|
Minęło ponad 10 lat od czasu śmierci melodyjnego hard rocka (czyli od czasu, gdy przestano go masowo promować w mediach), aż ktoś osmielił się zilustrować na wielkim ekranie ową hair metalową epokę. Mowa o filmie Rock Star, gdzie z jednej strony ukazane zostalo szaleństwo bycia gwiazdą estrady jak i szał bycia jej fanem, z drugiej zaś cały szereg minusów, odpowiednio i dla jednego i drugiego. Różni ludzie w różny sposób odbierają ten film, są tacy, którzy uważają go za czołowe dzieło poświęcone subkulturze hard rockowej i traktują niemal jak kult, są też tacy, dla których film jest nieporozumieniem (a są tacy również wśród fanów gatunku). Jeśli rozpatrzyć sprawę obiektywnie, okaże się, że obie strony mogą mieć rację...
Chris Cole (grany przez Marka Wahlberga) jest typowym chłopakiem w wieku około 20 lat. Pracuje jako serwisant kserokopiarek, mieszka z rodziną, ale po powrocie z pracy oddaje się swojej pasji - uwielbieniu dla swego idola Bobby'ego Beersa, wokalisty hard rockowej formacji Steel Dragon. Na zwykłym słuchaniu muzyki i kolekcjonowaniu płyt jednak się nie kończy, dla Chrisa lider Smoków jest kimś więcej, jest bezwzględnym autorytetem, toteż Chris naśladuje go pod każdym wzgledem. Śpiewa jego piosenki, ubiera się identycznie jak on, naśladuje jego zachowania, wreszcie jest liderem zespołu grającego w hołdzie Smokom - Blood Pollution, gdzie wciela się właśnie w rolę Beersa. Jak to zwykle bywa, życie "odmieńca" nie jest łatwe, dogryza mu bezpośrednio starszy brat, pośrednio wiele innych osób (robotnicy przejeżdżający obok samochodem, facet, który zepsuł maszynę ksero, itp.). Istnieje jednak pewne grono ludzi akceptujących jego styl bycia, w tym rodzice i jego dziewczyna Emily Poule (w tej roli Jennifer Aniston). Zgrana paczka ludzi o podobnych poglądach spędza czas na włóczeniu się po mieście, chodzeniu na koncerty i, w przypadku zespołu, na graniu koncertów. Podczas jednego z występów Blood Pollution dochodzi do eskalacji konfliktów wynikających z róznic w poglądach muzycznych i na dalszy bieg kariery grupy. Chłopaki z zespołu chcą grać coś własnego, podczas gdy Chris obstaje przy wiernym naśladownictwie stylu Steel Dragon, w efekcie zostaje on z szeregów formacji usunięty. Załamany fan otrzymuje jednak niesamowitą szansę od życia, zostaje zaproszony na przesłuchania przez członków Steel Dragon, skąd z kolei usunięty został wokalista Bobby i jak można się domyślić, główny bohater otrzymuje posadę gardłowego. W nowej roli Chris ma okazję poznać uroki życia gwiazdy rocka (setki fanek grouppies gotowych świadczyć seksualne usługi idolowi, tłumy fanów na koncertach, wywiady dla czasopism muzycznych i nie tylko, szalone imprezy i inne wybryki), okazuje się tymczasem, że są i minusy nowej roli, a jakże. Przede wszystkim jest to wielka próba dla uczucia, którym darzy swą dziewczynę, życie w ciągłej trasie i napięty grafik każdego dnia praktycznie uniemożliwia pozostanie w stałym związku. Ale to tylko jeden z wątków, wpleciony w scenariusz zapewne ze względów komercyjnych, są i ważniejsze. Bohater już jako gwiazda przestaje być sobą, przestaje kontrolować swoje życie, staje się marionetką. Zmuszony jest przybrać inną tożsamość, teraz na niego wołają Izzy, prawdziwe imię zostaje utajnione, jeszcze większym rozczarowaniem okazuje się być brak możliwości komponowania własnych utworów, czyli de facto spełnienia artystycznego. Wszystkie piosenki w zespole komponują jego koledzy, Chris staje się tylko wokalistą do wynajęcia. Rzeczywistość może być nawet bardziej brutalna od tej pokazanej w filmie, utwory może komponować wynajęty przez wytwórnię kompozytor, a ich kształt może być w ogóle przez