Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

FAITH NO MORE - The Real Thing [1989]
Wydawca: Slash Records / Reprise / Warner Bros / WEA

  1. From Out Of Nowhere
  2. Epic
  3. Falling To Pieces
  4. Surprise! You're Dead!
  5. Zombie Eaters
  6. The Real Thing
  7. Underwater Love
  8. The Morning After
  9. Woodpecker From Mars (instrumental)
  10. War Pigs
  11. Edge Of The World
The Real Thing

Skład: Mike Patton - śpiew; Jim Martin - gitary; Bill Gould - gitara basowa; Roddy Bottum - instrumenty klawiszowe; Mike Bordin - perkusja

Produkcja: Matt Wallace i Faith No More

Na początku 1990 roku na jakimś kanale telewizji publicznej zobaczyłem wideoklip do utworu Epic zupełnie mi wówczas nieznanej grupy Faith No More. W tamtym czasie byłem już wielkim fanem metalu, a moim ulubionym zespołem była Metallica. Klip przyciągnął moją uwagę, bo oto kilku długowłosych panów grało coś, co można nazwać rap metalem.

Niezwykła kombinacja nieprawdaż? Ale wtedy nie była czymś nowym, gdyż parę lat wcześniej podobne eksperymenty robiła grupa Anthrax, a i hard rockowe Aerosmith kolaborowało z Run DMC przerabiając słynne Walk This Way. Tak czy owak, mimo że za rapem nigdy nie przepadałem, Epic przypadł mi do gustu. Nagrałem sobie nawet ten teledysk na video i odtwarzałem nieskończoną ilość razy. Jakiś czas później, już przy okazji promocji płyty The Angel Dust, po której duża sława kwintetu dotarła także do kraju nad Wisłą, zapoznałem się z krążkiem The Real Thing, na którym znalazł się pierwszy duży przebój Faith No More, czyli właśnie Epic. Krążek otwiera dynamiczny From Out Of Nowhere, wybrany także na pierwszy singiel i można powiedzieć, że to idealny utwór na początek płyty. Jest tu coś z hard rocka (pewnie za sprawą doskonałych melodii), ale wydaje mi się, że grupa nie chciała być specjalnie szufladkowana. Biorąc pod uwagę rozpiętość stylistyczną tu zaprezentowaną do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jakim cudem udało im się mimo wepchnięcia tutaj tylu różnych gatunków zachować pewien charakterystyczny dla siebie patent. Epic to na przykład mało szablonowy (czytaj "biały") rap, połączony z orkiestrowym rozmachem syntezatorów oraz agresywnymi metalowymi rifami (zwrotka). Jest w tym power o wiele większy niż w I'm The Man Anthrax, mimo że Faith No More nie mieli nigdy ambicji by grać thrash, choć na tym wydawnictwie postanowili pokazać, że też potrafią (krótkie Surprise! You're Dead kojarzy się ze Slayer). Falling To Pieces to trzeci singiel z wydawnictwa i chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego taki wybór. Tak, to melodyjny utwór rockowy, gdzie wszystkie elementy podane zostały w sposób tradycyjny. Klawiszowiec Roddy Bottum gra w pardzo plastyczny sposób mający korzenie w muzyce funk, ale idealnie wtapia się w resztę, nawet kiedy ta łoi niemiłosiernie. Warto też odnotować, że Mike Patton, dla którego był to pierwszy album nagrany z formacją, popisuje się głosem w sposób absolutnie bezkompleksowy, śpiewając z charyzmą conajmniej 30-letniego frontmana, a przecież miał wówczas zaledwie 21 lat. Zombie Eaters to już bardziej monumentalna forma. Jest to nagranie balladowe, które przeradza się w ostry metal, jakieg z całą pewnością nie powstydziłaby się żadna thrashowa załoga. Brzmienie gitary czyściutkie, ostre, po prostu brzytwa. W ogóle brzmienie całego krążka perfekcyjne, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć. Tak swoją drogą Zombie Eaters opowiada o narkotykach, które nie były obce muzykom Faith No More, tyle że w późniejszym czasie. Opus magnum