|
Skład: Joey Tempest - śpiew; Kee Marcello - gitary; John Levén - gitara basowa; Mic Michaeli - instrumenty klawiszowe; Ian Haugland - perkusja
Produkcja: Beau Hill
Mając już ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym zespół Europe zaskoczył nas po raz kolejny. Po dość łagodnym albumie Out Of This World Szwedzi uraczyli nas dużo ostrzejszym materiałem. Produkcję Prisoners In Paradise "Europejczycy" oddali w ręce i ucho znanego producenta Beau Hilla, przez co całość zabrzmiała jakby bardziej amerykańsko. W przeciwieństwie do poprzedniego krążka instrumenty klawiszowe odgrywają już dużo mniejszą rolę, a na plan pierwszy wysunięte zostały partie gitar.
All Or Nothing to doskonały "otwieracz". Witają nas ostre gitary, które przede wszystkim brzmią bardzo świeżo i żywo. Nic w tym dziwnego, gdyż większość materiału powstawała podczas licznych tras koncertowych, które w owym czasie zespół odbywał. Po nim zaczyna się jedna z najlepszych kompozycji na płycie - Halfway To Heaven. Kawałek ten posiada wszelkie cechy przeboju. Jest chwytliwy riff, dynamiczna zwrotka, doskonały refren, a całość została zagrana z feelingiem i brzmi bardzo naturalnie. Warto zauważyć, ze na poprzednich albumach wokalista wysuwał się na pierwszy plan, tutaj więcej jest grania zespołowego. Bardzo ciepłym utworem jest I'll Cry For You. Zespołowi udało się tu uchwycić specyficzny nastrój, gdyż czujemy się tak, jakby muzycy grali tuż obok. Muszę przyznać jednak, że bardziej podoba mi się akustyczna wersja tego kawałka, którą zamieszczono na jednej ze składanek typu "the best of". Little Bit Of Lovin' powinno spodobać się nie tylko fanom hard rocka, ale także blues rocka i bluesa. Udany numer, aczkolwiek jeszcze większa bombą jest moim zdaniem Talk To Me. Opiera się on na gitarowym riffie o dość prostej strukturze, ale brzmi potężnie. Tempest daje tu z siebie wszystko, a Marcello doprawia to jeszcze tymi króciutkimi gitarowymi solóweczkami. Miód, malina. Seventh Sign to w dużej mierze nawiązanie brzmieniowe do lat '70 i klasyki hard rocka. Na siłę można się tu doszukać nawet podobieństw do AC/DC, ale bardziej gitarowo, bo wokalnie jest to taki Europe, jaki najbardziej lubimy. Główną siłą tego utworu są moim zdaniem potężnie i pełnie brzmiące akordy. Przy okazji warto zauważyć, że na tym krążku w przeciwieństwie do jego poprzednika zatroszczono się o większą różnorodność stylistyczną poszczególnych kompozycji. Album może spodobać się również fanom heavy, a nawet thrash metalu. Tytułowe Prisoners In Paradise może w zasadzie uchodzić za dzieło sztuki, gdyż tak składne kawałki to rzadkość. Wersja z longplaya zaczyna się od głosów ludzi wypowiadających się na temat swoich marzeń i gitarowego intro (nie było tego wszystkiego w wersji z singla). No i wreszcie mamy na otwarcie bardzo zgrabny gitarowy riff, który mógłby już być klasą samą w sobie, ale to jeszcze nie wszystko. Riff ten płynnie przechodzi w podkłady fortepianowe, potem wchodzi również wokalista. W środku czeka nas jeszcze powtórzenie tego pomysłu, doskonały refren i równie piękna solówka (przypomina mi de facto jedną z zagrywek Marty'ego Friedmana z płyty Scenes wydanej rok później... kto wie, może Marty inspirował się właśnie tym utworem). Kolejny bardzo oryginalny kawałek to Bad nBlood. Melodycznie i brzmieniowo kojarzy mi się troszkę z płytą Dr. Feelgood grupy Motley Crue, ale jest to skojarzenie bardzo powierzchowne. Kilkanaście sekund przed solówką możemy tu podziwiać interesującą zagryweczkę na basie. Homeland jest z kolei kompozycją bardziej nastrojową. Znów można się tu doszukać zapożyczeń z bluesa, wzmocnionych dodatkowo charakterystycznymi brzmieniami organów Hammonda. Got Your Mind In The Gutter to ponowny nawrót do brzmień z lat '70. Nasuwają się tu również pewne skojarzenia z glamem, czy nawet klasycznym rock'n'rollem. Chociaż jest tu całkiem niezła solówka, numer ten podoba mi się "średnio na jeża" i zawsze czekam na 'Til My Heart Beats Down Your Door. Tutaj po raz kolejny Tempest pokazuje, co potrafi zrobić ze swoim głosem. Już w kołyszącej się zwrotce słychać, że śpiewa od serca, a do tego dochodzi jeszcze ten cudowny refren. Album zamyka mój faworyt z tej płyty - Girl From Lebanon. Delikatne intro z pogrywającą czule gitarą po chwili zamienia się w rasowy gitarowy riff. Utwór w zwrotce bardzo ciekawie zaaranżowany od strony rytmicznej, przy czym nie traci nic ze swej melodyjności. Refren już bardziej tradycyjny, ale posiadający wszelkie cechy przeboju. Do tego dochodzi jeszcze mój ulubiony smaczek, mianowicie trochę wymiatania w solówce (motyw podobny do tego z piosenki Seventeen grupy Winger).
Moim zdaniem jest to najlepsza płyta zespołu, a to ze względu na świeżość zawartego na niej materiału. Sam krążek nieprędko się znudzi, a kiedy się to już stanie, to i tak po pewnym czasie bardzo chętnie się do niego powraca. Jak do tej pory był to ostatni studyjny album Europe i mam nadzieję, że kolejny w niczym mu nie będzie ustępować.
Oficjalna strona zespołu: www.europetheband.com
Guitarrizer grudzień 2003
|