|
Skład: Per Henriksen - śpiew; Bjarne Holm - perkusja; Mattias 'IA' Eklundh - gitary; Peter Steincke - gitara basowa
Gościnnie: Ted Bullet - chórki
Produkcja: Tommy Hansen
Po 2 latach od wydania kiepsko przyjętego Cruisin' For Bruisin' Duńczycy powracają z nowym, jakże odmienionym materiałem. Rolę głównego gardłowego na swe barki przejął Per Henriksen, wcześniej udzielający się w tak "podziemnych" kapelach jak Rough, Lavina czy Crystal Knight. Trzeba przyznać, że zdołał utrzymać na tej samej wysokości poprzeczkę, wcześniej zawieszoną przez Limbo, a w mej ocenie dodał zespołowi więcej zacięcia. Jednakże największe pokłony skłaniam ku gitarzyście, który w chwili nagrywania albumu miał na karku zaledwie 19 wiosen.
Główną rzeczą godną odnotowania przez nasze uszy po odpaleniu krążka jest przede wszystkim porzucenie stylów znanych nam z dwóch poprzednich wydawnictw. Otwierające booklet Gotta Have It All ze swym riffem napedzającym ukazuje, że panowie nie będą utrzymywać kompozycji w zlukrowanych aranżacjach. Słysząc już sam początek utworu czuć doskonale, że z intrem trafili w sam środek tarczy. Ponadczasowe "łooooł" w zwrotkach i przedrefrenach podnoszące na duchu, małe przyświrowanie Eklundha przy gałkach podczas sola wraz z wstawkami podczas drugiej zwrotki, przywołują na myśl złote lata hair metalu. Po prostu muza idealna do zapuszczenia wraz z nastaniem zielonego światła na skrzyżowaniu. Lirycznie, aktualne po dziś dzień You're The Best
(Money Can Buy) jeszcze konkretniej uwidacznia, że wioślarstwo Mattiasa nie dość, iż nastawione jest na wirtuozerię, spełnia przede wszystkim walory melodyczne. Co ciekawe, całe gitarowe rzemiosło zarejestrowane tu zostało na starym ghetto blasterze, a prościej mówiąc boomboksie ze skiepszczonym głośnikiem. Rzecz to niesłychana, ale tworzy to niezaprzeczalnie klimat nieosiągalny u innych hard rockowych wyjadaczy. Tradycją musi stać się oczywiście, że chorusy w refrenie potrafią niejedną kapelę wprowadzić w zakłopotanie, skąd Ci Skandynawowie biorą takich śpiewaków. Pozycja trzecia nasuwa mi głębokie skojarzenia z jedną z bonusowych scieżek zawartych na A Matter Of Attitude, szczególnie biorąc pod nóż linie wokalne Henriksena. 6 minut jazdy bez trzymanki, jaką serwują nam instrumentaliści, nie pozwala oderwać słuchu od sprzętu grającego. Co więcej, refren jest kapitalnym przykładem, jak nie korzystając z klawiszy podbarwić tło utworu. Dobrze się stało również, że pod sam koniec kompozycji ostatnie poty wyciskają z siebie ludzie obsługujący sekcję rytmiczną. Przyszedł więc czas na wolniejsze patenty, czyli Freedom. W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego jak napisać, że jest to powerballada pełną gębą. Zaczyna się wedle wszelkich prawideł, czyli akustycznie, by po minucie porazić słuchacza zdzieranymi na maksa gardzielami wszystkich członków zespołu. Do tego dochodzą jeszcze ładnie wkomponowane, urywane riffy z jednym napędowym do tego stopnia, że mógłbym słuchać tego non stop. Fantastyczne jest wejście na solówkę, które wzmaga u słuchacza wsłuchiwanie się w każdy dźwięk. Warto nadmienić także motywy płaczliwej gitary, coś na wzór Bonfire z You Make Me Feel, po pierwszym refrenie i na końcu utworu. Podbarwienia akustykami w punktach kulminacyjnych, a' la Pretty Maids z okresu Jump The Gun, to znak rozpoznawczy kolejnego w secie - Won't Let You Down. Słuchając tego typu piosenek, największy sentyment wzbudza u mnie, jak kiedyś tytuły odwzorowywały zawartą w nich treść. Tym razem znów nie będę oryginalny i pochwalę nastoletniego gitarzystę, zwłaszcza za dwie palcołomne solóweczki. The Whalesong to instrumentalny pomost między pozycją piątą a siódmą. Jako że nie jestem specjalistą w dziedzinie opisywania tego typu minutowych arcydzieł, pozostawię to do przeanalizowania przez Was w domu lub innym środowisku, w którym rozbrzmiewać będzie owa muzyka. Larry sam w sobie, nie wnosi nic szczególnego w zasoby albumu, jego tekst jest za to warty zapoznania się,
