|
Skład: Gary Cherone - śpiew; Nuno Bettencourt - gitary, pianino, instrumenty klawiszowe, instrumenty perkusyjne, chórki; Paul Geary - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki; Pat Badger - gitara basowa, chórki
Produkcja: Nuno Bettencourt
Przystępując do nagrywania III Sides To Every Story Bostończycy z Extreme byli już uznaną marką. Sławę przyniósł im poprzedni krążek i grupie udało się zyskać całkiem spory czas antenowy w najpopularniejszej wówczas stacji muzycznej - MTV. Skoro rockowy zespół emitowano w środku dnia, nie spychając go do programów nocnych jak innne kapele, to chyba można mówić o sporym sukcesie.
Sami muzycy uważają III Sides To Every Story za swoje najlepsze wydawnictwo. Z pewnością jest ono dość ambitne, chociaż pomysł z podzieleniem zawartości na trzy części sprawia, że płyta wydaje się trochę niespójna. Część pierwszą, ochrzczoną jako "Yours" stanowią dość dynamiczne i zdominowane przez gitarę rockery, z których część może jeszcze kojarzyć się z poprzednim dziełem bostońskiej ekipy. Partia opatrzona nazwą "Mine" przesycona jest wpływami z muzyki pop i country, także sporo w niej nawiązań do twórczości The Beatles. Trzecią część, "The Truth", stanowią bardziej ambitne kompozycje zahaczające o rocka progresywnego. Tak więc płytę rozpoczyna nagranie Warheads. Najpierw intro stylizowane na listę komend wydawanych żołnierzom przez apodyktycznego sierżanta, potem odłosy nadlatujących helikopterów i wreszcie osadzona w specyficznej rytmice praca gitar Nuno Bettencourta. Ścieżka dynamiczna, skoczna, zabarwiona funkiem i mocno nawiązująca do tego, co panowie prezentowali na Pornograffitti. Takie Extreme lubię i gładko mi to wchodzi. Oczywiście nie mogło zabraknąć popisów Bettencourta, nie tylko w solówkach. Było o wojnie, to teraz o pokoju... Rest In Peace rozpoczyna się charakterystyczną aranżacją smyczków i jest to tak specyficzne, że zawsze gdy myślę o tym albumie, to w pierwszym szeregu staje mi przed uszami właśnie ten numer. Wokół zagrywki zbudowano i resztę, nawet linie wokalne Cherone'a w jakiś sposób się do niej odwołują. Utwór sprawia wrażenie bardziej poukładanego, mniej chaotycznego niż wcześniejsza kompozycja. W okolicach solówki jakieś zapożyczenia od Hendrixa. Na pozycji trzeciej - Politicalamity, tekstowo o polityce, a muzycznie jak na drugim albumie Bostończyków, czyli firmowa mieszanka hard rocka z funkiem. Pojawiają się nawet dęciaki, zupełnie jak w jednym z singli z poprzedniego wydawnictwa. Jest nieźle, chociaż o przeboju jeszcze nie może być w tym przypadku mowy. Ciekawą rytmikę ma Color Me Blind, podobne rzeczy grywało i Shotgun Messiah. Jest tu trochę z Van Halena z epoki z Hagarem za mikrofonem, jest i coś z Dan Reed Network, które obracało się w zbliżonej stylistyce. Ogólnie kawałek podoba mi się, aczkolwiek brzmienie całości trochę zbyt plastikowe. Cupid's Dead potrafi rozkołysać, jednak mocno drażnią mnie tu mówione partie Cherone'a, no i te paskudne rapowane wstawki. Kilka rytmicznych zagrywek najprawdopodobniej od Bettencourta podpatrzył sobie później Grzegorz Skawiński i zaadaptował je na polskie podwórko. Peacemaker Die to ponoć hołd dla Martina Luthera Kinga, zresztą wpleciono do utworu część jego słynnej mowy. Mnie jak zwykle bardziej interesuje