|
Relacja z koncertu Europe (impreza okolicznościowa Wianki 2010: Muniek, Kosheen, Europe), 19.06.2010, Warszawa, Plac Defilad
Rok 2010 zdecydowanie nie rozpieszcza fanów rocka, jeśli chodzi o liczbę koncertów klubowych (żeby wspomnieć chociażby zmianę terminu występu The Quireboys, czy dwa odwołane przez Erica Martina koncerty w kwietniu). Znacznie lepiej mają się plenerówki, co potwierdzą zapewne zarówno uczestnicy majowego koncertu AC/DC, jak i fani Wielkiej Czwórki Thrash Metalu, których w czerwcu uraczono występami Metalliki, Megadeth, Slayera i Anthraxu w ramach polskiej edycji Sonisphere Festival... Dwa tygodnie temu już nadszarpnięta powyższymi stolica naszego pięknego kraju zaliczyła natomiast kolejny najazd fanów hard rocka. 19 czerwca miłościwie nam panującego A.D. 2010 wszystkie drogi prowadziły bowiem do Warszawy, na Plac Defilad. Tam, w cieniu słynnego architektonicznego "daru Stalina", zebrali się bowiem fani z Polski, Litwy, Bułgarii, Włoch, Niemiec, Brazylii (!) oraz - zapewne - wielu innych nacji, by uczestniczyć w pierwszym od osiemnastu lat polskim koncercie szwedzkiej hard rockowej grupy Europe. A wszystko to w ramach "Wianków nad Wisłą", darmowej imprezy z okazji nocy świętojańskiej, pierwotnie mającej odbyć się na Podzamczu i zwyczajowo obejmującej koncerty, pokazy i happeningi. Gdy fani Europe zaczynali już odliczać tygodnie zamiast miesięcy dzielących ich od koncertu - Podzamcze zmieniono na okolice Mostu Świętokrzyskiego; wreszcie, gdy to odliczanie zamieniło się w prawdziwe "the final countdown" - z powodu zagrożenia powodziowego imprezę przeniesiono raz jeszcze, na stołeczny Plac Defilad. Skrócono również drastycznie program Wianków 2010 - zrezygnowano ze sztucznych ogni na koniec i rozmaitych pokazów, pozostawiając jedynie trzy zaplanowane koncerty: wokalisty T. Love, Muńka Staszczyka, który wraz z towarzyszącym mu zespołem miał zaprezentować materiał głównie z najnowszej solowej płyty, nowojorskiej formacji Fun Lovin' Criminals (jak niesie wieść gminna tudzież Wikipedia, grającej alternatywny rap/rock) i gwiazdy głównej - Europe. Taki skład wylądował na plakatach, jednakże z powodu niedopełnienia przez organizatorów formalności drugi punkt koncertowego rozkładu jazdy zastępiono występem Kosheen (brytyjskie trio tworzące muzykę trip hop, drum and bass i rock). Najważniejszy punkt programu pozostał jednak niezmieniony, w związku z czym 19 czerwca już od siódmej rano doświadczałam uroków prawie czterogodzinnej jazdy PKP, zmierzając nieuchronnie w kierunku stolicy.