chociażby z racji dystansu jakim muzycy darzą własny naród. Przejdźmy do zaczynającego się wzorowo Good Times Coming. Nareszcie możemy usłyszeć klawisze, jak się domyślam wygenerowane komputerowo, gdyż w składzie zespołu o żadnym panu uderzającym w parapet wzmianki nie uświadczymy. Refren trzyma poziom zawieszony przez pięć pierwszych kompozycji, a rzeczą godną uwagi w jego czasie jest naprzemienne atakowanie zmysłu słuchu przez sekcję rytmiczną oraz wirtuozersko-melodyjnego Mattiasa Eklundha. Jednakże szkoda, że solo nie zostało wydłużone, bo naprawdę da się lubić, a tak pozostaje lekki niesmak. Wynagradzają nam to ostatnie słowa "Got to hold on!", które potrafią narobić szkód w muzycznej pamięci. Przygotujmy się teraz na wciśnięcie przycisku repeat na naszej wieży, gdyż nadchodzi One By One. Nie pamiętam kiedy, ale dawno nie otrzymałem tak pozytywnego zastrzyku energii życiowej, jaka bije od tego kawałka. Być może to zasługa solówki zaczynającej i kończącej utwór, pracy gitary zaraz po niej oraz w paru momentach w czasie trwania piosenki. Najbardziej odczuwalny jest fakt, iż żaden dźwięk nie jest zagrany przypadkowo. Jedno jest pewne - hicior jak się patrzy. Surgeon In Love to niezobowiązujący party rock & roll, wzbogacony o wstawkę reanimacji tytułowego bohatera. Widać, że grajkom nie brak jest poczucia humoru, gdyż w pewnym momencie pojawiają się chórki żywcem jakby wyjęte z ekranizacji "W Pustyni I W Puszczy". Przemyślane jest również przyspieszenie w przedrefrenie skierowane do osób uciekajacych myślami za daleko od głośników. Tytuł następnego w kolejce Wanna Be Your Lover z pewnością
bardziej pasowałby na wydawnictwo Samanthy Fox. Patrząc jednak na ciekawie wystylizowany wstęp, a także prosty nieraz słyszany patent riffowy, numer pasuje zwłaszcza do wzajemnego szturchania się bark w bark z wybranką serca. Tylko uważajcie, aby zbytnio Was nie poniosło, bo kawałek potrafi rozbujać, a nie warto tracić tego, co udało Wam się wypracować przez lata. Doszliśmy prawie do końca, gdzie ukrywa się Think For Yourself. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, wioślarz nie daje nam chwili wytchnienia stosując swoje techiczno-uniwersalne chwyty, czasem prawie jakby znajdował się
za konsoletą didżejską. Bez wątpienia to jednak przedrefren, złączony pępowiną z tym, co po solówce najważniejsze, będzie szumiał odbiorcom długo po zakończeniu słuchania. Małym urozmaiceniem są recytowane teksty kojarzące się z dokonaniami Extreme i Faith No More. Po takim zakończeniu nie powinniśmy się dziwić, że nagrywając ten album Per Henriksen zdołał zaśpiewać chórki w Chroming Rose przy wybitnym udziale Flemminga Rasmussena. Stało się tak dlatego, gdyż nagrywając w tym samym budynku, głos Pera był tak donośny, że zakłócał pracę najsłynniejszemu duńskiemu producentowi.
Dla niedowiarków sądzących że album Skandynawów wydany 4 lata wcześniej był szczytem ich umiejętności, z całego serca zachęcam do zdobycia owego wydawnictwa. Charyzma Henriksena, niespotykane nigdzie indziej popisy Eklundha wraz z soczyście pracującą sekcją podtrzymującą rytm składają się na jedną z perełek roku '90. Poza tym, jest to jeden z nielicznych przykładów, jak na bazie samych gitar stworzyć dzieło, idealnie spajające hard rock i scandi AOR.
Oficjalna strona zespołu: www.fateband.dk
Czleko wrzesień 2008
|