Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

EVERGREY - Glorious Collision [2011]
Wydawca: Steamhammer / SPV

  1. Leave It Behind Us
  2. You
  3. Wrong
  4. Frozen
  5. Restoring The Loss
  6. To Fit The Mold
  7. Out Of Reach
  8. The Phantom Letters
  9. The Disease...
  10. It Comes From Within
  11. Free
  12. I'm Drowning Alone
  13. ... And The Distance
  14. ... And The Distance [Carina bonus track]
  15. Rei-Zan [japoński bonus track]
Glorious Collision

Skład: Tom S. Englund - śpiew, gitara; Rikard Zander - instrumenty klawiszowe, chórki; Marcus Jidell - gitara; Johan Niemann - gitara basowa, chórki; Hannes Van Dahl - perkusja

Produkcja: Evergrey

Ósmy w karierze tego szwedzkiego zespołu krążek, zatytułowany Glorious Collision został zapowiedziany na 28 lutego 2011 roku. Nieco wcześniej, bo 22 lutego pojawi się w USA, 23 lutego w ojczyźnie muzyków, zaś 25 lutego w Niemczech. Wydawcą płyty będzie szacowna wytwórnia Steamhammer/SPV. Jeszcze zanim miałem okazję wysłuchać tego wydawnictwa wiedziałem, że jest się czego bać.