Po skompletowaniu podstawowej ekipy koncertowej, wraz z koleżankami ruszyłyśmy miastem, mijając po drodze - co logistycznie jest całkiem zrozumiałe - warszawski Plac Defilad. Odbywała się tam właśnie próba dźwięku - ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, z miejsca rozpoznałyśmy Last Look At Eden, tytułowy utwór Europe z ich najnowszej płyty. Biegiem dotarłyśmy na plac, by z ogromnej odległości móc śledzić poczynania muzyków Europe, wypróbowujących sprzęt i nagłośnienie. Równie sympatycznym akcentem tej koncertowej "prapremiery" okazało się być zagrane po dłuższej pauzie New Love In Town, kolejny utwór z ostatniego longplaya zespołu. Niestety, numer zagrano tylko do połowy, na czym zasadniczo skończyła się całość próby dźwięku Europe (zasięgnąwszy języka wśród grupek fanów koczujących z nami przed barierkami ogradzającymi plac, dowiedziałyśmy się, że trwała ona dość długo, a najwytrwalsi mieli możliwość usłyszeć m.in. klasyczne Superstitious). Dalej było już nieco mniej sympatycznie - ci spośród zgromadzonych, którzy posiadali fanklubową akredytację pozwalającą im na wstęp za kulisy, podążyli tam na sesję fotograficzno-autografową z zespołem. Reszta pozostała za barierkami, osłoniętymi jeszcze - co zakrawało już na absurd - czarną, nieprzezroczystą folią. Następną godzinę zajęło nam podpatrywanie rzeczonego "meet and greet" przez szpary w ogrodzeniu i nieukrywane wyrażanie zazdrości względem tych "bardziej uprzywilejowanych" fanów Europe (skądinąd, najbardziej pojednawczym rozwiązaniem byłoby zorganizowanie spotkania z zespołem, choćby w Empiku, jak miało to miejsce w przypadku grudniowego koncertu Wingera w Polsce - miejmy nadzieję, że organizatorzy podobnych imprez wezmą to od czasu do czasu pod uwagę). Niżej podpisana oraz jej towarzyszki zabijały tymczasem czas rozmową z napotkanym fanem metalu w wieku późnoprodukcyjnym, o statusie regularnego bywalca koncertowego. Gdzieś pomiędzy smętnym wspomnieniem niedawno zmarłego Ronniego Jamesa Dio, a relacją z ostatniego Wacken Open Air przewinęła się także rozmowa z mijającym nas na ulicy żonkosiem z wózkiem dziecięcym, który zdumiał się bardzo na dźwięk nazwy Europe ("jaki znowu Europe, ten z lat '80?...") oraz nie poczuł się zbytnio rad z oferty tegorocznych Wianków ("a będą grały też jakieś poważniejsze zespoły?"). Dało nam to skądinąd pogląd, jak - prócz zagorzałych wielbicieli Joey'a Tempesta i spółki, gotowych dotrzeć na warszawski koncert nawet i z drugiej półkuli - będzie się przedstawiał skład publiczności na wieczornych koncertach.
Minęło kilka godzin i tak oto nieubłaganie zaczął zbliżać się moment wyruszenia na Plac Defilad. Ruszyłyśmy więc w zasadniczym kierunku naszej wyprawy. Zaskoczyła nas bardzo skrupulatna i szczegółowa kontrola przy wpuszczaniu na plac, choć popierałyśmy przetrząsanie toreb i rewizję osobistą potencjalnych koncertowiczów z czystych względów bezpieczeństwa na tak masowej imprezie. Konfiskatę 0,75 l wody mineralnej, jakie przypadało na każdą z nas, odczułyśmy jednak bardzo boleśnie - organizatorzy nie gwarantowali możliwości kupna jakiegokolwiek napoju w zamian, co było ewidentnym niedociągnięciem ze strony Stołecznej Estrady. Sprzyjała nam za to pogoda - od rana zasnute chmurami niebo zaczęło się przecierać, a umiarkowana temperatura nie groziła "zbyt gorącą" atmosferą na zbliżających się koncertach, przynajmniej w znaczeniu dosłownym.
