Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

EXODUS - Force Of Habit [1992]
Wydawca: DMZ Records / Deadline Records / Cleopatra / Capitol / Caroline

  1. Thorn In My Side
  2. Me, Myself & I
  3. Force Of Habit
  4. Bitch
  5. Fuel For The Fire
  6. One Foot In The Grave
  7. Count Your Blessings
  8. Climb Before The Fall
  9. Architect Of Pain
  10. When It Rains It Pours
  11. Good Day To Die
  12. Pump It Up
  13. Feeding Time At The Zoo
  14. Crawl Before You Walk [bonus w reedycji]
  15. Telepathetic [bonus w reedycji]
Force Of Habit

Skład: Steve "Zetro" Souza - śpiew; Gary Holt - gitary; Rick Hunolt - gitary; Mike Butler - gitara basowa; John Tempesta - perkusja

Produkcja: Chris Tsangarides

W 1992 roku grupa Exodus była w przedzień rozwiązania, a wydany w tym czasie album należy uznać za płytę wyjątkową w katalogu weteranów z Bay Area. Mimo że zespół wrócił po latach i gra do dzisiaj, nigdy nie udało mu się powrócić do formy prezentowanej choćby na tym krążku. Force Of Habit nie jest płytą do końca thrashową, tzn. owszem mamy tutaj do czynienia także z tym gatunkiem, ale tym razem grupa poszerzyła swój repertuar o kawałki mające wiele wspólnego z klasycznym heavy metalem czy nawet hard rockiem. Zespół na nagranie tego albumu przeniósł się do Anglii, a budżet przedsięwzięcia to zawrotna suma ćwierć miliona dolarów. Opłacało się, gdyż Exodus nigdy wcześniej, ani nigdy później nie brzmiał tak potężnie. Oczywiście można dywagować, czy o to fanom typowego thrashu chodziło, bo przecież nie ma tutaj jakiejś bezkompromisowej młócki, ale mimo wszystko dzieło brzmi potężnie.

