|
Europe, 18.02. 2011, O2 Academy, Birmingham (UK)
Nadarzyła się okazja, by wybrać się na koncert Europe, zespołu który odegrał szczególną rolę w moim życiu - gdyby nie on, nie byłbym pewnie teraz rocknrollowym degeneratem ;). Moja przygoda z rockiem/metalem zaczęła się właśnie w 1986 r. od słynnego przeboju The Final Countdown, a solówkę z tego nagrania uważam za kultowy wzorzec "jak powinno się grać na gitarze" i za jeden z muzycznych symboli szalonych lat '80. W ramach trasy "Balls 'N' Banners" grupa zawitała do Birmingham, by wystąpić w tutejszym O2 Academy, nie musiałem się długo zastanawiać, czy się tamże wybrać, pokusa zobaczenia wreszcie swoich dawnych idoli na żywo od razu wzięła górę.
W drodze zdarzyła się zabawna sytuacja - idąc z gronem przyjaciół przy jednym z rond natknęliśmy się na grupkę facetów, z których jeden w dość znacznym stopniu był podobny do Johna Noruma, jednego z bohaterów nadchodzącego wieczoru. Zatrzymałem się na chwilę, skonfrontowałem wygląd delikwenta z moją pamięcią do twarzy i po kilkusekundowej wymianie spojrzeń stwierdziłem, że to chyba nie John ;). Na miejsce dotarłem tradycyjnie przed czasem. Zdziwiła mnie "niewielkość" lokalu jak na gwiazdę, która miała wystąpić... Z drugiej strony, Europe nie może już chyba liczyć na tak ogromną rzeszę fanów, jaką miało w połowie lat '80, poza tym na luty grupa zaplanowała aż 9 koncertów po Wielkiej Brytanii, zatem każdy mógł wybrać sobie występ bliżej swojego miejsca zamieszkania, stąd też i takie rozczłonkowanie "armii Europejczyków". Po przybyciu od razu zawitałem do małego sklepiku na końcu sali i rozważałem zakup koszulki upamiętniającej wydarzenie. Po przemyśleniach wszystkich "za i przeciw" zdecydowałem jednak kupić T-shirt ozdobiony okładką The Final Countdown - sentymenty wzięły górę, a jakże.
Jakichś ogromnych opóźnień ze starterm nie było i około godziny 19.00 na scenę wszedł zespół Voodoo Johnson, który był supportem na całą brytyjską trasę Europe. Szczerze mówiąc, nie znałem wcześniej tej kapeli, ale by zorientować się, co grają, dzień przed koncertem wyszukałem kilka utworów na YouTube i stwierdziłem, że styczność z ich twórczością mnie nie pokaleczy. Wiadomo, nie zapamiętałem nawet tytułów poszczególnych kawałków, ale przynajmniej nie szedłem na koncert kompletnie "zielony". Sam występ Voodoo Johnson uważam za udany. W zespole drzemie pewien potencjał, chociaż zanim staną się sławni, muzyków czeka jeszcze dużo pracy. Wokalista dysponuje silnym głosem i z pewnością jest to atut, moim zdaniem wystarczy popracować bardziej nad dynamiką linii wokalnych. Poza tym panowie mogliby być na scenie bardziej dynamiczni, bo tylko gardłowy ruszał się czasem z miejsca i zwiedzał różne zakątki podestu. Nagłośnienie scenicznych Marshalli było takie sobie - stałem od sceny jakieś 15 metrów, mniej więcej na środku i zauważyłem, że wioślarza po mojej lewej słychać słabiej od reszty członków ekipy. Materiał zaprezentowany przez grupę przypominał mi stylistycznie trochę Black Stone Cherry, chociaż zdecydowanie mniej się w nim działo. Najbardziej przypadły mi do gustu dwa szybsze i mocniejsze numery, w których chłopaki grali niemal thrashowo ("prawie jak Slayer"). Po występie na scenie pojawili się techniczni, zmieniali okablowanie i sprzęt, a w międzyczasie z głośników zapodano kilka utworów. Wśród nich udało mi się rozpoznać Dio, Def Leppard i Thin Lizzy, publiczność niestety zachowywała się tak, jakby słyszała te kompozycje po raz pierwszy.