Czas pozostały nam do koncertu umilony był tradycyjnie przez zacieśnianie kontaktów towarzyskich ze starymi znajomymi, którzy również przyjechali bawić się na Europe. W tle - nagrania formacji Mr. Big, co również spotkało się ze sporym aplauzem publiczności. Jakiś czas później, na telebimach pojawił się teledysk (!) The Final Countdown gwiazdy wieczoru. Na takie dictum aplauz żywo wzrósł - by po kilku minutach znów emocje opadły wraz z wiązanką nowocześnie brzmiących wideoklipów z gatunku drum and bass i tym podobnych, które wyemitowano zaraz po największym przeboju Tempesta i spółki. Nim jednak miny zdążyły nam zrzednąć do reszty, nadszedł wreszcie moment, w którym oczy wszystkich obróciły się w kierunku sceny. Na niej pojawił się prowadzący imprezy - znana osobowość telewizyjna, Artur Orzech. Wbrew obawom, rzeczony konferansjer nie tracił zbyt wiele czasu na zbędną gadaninę i po krótkim przywitaniu gromadzących się coraz liczniej ludzi zapowiedział koncert pierwszego wykonawcy wieczoru - Muńka i jego zespołu. Nim jednak na scenie pojawił się wokalista T. Love wraz z towarzyszącymi mu muzykami, na telebimach pojawiły się kolejno dwa filmiki - jeden, pokazujący ogrom tragedii powodziowej, jaka ostatnio dotknęła nasz kraj (będący częścią akcji charytatywnej i SMS-owej zbiórki pieniędzy dla powodzian), oraz drugi, reklamujący Warszawę. Pierwszemu można było jednak zarzucić zbytnią pompatyczność i kiepską realizację, drugiemu - połączenie symboli stolicy z bynajmniej luźno kojarzącymi się z nią obrazkami z happeningów (ludzie przebrani za części ciała lub nieznani nam bliżej nudyści, turlający się w dół schodów w cokolwiek niekompletnych strojach). Szczęśliwie, emisja tychże nie trwała zbyt długo i już niedługo mogliśmy przekonać się, cóż warszawskiej publiczności ma do zaoferowania zapowiedziany przez Orzecha "projekt: Muniek".
Właściwie znam twórczość Muńka Staszczyka i T. Love bardzo pobieżnie - włączając w to największe klasyki grupy, takie jak Warszawa, King czy Chłopaki nie płaczą. Ich jednak podczas występu na Wiankach 2010 zespół zaprezentował najmniej - wspomnianą już Warszawę zagrano na bis; gdzieś w setliście mignęła także Dzikość serca. Na set składały się natomiast głównie utwory z najnowszej płyty solowej wokalisty T. Love, które większości publiczności Europe niespecjalnie przypadły do gustu (co innego trzynastoletnim współkoncertowiczom, którzy z uporem godnym lepszej sprawy oddawali się przez większość występu artysty intensywnemu pogo). Na plus należy policzyć solidne popisy instrumentalne w wykonaniu niegdysiejszego gitarzysty T. Love - Jana Benedeka, z którym Muniek odnowił współpracę przy okazji nagrywania solo oraz fakt, że występ Muńka... właściwie się nie dłużył, sprawnie przechodząc od jednego numeru do drugiego. Reszta to kwestia gustu - twórczość zarówno T. Love, jak i Muńka podoba się lub nie i występ, jaki artysta dał w ramach Wianków 2010 w Warszawie, w przypadku mojego osobistego podejścia mógł zmienić raczej niewiele.
Następnie - po krótkiej introdukcji (oraz ponownej emisji filmików o powodzi i Warszawie, które na tym etapie imprezy, oglądane raz jeszcze zaczynowały już irytować), na scenę wyszła zapowiadana "gwiazda z Wielkiej Brytanii", czyli Kosheen. Na froncie - wokalistka wzbudzająca wśród panów dość ciepłe uczucia, za nią zaplecze instrumentalne. Które mi osobiście oceniać trudno - muzycznie to zupełnie nie moja bajka, a na gatunkach takich jak trip hop czy drum and bass zwyczajnie się nie znam. Wieść gminna niesie, że "dopasowując się do gwiazdy głównej" Kosheen grał tego dnia bardziej "rockowo"; w gruncie rzeczy jednak, seria ich kawałków w towarzyszeniu bajecznego wręcz oświetlenia na dłuższą metę okazała się być po prostu męcząca. Warszawska publiczność zareagowała natomiast dość żywo na popisy brytyjskiego tria - niestety, ta "żywsza reakcja" w tym kraju oznaczać może tylko i wyłącznie pogo, uskuteczniane przez zdecydowanie nieletnią młodzież. Niewątpliwie jakość występu ratowała za to pani za mikrofonem, której trzeba przyznać naprawdę niezły - jak na warunki "darmówki" - kontakt z publicznością. Nie skłamię jednak, jeśli powiem, że zejście ze sceny formacji powitałam westchnieniem ulgi.
