|
Skład: Per Johansson - śpiew; Micke Kvist - perkusja; Soren Hoff - gitary; Peter Steincke - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Produkcja: Fate i Tommy Hansen
Na początku chciałbym przeprosić. Dlaczego? Ponieważ moja recenzja nijak ma się obiektywizmem, ale tak jest, jak oceniam jedną z moich pięciu najukochańszych kapel. Uwielbiam ten zespół za każdą płytę, nawet za Crusing N' Brusing tak nie docenianą przez fanów.
Dla niezorientowanych, zespół wywodzi się z Danii, powstał w 1984 roku (jednym z założycieli był gitrzysta Hank Sherman, znany "satanista" z Mercyful Fate) i na pierwszych trzech albumach tworzył muzykę, której fani Europe, Da Vinci czy Dalton nie powinni nie znać. Była to muzyka porywająca, okraszona dużą ilością klawiszy, z typowo imprezowymi tekstami - miód dla uszu. Kiedy dowiedziałem się, że charyzmatycznego wokalistę Limbo zastąpi jakiś bliżej mi nie znany Per Johansson, poczułem pewnego nerwa. Jednak po wydaniu już w nowym składzie Scratch N' Sniff wszelkie obawy zniknęły. Wydawnictwo to uważam za ich największe dzieło i jedno z najlepszych w historii rocka (już słyszę te głosy o tym, jakobym zwariował, nie interesuje mnie to). Doszło do mnie że człowiekiem, dzięki któremu marka o nazwie Fate jest dla mnie tak ważna, jest koleś, który od początku działalności grupy tworzył jej wizerunek - Peter Steincke, odpowiedzialny za linie gitary basowej i klawisze. Tym bardziej byłem zdziwiony faktem, że po wydaniu wcześniej wymienianego krążka zespół zawiesił działalność. Szkoda, ale może formacja zauważyła zmieniającą się koniunkturę, zalew świata przez morze szlamu w postaci grunge i postanowiła, że nie będzie się pogrążała w staranich zdobycia nowej widowni tak, jak zrobili to bardziej znani w branży, wpominając chociażby Warrant czy Dokken. Jakże wielkie było moje zadowolenie, kiedy doszły mnie pierwsze informacje o reaktywacji Fate ze Steincke i Johanssonem w składzie. Sądziłem, że to tylko kwestia raptem paru okazjonalnych koncertów, więc tym większe było moje zdumienie, kiedy gotowy krążek pod wymownym tytułem V znalazł się w moich w łapskach. Zanim jednak go puściłem, poczułem obawę, czy podołają? Czy nie zmarnują swoich wcześniejszych dokonań i nie naraża na szwank swojego dobrego imienia? Widać jednak znak wytwórni MTM Music to już wyznacznik jakości, osobiście nie spotkałem się ze złą płytą wydaną przez tego wydawcę. Już otwierający krążek numer Butterfly utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie to niezwykły album. Zaczyna się mocno, z rewelacyjnym krzykiem Johanssona, by po tym przerodzić się w mocny hard rockowy killer, którego nie powstydziłyby się największe tuzy światowego formatu. Dalej jest jeszcze lepiej, każdy następny utwór to klasyk, a każda nutka ukazuje nam wielkość tego zespołu, który niestety nie miał szczęścia dostać się do I ligi światowego rocka. Takie kawałki jak Nobodys Loves You The Way I Do , Burned Child czy Memories Won't Die to kompozycje, których klasy tylko głuchy nie potrafi docenić. Nie potrafię pisać o każdej ścieżce z osobna, bo to jak pisać o ideale nie mogącym znależć odniesienia we współczesnej muzyce. To już nie jest tak delikatna muza jak we wcześniejszych nagraniach jak I Want Stop, Summer Love czy Lovers, tutaj mamy gitary wysunięte na pierwszy plan z niesamowitymi partiami solowymi. Oczywiście są klawisze, ale tworzą rodzaj pięknego tła. Chociaż na jednym z moich faworytów tego krążka, I’ll Get By, są jeszcze bardziej słyszalne za sprawą rewelacyjnego intra, to i tak gitary rządzą. Jeszcze słowo o wokaliście - tyle co ten człowiek ma pary w gardle, to już dawno takiego nie spotkałem. Kiedy trzeba, śpiewa melodyjnie i delikatnie (początek I’ll Get By), ale kiedy trzeba za przeproszeniem przy...ić, daje popis swoich umiejętności szczególnie w moim ulubionym Nobodys Loves You The Way I Do. Swoimi popisami przypomina mi trochę sławnego Bałkanina ze Steelheart, tylko że Johansson ma więcej brudu w głosie i tej rockowej chrypki. Szukam jakichś kapel, do których mógłbym porównać V, ale niestety nie mogę takowych znaleźć, to muzyka niepowtarzalna, pomimo że uważa się powszechnie, iż w rocku już wszystko zostało powiedziane. Może na siłę znalazłbym tam trochę Swedish Erotiki (z ich debiutu), trochę z późniejszej chronologicznie dwójki Crazy Lixx ( którzy raczej na pewno znają ten krążek), serio tak mogłoby grać dzisiaj Europe, gdyby chcieli zachować swoje korzenie. Naprawdę z całą swoją wiedzą trudno mi do czegoś to porównać, natomiast nie wyobrażam sobie, by każdy szanujący się fan har rocka osadzonego w latach '80 nie przesłuchał V . Jest to poprostu mus, połączenie hard rockowej drapieżności z melodyką wyjętą z lat' 80, okraszone klawiszowymi "plamami" ze współczesną produkcją na nie spotykanym w dzisiejszych czasch poziomie. Cóż można więcej powiedzieć...
Mamy rok 2010, od premiery minęły 4 lata, a ten krążek wciąż często kręci się w moim odtwarzaczu. Razem z moim ukochanym House Of Lords, które w tym samym roku wypuściło World Upside Down stworzyli album roku, a śmiem twierdzić, że i w zestawieniu albumów dekady również znalazłby się na podium. Nie wiem, co jeszcze napisać, aby skłonić Was po sięgnięcie po ten album. Dla mnie to czyste dzieło sztuki, krążek dzięki któremu hard rock nigdy nie umrze w naszych sercach. Polecam, wart każdych pieniędzy.
P.S Szkoda, że w 2009 postanowil opuścić kolegów, ale może zostanę znowu pozytywnie zaskoczony tak jak to było w przeszłości
Oficjalna strona zespołu: www.fateband.dk
Fan HOL czerwiec 2010
|