wydawnictwa i najdłuższym utworem jest nagranie tytułowe. The Real Thing to prawdziwe arcydzieło zahaczające o meandry znane z klasycznych kompozycji rocka progresywnego. Dynamiczne partie perkusji, orkiestrowe brzmienie instrumentów klawiszowych, a w końcu ciężkie gitary to coś, co mogłaby zrobić grupa Dream Theater, ale zrobiło akurat Faith No More. Co ciekawe, jest to utwór o miłości, o słowie do którego Patton nas prowadzi, ale które nigdy z jego ust nie pada (słyszałem też interpretacje, że jest to po prostu opis zachowania człowieka będącego na haju, co biorąc pod uwagę środki wyrazu tu zastosowane jest możliwe, ale ja jednak zostanę przy swojej wersji). To zresztą moja ulubiona kompozycja ze wszystkich nagrań Faith No More. Przejdźmy zatem do Underwater Love. Jest to coś bliższego Falling To Pieces, tyle że więcej tu funka. Po prostu funk rockowy numer, ale od razu zaznaczam, proszę nie porównywać tego do twórczości Red Hot Chili Peppers (a takie porównania były). Po pierwsze, to jest bardziej melodyjne, po drugie, lepiej wyprodukowane, a po trzecie, wokalista tu śpiewa, a nie mówi z czkawką. W ogóle Mike Patton to dla mnie wokalista soulowy. Tam gdzie rockowy krzykacz pociągnąłby w stylu Presleya (no powiedzmy w stylu Bona Scotta), Patton długo modeluje głos, by wyjść na prostą. The Morning After to dla odmiany coś posępnego. Jest w tym klimat znany z Zombie Eaters i dokładnie to samo podejście, tyle że tutaj spokojniejsze partie nie balladują. Doskonała porcja metalu w jakże oryginalnym wydaniu. Woodpecker From Mars to kawałek instrumentalny, nieco eksperymentalny metal, który nie robi specjalnie wielkiego wrażenia, ale wstydu muzykom z całą pewnością nie przynosi. Trochę to kosmiczne, co chyba dobrze współgra z tytułem. War Pigs to jak się domyślacie cover Black Sabbath. Średnio lubię ten utwór w oryginale, więc tutaj też mnie specjalnie nie rusza. Jest to przyzwoite wykonanie klasyka i tyle. Jak i tak robię skip, żeby posłuchać przyjemniej swingowej piosenki Edge Of The World. Kłania się stary dobry Frank Sinatra w nieco bardziej nowoczesnej aranżacji. Po prostu ładne nagranie mogące stanowić ścieżkę dźwiękową do jakiegoś starego wyciskacza łez (choć to wesołe nagranie). Jak widać z opisu całości, sporo tutaj różnych stylów i możecie mi wierzyć, to wszystko tutaj pasuje. Myślę, że największą robotę, żeby tak było, wykonał klawiszowiec Roddy Bottum, bo on scala nawet najbardziej ekstremalnie odmienne formy (w dodatku wespół z Billym Gouldem jest autorem prawie wszystkich kawałków na płycie). The Real Thing to świetnie wyprodukowana porcja... no właśnie czego, rap metalu (to się odnosi tylko do kawałka Epic)? Hard rockowego funku? Metal funku? Czy to ważne? Przy takiej epickiej (sic!) produkcji i mega profesjonalnym brzmieniu słucha się całości wyśmienicie. Fanom melodyjnych odmian rocka płytę zarekomeduję także dlatego, że jakaś połowa tu zamieszczonych utworów to kmpzycje o miłości (tyle że ich teksty nieco bardziej finezyjne niż przyśpiewki Jona Bon Jovi).

Album jest wyjątkowy, absolutnie doskonały, no i wyszedł w roku, kiedy praktycznie każdy krążek z muzyką rockową był wiele wart. Oczywiście polecam wydawnictw, jak i cztery teledyski, które powstały do wszystkich singli oraz numeru Surprise! You're Dead. Teledysk do Falling To Pieces to jeden z najbardziej kwasowych obrazków, jakie stworzono do muzyki, warto też odnotować, że basista Billy Gould "reklamuje" koszulkami różne kapele death metalowe, co bystre oko wypatrzy.

Oficjalna strona zespołu: www.fnm.com

LSDisease
marzec 2011