W trakcie kolejnej przerwy (tym razem znacząco dłuższej, tradycyjnie - z filmikami o wiadomej treści w tle, na telebimach) atmosfera pod sceną zaczęła się zagęszczać, a fani Europe - walczyć o najlepsze miejscówki. Planowany początek koncertu Europe miał nastąpić około 22.15, ta godzina jednak dawno już minęła i co poniektórzy zaczęli się nawet obawiać o skrócenie setu. Wreszcie rozbrzmiały pierwsze dźwięki Prelude i oczy wszystkich zwróciły się w kierunku sceny. W ruch powędrowały aparaty i kamery, a tłum zaczął napierać do przodu. Na scenę wyszli oni - ci, dla których spora część zebranej na Placu Defilad publiczności pokonała wiele kilometrów drogi dzielących ich od stolicy Polski. Legenda hard rocka lat '80 "w samym sercu Europy, w samym sercu Warszawy" - EUROPE!! Zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, ugruntowanymi jeszcze przez przedpołudniową próbę dźwięku, po Prelude nastąpił Last Look At Eden, tytułowy utwór z najnowszej płyty Tempesta i spółki. Wypadł on dość przeciętnie, ale wzbudził żywe reakcje publiczności, a i trzeba przyznać, że tekst kawałka ze wstawkami pokroju "I wanna hear you say - come with me" znakomicie się na takie okazje koncertowe nadaje. "The ones who really care, who's open minded" - czyli tłumnie zgromadzeni fani Europe - z entuzjazmem przyjęli również następny utwór, tym razem pochodzący z albumu Secret Society - Love is Not The Enemy. Dla mnie jednak prawdziwe otwarcie koncertu miało dopiero nadejść wraz z trzecim numerem, gdy Joey Tempest zaintonował słynne wokalne intro "...Keep on walkin' that road, and I'll follow..." Wraz z Superstitious nastąpił zwrot w stronę tych "lepszych czasów" Europe i twórczości stojącej o ileś klas wyżej nad obecną. W pierwszych rzędach rozpętało się prawdziwe szaleństwo i każdy z nas gotów był zdzierać gardła, zapewniając zespół, że z zabobonami polska publiczność nie ma nic wspólnego. Miłym zaskoczeniem było wplecenie w utwór fragmentu Since You've Been Gone Rainbow, wspomaganego przez gromki śpiew tłoczących się na placu Defilad hard rockowców. Oczywiście, nie zabrakło w Superstitious ognistej solówki - John Norum świetnie sprawdza się także w repertuarze, który wspomagał swą grą Kee Marcello - i popisów klawiszowca, Mica Michaeliego. Następująca po wyżej wspomnianym numerze reprezentacja najnowszej płyty w postaci Gonna Get Ready wypadła natomiast dość blado, choć mocne gitarowe dźwięki pozwoliły publicznosci na chwilę headbangingu i heavy metalowego szaleństwa. Zapowiedź utworu z Wings Of Tomorrow, która padła zaraz później, niestety nie okazała się tyczyć ani mojego prywatnego faworyta z rzeczonej płyty - a mianowicie Stormwind- ani też oczekiwanego przez wszystkich numeru tytułowego. Zagrano za to Scream Of Anger - klasyczna kompozycja zabrzmiała w Warszawie naprawdę ciężko i mocno. