera Conspiracy). Producentem nowego wydawnictwa, zatytułowanego po prostu Fireball Ministry, jest natomiast współpracujący już kiedyś z zespołem producent Andrew Alekel (czuwał także nad płytami Queens of the Stone Age czy Foo Fighters) - wyprodukował on mini album FMEP w 2001 roku. Fireball Ministry nagrano w studio Grandmaster w Hollywood, część wokali nagrano w należącym do Dave'a Grohla Studio 606. Słuchając nowego wypieku zespołu od razu wyłapuje się to, do czego grupa zdążyła przyzwyczaić swoich fanów, zwolenników i sympatyków. Czy to jednak nie za mało? Po premierze płyty, wokalista Rev. James A. Rota II chwalił się, że napisali i nagrali właśnie takie utwory, na jakie mieli ochotę. Hmmm, dobrze to czy źle? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, bo mi, jako niezbyt wybrednemu amatorowi stonera takie granie po prostu odpowiada. Brakuje mi tu jednak przebojowości i chwytliwości, które cechowały utwory na The Second Great Awakening. Co prawda otwierający krążek dynamiczny Hard Lines w pełni mnie zadowala, to jednak oczekiwałem więcej Black Sabbath. No, ale to nic. Zamiast tego mamy typowy, stonerowy utwór. Dalibóg drażni mnie jednak Fallen Believers, mieszanka country, bluesa, stonera i heavy metalu. Te akustyczne intro przypomina mi wywijasy Zakka w Pride & Glory (Losing Your Mind). Zatem powinno być fajnie, nie? Tymczasem ten kawałek zupełnie do mnie nie przemawia. Podobać się może warstwa gitar, fakt. Ale to brzmienie tej kartonowej perkusji powoduje, że dostaje białej gorączki i szlag mnie trafia. Thought It Out to taki utwór całkiem w stylu solowych dokonań Ozzmana, tyle, że zamiast charakterystycznego dla tego pana klimatu dano tu stonerowy silnik. Dobrze, że przynajmniej gary nie brzmią już tak okropnie jak wcześniej. Dzięki Ci Panie za niewielkie dowody łaski... No i do tej pory nie zaznaliśmy tu żadnego hitu. Zatem jest pierwszy w postaci Followed By A Fall. Zajebiste Black Sabbath z Ozzym na wokalu i aż boję się, co mogłoby z tego być, gdyby postawić tu Butlera z jego ciężkim jak stado słonic basem i Tomka Iommiego z jego riffami. Do tego ta solówka rodem jak spod jego palców. Ach, gdyby tu dać pojedynek obu wioślarzy. Się rozmarzyłem. Nie może być jednak za wesoło i wszystko cholera bierze w wesołym Kick Back. Dlaczego, no dlaczego po bardzo dobrym utworze dano takiego gniota? Wolę nie znać odpowiedzi, naprawdę, choć ktoś powinien za to pofrunąć. Jednak kto wytrzyma, dostanie nagrodę w postaci Butcher, Faker, Policy Maker. To bardzo fajny utworek ze sporymi echami "Króla" i dobrze pomyślanym, zaśpiewanym do spółki z Emily, refrenem. No, po prostu nie da się tego nie śpiewać razem z nimi. No dobra, przynajmniej ja nie potrafię. Do tego zupełnie nie stonerowe, a hard rockowe solo lidera. No, facet mnie tym po prostu ujął i tyle. Rzecz jasna zaliczam go do najjaśniejszych punktów tego LP. End Of Story znów spokojnie mógłby znaleźć się na którymś z krążków Osbourne'a. Fajny, sabbathujący na całego wałek, którego aż chce się słuchać. Nic tylko dociążyć gitarki, dołożyć nieco klimatu i mamy nowy numer Black Sabbath. No może przesadziłem, ale na krążki Ozza byłby jak znalazł. Jeszcze lepiej jest w Common Enemy. Na takie coś czekałem. Dawać tu Butlera, Iommiego i mamy miazgę. No i ten drapieżny śpiew Jamesa, który tylko w refrenie brzmi łagodniej. Gdyby tylko dołożyć tu parę ton ciężaru. Pomarzyć dobra rzecz. Mówiłem, że podoba mi się krótka, acz treściwa solówka? Nie? No to mówię. Sleeping With Angels to taki dość wolny, pustynny stonerek. Ale ten kawałek znów ma coś z solowych wypieków papy Ozza. Tak sobie myślę, że bardzo by do niego pasował. Dodajmy tu coś z klimatów Kyuss i mamy obraz całości. Płytę zamyka In Their Own Right, który z kolei przypomina nie tylko kilkukrotnie przywoływanego "Króla" (mam nadzieje, że nie zgubił z tego powodu swojej korony), ale także prześwietny Flatline.
Nie mogę powiedzieć, że ten album jest zły. Ale bardzo dobry też chyba nie jest. Fireball Ministry ma niestety swoje mielizny i z tego powodu oceny najwyższej nie dostanie. Przydałoby się też nieco więcej (jednak) przebojowości. Wcale też nie obraziłbym się, gdyby było tu więcej ciężaru, no i tej mrocznej otoczki z utworów Ozzy'ego i Black Sabbath ery tego wokalisty. Tak więc jest to dość ciekawa płyta z przebłyskami bardzo dobrego grania na wysokim poziomie. Ode mnie ocena dobra, gdzieś tak w granicach 8/10.
Oficjalna strona zespołu: www.fireballministry.com
Vincent sierpień 2010
|