producentów narzucony (artysta nie ma szansy wykazania się twórczego), nawet gorzej, wytwórnia muzyczna może zażądać wymiany członka zespołu na innego (np. na przystojniejszego), w grupie nie grają kumple z podwórka, tylko muzycy z castingu, a by zrobić karierę, trzeba koniecznie przenieść się do Los Angeles. Zakończenia filmu nie wyjawię, zajmę się natomiast kilkoma faktami, o których warto wiedzieć. Przede wszystkim należy wspomnieć, że scenariusz filmu opiera się częściowo na faktach autentycznych, mianowicie opisuje dostanie się wokalisty Tima 'Rippera' Owensa do zespołu Judas Priest. Z różnych powodów zdecydowano się na zmianę czasu i miejsca akcji, połowę lat '90 przeniesiono w połowę lat '80 do Pittsburga, nie uniknięto przy tym drobnych pomyłek muzycznych (kilka piosenek użytych w produkcji pochodzi z czasów o kilka lat późniejszych w stosunku od akcji filmu). Rownież odejście Roba Halforda z Judas Priest miało podobne powody, co odejście Beersa ze Smoków - konotacje homoseksualne. Co chyba najważniejsze, w filmie w niektórych rolach obsadzono prawdziwych muzyków (Zakk Wylde, Jeff Pilson, Nick Catanese, Blas Elias i in., do tego jeszcze ścieżki wokalne podkładane przez Jeffa Scotta Soto i Mike'a Matijevica), spora część z nich występowała na scenie jeszcze w opisywanych latach osiemdziesiątych. Zamieszczone w filmie sceny i sytuacje są zarówno gloryfikacją hair metalu, jak i jego prześmiewczą krytyką. Wiele z nich ewidentnie nabija się z zachowań i mody owego okresu, chociażby fryzura Beersa okazuje się być peruką (większość muzyków w tamtych czasach słynęło z bujnych czupryn, wystarczy odszukać w Internecie fotki Jima Gilette, by wiedzieć, o co chodzi). Dialogi wiele razy dają do myślenia, np. "- Wpadnij kiedyś ze swoją nową narzeczoną. - Jest teraz bardzo zajęta w szkole.", w jasny sposob pokazują, że hard rock to muzyka dla 15 letnich dziewcząt, grana przez 30 letnich facetów. Transfuzje zniszczonej alkoholem i narkotykami krwi, wkładanie sobie różnych rekwizytów do majtek, by wyglądać bardziej męsko, duża ilość makijażu ("Mam na sobie tyle pudru, że mam ochotę sam siebie przelecieć"), jest tam tego cała masa. Jest to jeden z powodow, dla którego wielu fanów tego filmu nie lubi, własnie ta prześmiewczość. W sumie nie należy się tym zbytnio przejmować, taki jest show business, w innych gatunkach muzycznych jest przecież tak samo (niech mi ktoś powie, że hip hop nie jest teraz grany dla kasy), po prostu trzeba do wszystkiego podejść z odpowiednim dystansem. Drugim powodem raczej chłodnego przyjęcia produkcji jest bardzo słaba gra aktorska, zwłaszcza aktorów pierwszoplanowych, bo reszta wypada całkiem dobrze. Przede wszystkim kiepskim pomysłem było zatrudnienie Marka Wahlberga, niegdyś piosenkarza rapowego występującego jako Marky Mark, faceta, który naturą rzeczy muzyki hard rockowej nie czuje, tak samo Jennifer Aniston wypada mało przekonywująco w roli rockowej "laski". Na pochwałę za to zasługuje angielski aktor Timotthy Spall w roli Matsa, mendżera trasy koncertowej, spisał się ze swoim brudnym akcentem znakomicie i ilekroć oglądam ten film, zawsze twierdzę, że nie można było obsadzić tej roli lepiej.
Na koniec dodam, że do filmu wyszła całkiem udana ścieżka dźwiękowa, na której znalazły się zarówno utwory fikcyjnego zespołu Steel Dragon, jak również wiele hitów ze szczytu hair metalowej ery, m. in. kompozycje Bon Jovi, Mötley Crüe, KISS czy Teda Nugenta. Jak by nie było, film kultowy dla fanów hard rocka i lat '80. Pomimo jego licznych wad gorąco polecam zapoznanie się z nim czytelnikom naszego serwisu.
Oficjalna strona filmu: rockstarmovie.warnerbros.com
Guitarrizer styczeń 2008
|