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy współcześni "metalowcy" nie powinni przypadkiem zgłosić się do panów Tempesta, Noruma, Levena, Hauglanda i Michaeliego na solidne korepetycje... Po takiej dawce czadu zgodnie z logiką przychodzi czas na chwilę zwolnienia - słysząc jednak słynny klawiszowy wstęp rodem z mojej ukochanej Out Of This World, ledwo wierzyłam własnym uszom. Sign of The Times, jeden z moich absolutnych faworytów, bywa w setliście grupy dość częstym gościem, niemniej jednak - usłyszenie go na żywo było spełnieniem jednego z moich koncertowych marzeń. Znacznie mniej uwagi poświęciłam następnym numerom: The Getaway Plan (który Tempest zapowiedział jako "something special" ze względu na gorące przyjęcie publiczności, zaznaczając, że piosenka grana jest na koncertach dość rzadko) oraz No Stone Unturned. Cóż, nowe oblicze Europe - może poza kilkoma perełkami, o których za chwilę - nie bardzo mnie przekonuje i nawet w wersji live utwory z nowowydanych albumów grupy były dla mnie okazją wyłącznie do odrobiny koncertowego szaleństwa, bez specjalnych zachwytów. Zachwyt należał się za to Tempestowi za kontakt z publicznością - było i "za*ebiście", i "piękne miasto" i "piękne ku(o?)biety" odczytane z kartki łamaną polszczyzną... I przede wszystkim niegasnąca koncertowa energia, którą zwłaszcza w obliczu długoletniego scenicznego stażu należało docenić. Wróćmy jednak do samego koncertu - dalej Europe zrobiło ewidentny ukłon w stronę klasyki. Carrie śpiewane na tysiące gardeł brzmiało w tych okolicznościach naprawdę rewelacyjnie i aż się łezka w oku zakręciła, gdy przypomniałam sobie własne wysiłki, by ten numer nagrać z radia jakieś dziesięć, jedenaście lat wcześniej - jeszcze w erze "składanek" domowego montażu na kasetach magnetofonowych... :-) Let The Good Times Rock było jednym z najlepszych kawałków zagranych tamtego wieczoru w Warszawie - świetna gitara, klawisze i linijka "so, baby, tonight, we will celebrate..." - istotnie, już na tym etapie wszyscy mieli ochotę dać czadu i świętować, ile wlezie. Podczas Let The Good Times Rock padła też zwyczajowa introdukcja zespołu, z reguły zostawiana na koniec - tu jednak, szczęśliwie, do finiszu było jeszcze daleko. Gdy szaleństwo pod sceną dobiegło końca, nadeszła chwila, w której pałeczkę przejmuje John Norum - Optimus niewątpliwie udowodnił jego klasę jako świetnego instrumentalisty. Powrót Tempesta na scenę oznaczał kolejne zaskoczenie dla słuchaczy - szczerze mówiąc, nie spodziewałam się w secie niczego z longplaya Prisoners In Paradise (chociaż miałam nieśmiałą, niestety - płonną nadzieję na utwór tytułowy), Seventh Sign wypadło jednak solidnie i na pewno nie zawiodło zgromadzonych pod sceną. Następne dwie piosenki z przedziału 2004-2009, gwoli przekory, usatysfakcjonowały mnie całkowicie. Urocza ballada New Love In Town zabrzmiała o wiele lepiej, niż w wersji studyjnej i zdecydowanie przekonała mnie do dania jej drugiej szansy. Przy kolejnej introdukcji natomiast okrzyk radości z mojej strony był jak najbardziej na miejscu - jedyną z nowych piosenek, na jaką naprawdę czekałam, była Start From The Dark z 2004 roku (do której żywię olbrzymi sentyment z czasów, kiedy reaktywacja Europe dopiero stała się faktem). Wykonanie mojej absolutnej faworytki spośród "nowalijek" wypadło naprawdę wspaniale - nim zdołałam złapać oddech wraz z jej ostatnimi dźwiękami, zespół zgotował publiczności kolejne minuty szaleństwa pod szyldem płyty The Final Countdown. Usłyszeliśmy Cherokee, kolejną z absolutnych perełek wieczoru, pełną ognia i rozmachu - taki właśnie powinien być rock'n'roll! Można by powiedzieć "teraz brakuje już tylko Rock The Night..." i tak oto kolejne życzenie zostało spełnione. Znakomite wykonanie kolejnego