warstwa muzyczna, a z tą jest przyzwoicie. Mamy co nieco z Aerosmith, tak więc ukłon w stronę innej załogi z rodzinnego miasta, gdzieś tam jakieś cyctaty z Lillian Axe, no i znów popisy gitarowego kunsztu spod palców Nuno. Do tego wszystkiego jakoś nie pasuje mi już zresztą tradycyjnie głos Gary'ego, ale trudno. Klimat krążka zmienia się diametralnie wraz z Seven Sundays. Pomijając może nieco syntetyczny początek numer skłania się ku nagraniom The Beatles. Od razu słychać, że ekipa Bettencourta musiała zasłuchiwać się słynnymi chłopakami z Liverpoolu. Ze względu na wspólne inspiracje, momentami może to nawet przypominać Enuff Z' Nuff, chociaż oni akurat grali bardziej rockowo, niż to mamy tutaj. Można zapomnieć o gitarach, teraz dominują instrumenty klawiszowe i całość nagrania kręci się w tempie walca. Tragic Comic przenosi słuchacza w rejony lekko funkującego country, jakie w tym wariancie było modne w początkach lat '90. Głos Cherone'a dobrze pasuje akurat do tego typu kompozycji i zwracałem już na to chyba uwagę przy recenzowaniu Pornograffitti. Nie słucham takich rzeczy na co dzień, ale jakoś mi się to podoba. Kolejny numer - Our Father, kojarzy mi się swym krótkim początkiem z The Police i Lady Pank, ale dalej bliżej mu do niektórych utworów Van Halena (zaczynam rozumieć, czemu Eddie ściągnął później Gary'ego do swego składu). No, OK, nic nadzwyczajnego, ale ujdzie. Może się podobać łatwo wpadające w ucho Stop The World, które zostało wydane jako jeden z singli, choć o dziwo jakoś list przebojów nie zawojowało. Tu też coś z The Beatles i to w dodatku gustownie zmajstrowane, dopieszczone w każdym calu. Bardziej nastrojowe, balladowe, z bluesującą solówką. Ambitną kompozycją jest God Isn't Dead? - łączą się tutaj podkłady teatralne okraszone bogatą orkiestracją z czymś, czego prędzej spodziewałbym się np. po Savatage, plus odrobina musicalowego grania. Chyba po prostu muzycy chcieli pokazać, że też tak potrafią grać. Album zamyka część trzecia - "The Truth", na którą składa się Everything Under The Sun, też w trzech odsłonach. Rise 'N Shine już zdradza inklinacje ku rockowi progresywnemu i nagranie docenią przede wszystkim fani tego gatunku. Ta część przywodzi mi na myśl wydane w późniejszych latach solowe płyty Kipa Wingera. Jest spokojnie, ilustracyjnie i rozciągle. Warto dodać, że znów Cherone dobrze się tu spisuje. To zabawne, ale z kolei Am I Ever Gonna Change przypomina mi niektóre kawałki Wingera z płyty In The Heart Of The Young, ba, nawet Gary śpiewa takim głosem, jak by tu pojawił się sam Kip. Numer z miejsca zyskuje moją aprobatę. Ostatnie w zestawie jest Who Cares?, głównie opierające się na klawiszach, choć nie brak i ckliwie pogrywającej gitary. Jest tu też coś z muzycznej ścieżki a'la disneyowska adaptacja "Królewny Śnieżki", coś jakby musicalowego.
Ostatni album z Paulem Gearym w składzie sprzedał się raczej słabo, podobno w świat poszło tylko około 700 tysięcy kopii - niewiele w stosunku do podwójnej platyny za Pornograffitti. Może to po części wina ekspansji muzyki grunge w owym okresie, kto wie. Nie da się ukryć, że jest to jednak dzieło bardzo ambitne i warto się z nim zapoznać. Dla fanów zespołu i tak rzecz musowa.
Oficjalna strona zespołu: www.extreme-band.com
Guitarrizer grudzień 2010
|