Po pierwsze dlatego, że formację opuścili perkusista i drugi wioślarz, tworząc własny projekt Death Destruction, w którym parają się graniem death metalu. Po drugie dlatego, że sam Tom Englund podkreślał, że , będzie to najbardziej zróżnicowana płyta zespołu. Po trzecie wreszcie dlatego, że na tym LP po raz pierwszy zagrali nowi muzycy: gitarzysta Marcus Jidell (Royal Hunt), młody, 20-letni perkusista Hannes Van Dahl i basista Johan Niemann. Tak więc to próba generalna nowego składu, który miał wnieść powiew świeżości do muzyki Evergrey. Tylko pytanie brzmi, czy tego należy oczekiwać od ekipy Englunda? No cóż, moim zdaniem raczej niekoniecznie. No i ta okładka zdradzająca zwrot w stronę wcześniejszych płyt. Odpalałem ten album z dużymi obawami, choć pierwszy w kolejce Leave It Behind Us to typowy dla tego zespołu kawałek. Właśnie taki, jakiego oczekiwałem i bodaj najlepszy na całym krążku. No i nie słychać tu braku długoletniego wioślarza Henrika Danhage, który, było nie było, wniósł sporo do muzyki Evergrey. No dobra, może brakuje tu jego zagrywek. Trzeba także przyznać, że refren jest bardzo udany i szybko wpada w ucho. Gdy już zdążyłem się udobroduchać i nabrać nadziei, to wszystko musiał spaprać refren utworu You. I poźniej ta solówka bez składu i ładu. Nowy wioślarz nie dorasta jednak Danhage do piet. Facet wysila się grając na 110% swoich możliwości. Pytanie jednak, po co? Całość ratuje Englund i zwolnienie utworu. Niesmak jednak pozostaje. Wrong już sporo lepszy i całkiem mi się podoba. Niemniej nie ma tej obiecywanej świeżości. Jest raczej powtórka z albumu poprzedniego. Tyle, że na Torn brzmienie perkusji było dużo lepsze. Ta, którą słychać na nowym krążku, zupełnie mnie nie przekonuje i naprawdę szkoda, że Jonas Edakhl zdecydował się na opuszczenie Evergrey. Ja wiem, że można to zwalić na karb niedoświadczenia nowego bębniarza. Tyle, że Edakhl też nie był wiele starszy grając na swoim pierwszym krążku z Englundem. Jeśli się znęcać, to po całości. A więc od początku. Przede wszystkim niezbyt ciekawa melodia. Na upartego może być, ale z pewnoscią można było lepiej. Tu zwyczajnie brakuje ognia. Kto wpadł na pomysł takiego modulowania głosu Englunda? No litości, po co to? Jedyne co może sie naprawdę podobać, to wspaniała partia chóru i solo gitarowe. Na dokładkę utwór ten jest pierwszym singlem promującym tę płytę i powstał do niego teledysk. Dlaczego nie wybrano pierwszego utworu, kto o tym decydował i dlaczego? Wolę nie znać odpowiedzi. Frozen jest taki, jaki jest tytuł tej kompozyci. Typowe, "zimne" Evergrey i nic więcej. Trzeba przyznać, że ten kawałek się Tomowi po prostu udał. W zasadzie nie mam się do czego przyczepić. Oprócz rzecz jasna brzmienia. Mogłoby być mocniejsze na całym krążku i na pewno tylko by na tym zyskał. Restoring The Loss przypomina nieco swoim nastrojem utwory znane z In Search Of Truth. Całkiem niezły numer i nawet nowy wioślarz chyba zrozumiał wreszcie, o co chodzi i jak ma grać. To Fit The Mold przechodzi sobie niezauważenie. Kompletnie nie ma na co zwrócić uwagi... Out Of Reach bardziej monumentalny i może się podobać, jednak wciąż nie ma tego ognia. Mimo wszystko całkiem OK. Nie wybaczę temu, kto w The Phantom Letters pozwolił zaśpiewać Englundowi w taki sposób. Po jaką cholerę tyle dramatyczności? Dlaczego nie zrobiono z tego zwyczajnego, mocnego kawałka? Po co tyle rzewliwości nie tylko tu, ale i na całej płycie? No i pytanie najważniejsze: gdzie jest prog metal? Gdzie potęga monumentalizmu? Ja chcę i oczekiwałem głównie tych dwóch cech w muzyce Szwedów. No i to paskudne solo. Silenie się na powtarzanie Henrika nikomu się nie może udać. Czym w zamyśle miał być utwór The Disease..., naprawdę nie wiem. Nieczytelne gitary, pukająca perkusja i nijaki wokal... Niczego, co przyciąga ucho. It Comes From Within, mimo że ma w sobie elementy "starego" Evergrey, to na dobrą sprawę tylko wkurza. Mam nieodparte wrażenie, że Tomowi po prostu nie wystarczyło pomysłów na całe wydawnictwo. W pewnym momencie robi się szaro, nudno, jakoś tak pospolicie, a całość po prostu płynie. Pozbawiony niewątpliwego wsparcia Danhage, szef zamieszania się po prostu pogubił. I to słychać właściwie na całym albumie. Perełką na tym krążku jest utwór Free. Bardzo ładna miniaturka. Ileż można by z niej wycisnąć, jeśli obecny byłby Henrik... On lubi takie kawałki. To byłby mega hit! Wystarczyłoby poprawić brzmienie i dodać wypasioną solówkę. I jednak bez tego jest całkiem nieźle, a ten utworek zaliczam do ścisłej czołówki tego krążka. Pod koniec płyty za sprawą utworu poprzedniego i I'm Drowning Alone zaczyna robić się ciekawie. To jeszcze nie jest TO, ale jest fajnie. Czyli jednak można było. Ten niestety dość męczący wypiek kończy rzewliwy ... And The Distance. Mogło być to drugie Waking Up Blind, ale nie jest, bo zabrakło pomysłu na pociągnięcie tematu. Tak, macie rację. Evergrey pozbawione kompozytorskiego talentu i niewątpliwego wpływu Henrika Danhage traci sporo na wartości. Ktoś mnie zapytał, czy ta płyta ma jakikolwiek start do The Inner Circle. Niestety nie ma. Brakuje jej wszystkiego. Brzmienia, potęgi, monumentalizmu, prog metalu i po prostu przebojów, a także tego "czegoś". W zamian dostajemy rzewny, smutny, szary i nudny album z paroma przebłyskami dawnej świetności. Czy jest kogo chwalić? Tak, bardzo fajnie brzmiącego bassmana, pogłaskać po głowie (ale tylko czasem) można Toma i nowego bębniarza. Szkoda, że Rickard Zander nie ma pomysłu na swoje partie... Natomiast nowy wioślarz - won! On się nie nadaje do Evergrey i tyle. Po heavy/power metalowym wioślarzu należy oczekiwać jednak czegoś wiecej. Tu okazuje się, ze jest on jedynie rzemieślnikiem, nie artystą w swoim fachu. Nie zagrzał dłużej miejsca ani w Royal Hunt, ani w ekpie Petera Tägtgrena. Czyli jednak jest coś na rzeczy.

Podsumowując... coś niedobrego stało się z tym zespołem po The Inner Circle. Brakuje tu praktycznie wszystkieg,o co cechowało tamte wydawnictwo. Przykro mi to pisać, ale Glorious Collision to płyta po prostu słaba, a tych kilka udanych rzeczy nie może być usprawiedliwieniem. Nie trafia do mnie ta muzyka. Po przesłuchaniu w głowie nie zostaje wiele. Ja absolutnie w odświeżony skład Evergrey zwyczajnie nie wierzę. Płyta taka sobie... Niestety ode mnie tylko 6/10.

Oficjalna strona zespołu: www.evergrey.net

Vincent
luty 2011