hymnu z czasów chwały hard rocka zapewne zapisało się w pamięci wszystkich dzięki Tempestowi wchodzącemu w tłum, ja jednak bardziej doceniłam moment, gdy w okolicach solówki Joey powrócił na scenę, by zaintonować "...Sign me a song, you're a singer... do me a wrong, you're a bringer of evil..." Może oceniając sprawę obiektywnie trzeba przyznać, że w obliczu identycznego w formie hołdu, jaki oddał zmarłemu Ronniemu Jamesowi Dio zespół Anthrax parę dni wcześniej (wspomniany już festiwal Sonisphere, lotnisko Bemowo), Joey nie wykazał się specjalną oryginalnością... Ale w tamtej chwili liczyło się tylko stanie pomiędzy kilkunastoma tysiącami polskiej i zagranicznej publiczności, w drugim rzędzie, z ręką wzniesioną do góry i obowiązkowymi "różkami". I świadomość, że "it's on and on and on, it's heaven and hell..." Że pomiędzy headbangingiem i rock'n'rollowym szaleństwem znajdzie się chwila na zadumę. Że fani pamiętają. Szkoda tylko, że Wianki nie obfitowały w ich nadmiar - odzew ze strony publiczności był raczej cichy i nieśmiały, a i "różków" na tysiące zgromadzonych na placu ludzi było niewiele... Cóż, darmówka - powiedzieliśmy sobie, gdy Heaven & Hell znów przeszło w Rock The Night. Po zakończeniu numeru Tempest pożegnał się z publicznością i wydawało się, że na tym poprzestaną... gdyby nie fakt, że nie było jeszcze przecież największego w secie pewniaka. Nim jednak daliśmy czadu przy bisowym The Final Countdown, zagrano jeszcze nowiutkie The Beast. I dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że Europe niemal dwukrotnie przedłużyło zakontraktowaną "godzinkę" i że zamiast zagranej od niechcenia "darmówki" polscy fani dostali po osiemnastu latach czekania pełnowymiarowe, kopiące tyłki show. Że warto było czekać. I - że 20 czerwca, dzień następny, kiedy większość z nas musiała porzucić Warszawę i wrócić do domów rozsianych po kraju i świecie - będzie raczej trudnym powrotem do rzeczywistości.
Patrząc już z pewnej perspektywy na warszawski koncert Europe, oczywiście mogę wytknąć wydarzeniu to i owo. Ciągle uważam, że Europe należy się w naszym kraju pełnowymiarowy, biletowany koncert w porządnym obiekcie, że gwoli radości fanów można było zorganizować spotkanie z zespołem dla wszystkich (vide wspomniany zeszłoroczny Winger), że brak przypadkowej publiczności z gatunku "młodzież w szeleszczącej odzieży sportowej"/"fani denaturatu"/"osobniki poniżej 10. roku życia" wyszedłby koncertowi na dobre. 19 czerwca 2010 r. przyniósł jednak tym, którzy pofatygowali się do stolicy na Plac Defilad, sporo niezatartych wspomnień. Niejedna korpulentna pani w wieku późnoprodukcyjnym pochwali się, że dotknęła Tempesta, w którym kochała się za młodu, a i niejeden warszawiak będzie opowiadał wnukom, że usłyszał "mnóstwo dziwnych rzeczy i The Final Countdown. Myślę jednak, że dla wielu spośród tych kilkunastu (wedle najnowszych doniesień - blisko dwudziestu!) tysięcy ludzi zgromadzonych na Wiankach 2010 ważne było przede wszystkim, że wraz z przyjazdem Europe znów zatriumfował klasyczny, dobry, solidny rock'n'roll. A że 24 lipca, jak wynika z ostatnich wieści, Europe przybywa znów - tym razem do Lublina - czas najwyższy, by ci, którzy nie byli świadkami warszawskiego show, jak najszybciej nadrobili zaległości.
Twisted 03.07.2010 r.
|