Płyta rozpoczyna się od kawałka Thorn In My Side. Utwór pokazuje, jaki Exodus obrał kurs. Ostre gitary i nieco manieryczny pijacki wokal Zetro, to już było. Uwagę zwraca przede wszystkim sama kompozycja. Te riffy są bardzo heavy metalowe, nie ciosają w jakimś zawrotnym tempie. Można się pokusić i nazwać to takim thrashowym rock and rollem. Tak czy owak, to buja. Do kawałka zrobiono też teledysk i widać, że i na to nie szczędzono grosza. Po prostu metalowa płyta z jajami, mająca zapewne dorównać "Czarnemu Albumowi" Metalliki. Drugi na płycie jest Me, Myself & I i tutaj mamy już bardziej typowy thrash, ale i niezwykłą melodykę. Jeśli komuś brakowało tego na wcześniejszych krążkach grupy, tu znajdzie całą masę naprawdę melodyjnych riffów. Refren skandowany wspólnie to klasyczny zabieg Exodusa, będący wyznacznikiem stylu zespołu. Utwór tytułowy ponownie wnosi trochę rock and rolla. I to nawet w bardziej znacznym stopniu niż pierwsza kompozycja. Mam tutaj pewne subiektywne porównanie, a mianowicie z albumem Countdown To Extinction Megadeth. Tak mniej więcej to gada. Powiedzmy blues metal ;). No i przyszedł czas na pierwszy z dwóch coverów na płycie. Bitch to oczywiście kawałek oryginalnie wykonywany przez The Rolling Stones. Wersja Exodus po prostu powala, nie zabrakło dęciaków, ale i takiego pazura, że brzmi to wszystko sleaze rockowo i nie mam wątpliwości, że fani hard rocka powinni się zapoznać z tym wydawnictwem. Po czterech bardzo dobrych numerach przyszedł czas na słabszy kawałek. Jak dla mnie Fuel For The Fire jest zupełnie zbędnym elementem na tym krążku. To thrash metal w starym stylu, ale jakiś taki mało przekonujący. Zespół gra dobrze, ale sam kawałek jest zupełnie przeciętny. Nic by się nie stało, gdyby zrezygnowano z tego utworu, tym bardziej że i bez niego byłby to długi album. Na szczęście One Foot In The Grave jest już powrotem do wysokiej formy. Podoba mi się, że za ciężkością idzie też klasyka. Exodus ostro łoi riffy, ale robi to w rockowym stylu tak, że "Czarny Album" Metalliki poraz kolejny mi przychodzi na myśl. Na pozycji numer 7 długi thrashowy kawałek z melodyjnym refrenem. Powiem szczerze, że to jeden z utworów, które po pierwszym przesłuchaniu zapadły mi najbardziej w pamięć. Może jest tutaj trochę z poprzedniej niedocenionej płyty Impact Is Imminent, ale jak dla mnie to dodatkowy plus. No i jeszcze ta akustyczna końcówka idealnie pasująca w tym momencie. Climb Before The Fall to znowu blues metalowe oblicze zespołu. Mam wrażenie, że ten numer może spodobać się fanom Guns N' Roses, bo ma coś z takiego klimatu, chociaż Exodus gra po prostu ciężej. Lubię takie granie, bo pokazuje, jak grupa rozwijała się w tym kierunku, a co ciekawe, wydaje mi się, że thrashowi giganci lat '80 nagrywali najbardziej szczere płyty w owym czasie, bo mając sytuację klarowną wracali do swoich heavy rockowych korzeni. No i przyszedł czas na centralny utwór albumu. Architect Of Pain jest moim niekwestionowanym faworytem, niekoniecznie dlatego, że trwa aż 11 minut. Po prostu tutaj grupa zaprezentowała coś, co można nazwać wirtuozerią kompozytorską. Kawałek ten ma bardzo tajemniczy klimat, trochę jak ówczesne dokonania Testament (Zetro kiedyś śpiewał w tym zespole, jeszcze kiedy nazywali się The Legacy). Rozwija się progresywnie, ale mamy też coś, co można nazwać zwrotką i refrenem. Tyle że nic nie jest zrobione szablonowo. Refren ten natomiast to heavy metal w czystej postaci. Kawałek mimo że jest długi, w ogóle nie nuży, gdyż nie ma tutaj miejsca na żadne 'odloty'. No więc przyszedł czas na trochę rock and rolla. When It Rains It Pours może nie jest jakimś wybitnym kawałkiem, ale fajnie się go słucha, bo jest dynamiczny i rajcowny. Znowu słyszę Megadeth z Countdown To Extinction. Za to Good Day To Die to doskonały utwór i fani hard rocka z tego kawałka będą najbardziej zadowoleni. Nie ma się co dziwić, że nakręcono do niego wideoklip, bo to najbardziej przebojowy moment albumu. Zaczyna się southernową partią gitary (jak kiedyś numer Cajun Hell z płyty Faboulous Disaster), po czym wchodzi rasowy metalowy riff. Exodus gra melodyjnie i mocno (taka jest w zasadzie lwia część tego krążka), pojawia się wokal i tutaj małe zaskoczenie, Zetro bowiem śpiewa nisko i czysto, zupełnie nie w swoim stylu. Chociaż kiedy wchodzi refren, powraca do swojej maniery, a wogóle jaki to refren! Czapki z głów. A Good Day To Die to numer krytykujący samobójstwa i w gruncie rzeczy bardzo pozytywne ma przesłanie. A że grupa prawie gra tu hard rock... Pump It Up to drugi cover na wydawnictwie. Tym razem skorzystano z kawałka Elvisa Costello (taki pseudo punkowy głupek popularny w latach '70 ;)) i muszę przyznać, że chłopaki zagrali to z jajem. Rock and roll w sleazowym wydaniu. Po prostu. Na koniec tego długiego albumu Exodus serwuje coś w swoim starym stylu tak, aby thrash maniacy nie czuli się pokrzywdzeni. Tutaj rzeczywiście jest mega czad i ta kultowa thrash-samba, jaką panowie grali na Pleasures Of The Flesh. Utwór ten rozpoczyna zresztą zabawne intro... ale to już sami posłuchajcie. Ubaw po pachy :).

Cóż mogę powiedzieć podsumowując ten krążek. Dla mnie to być może największe osiągnięcie Piranii z Bay Area, z tego względu, że mamy tutaj do czynienia z rewelacyjną produkcją, świetnymi różnorodnymi kawałkami, no i jakoś po latach najbardziej lubię wracać do tego krążka. Fanem Exodus jestem od 1989 roku i pamiętam, że jak ukazało się Force Of Habit, nie do końca mnie ten album zafascynował. Zmieniło się to jakieś 3 lata później, ale to nie jest ważne, gdyż płyta to ponadczasowa i dobrze się stało, że panowie z zespołu zdecydowali się nagrać coś takiego. Jeszcze na koniec taka uwaga, Force Of Habit to ciężko dostępna płyta, ale w tym roku ukazał się remaster - replika winylu z dwoma bonusami, więc miejmy nadzieję, że będzie i u nas dostępny. Polecam krążek wszystkim fanom szeroko pojętego metalu.

Oficjalna strona zespołu: www.exodusattack.com

LSDisease
kwiecień 2008