Wreszcie przygasły światła, publika się ożywiła i jeszcze z półmroku można było usłyszeć Prelude tak, jak leci ono we wstępie płyty Last Look At Eden. W tym momencie sala była już prawie pełna, chociaż spóźnialscy załapaliby się jeszcze pewnie na bilety. Tak czy inaczej, na scenie szaleli już panowie z Europe grając tytułową ścieżkę z ostatniego albumu. Po lewej widziałem Mica z dwoma "parapetami", przed nim z basem ustawił się John Leven, na środku była perkusja Iana, a tuż przed nim centralnie występował Joey, zazwyczaj biegając na prawo do Noruma (tenże z białym Gibsonem Flying V na start) i od czasu do czasu wywijając statywem od mikrofonu, względnie podrzucając do góry tegoż. Trzeci numer też z Last Look At Eden - The Beast, aż wreszcie nadszedł czas na porzywitanie się z publicznością. Joey Tempest najpierw spokojnym głosem mówi "It's Friday night...". Po chwili wykrzykuje: "It's fuckin' Friday Night!... Rock The Niiiiight!" i już wszyscy szaleją. Moja uwaga od razu kieruje sie na osobę Johna Noruma, wszak ten numer w oryginale rozpoczyna się od serii wygibasów z użyciem ramienia tremolo. Niestety, na ten koncert gitarzysta zaopatrzony był tylko w kilka gitar firmy Gibson, z czego żadna nie posiadała "wajchy". Ucierpiała przez to i inna pirotechnika z utworu, ale pal sześć, nie idzie się na koncert, by doszukiwać się wpadek, tylko by się dobrze bawić. A publika bawiła się świetnie, widać było, że jednak większość fanów zna lepiej starsze nagrania Szwedów i właśnie takich oczekuje.
Kolejności poszczególnych utworów już nie pamiętam dokładnie. Na pewno ze starszej twórczości, a konkretnie z płyty Out Of This World, poleciały dwa numery - często grane przez zespół Superstitious i More Than Meets The Eye. Z tym drugim związana jest śmieszna sytuacja. Przed zagraniem kawałka Joey mówi, że teraz czas na coś, czego już dawno grupa nie grała. Ktoś z publiki tuż pod sceną zapodał jakims tytułem (nie dosłyszałem, jakim, wybaczcie), ale Tempest od razu rzuca "Nie, to graliśmy akurat wczoraj" i sala w śmiech. Zresztą takich tekstów było więcej, bo jak by na to nie patrzeć, wokalista ten to rasowy frontman, który potrafi utrzymać kontakt z zebraną publicznością. Inny zabawny tekst, jaki pamiętam, chyba rzucony przy okazji Superstitious miał taką oto scenerię: Joey mówi "Birmingham... Czy my tu nie byliśmy przypadkiem rok temu?". Publika z aplauzem, że i owszem. Na to Tempest w żartach, ale z przekorną miną i adekwatną artykulacją w głosie "We have to stop meetin' like that!" (że niby za częste te spotkania, hehe) i cała sala w śmiech... W którymś momencie już bliżej końca koncertu Joey nagle zapytał: "Birmingham... do you know Black Sabbath?" (de facto myślałem, że może zagrają jakiś cover tej formacji) i akurat w tym momencie podrzucił mikrofon, ale jakoś nie udało mu się go złapać i upadł on na podłogę - sala w śmiech.
Europe lubi robić niespodzianki i tym razem też było ich kilka. Radochę publice sprawił występ perkusisty Iana Hauglanda, który grał dynamicznie do puszczonego z playbacku podkładu prezentującego słynne, galopuące William Tell Overture Rossiniego. Kiedy indziej Joey podchodził po kolei do swoich scenicznych kompanów i dawał im znaczące znaki - na końcu powiedział do fanów, że jakiś żart im się nawinal z klawiszowcem, po czym Mic odegrał krótka melodyjkę na wzór podkładów ze starych filmów epoki kina niemeigo. Z bardziej nastrojowych rzeczy Szwedzi zadedykowali cover Gary'emu Moore'owi grając jego kompozycję The Loner. Zgromadzonych na sali ludzi rozgrzało też świetnie zagrane Scream Of Anger i w mojej opinii ten numer wyszedł zespołowi najlepiej z całego setu. Z płyty Prisoners I Paradise Szwedzi zagrali tylko jeden kawałek - Seventh Sign. Gitarzysta wolniejsze momenty solówki grał blisko oryginału, w szybszych jednak "oszukiwał" zamieniając je na swoje improwizacje. Podczas show było też miejsce na hiciory z pamiętnego albumu The Final Countdown. Dobrze wypadła ballada Carrie, pewnie niejeden żałował, że nie zabrał na koncert swojej panienki. De facto, większa część publiczności stanowili ludzie koło lub po 50tce - wraz z kolegą żartowaliśmy, że szkoda, iż nie przyprowadzili ze sobą swoich córek ;). Tytułowe The Final Countdown zagrano na sam koniec występu i w sumie słusznie, jak coś ma w tylule "final", to musi być na końcu. Publika bawiła się wyśmienicie, tym bardziej że większość słuchaczy właśnie na ten numer niecierpliwie czekała.
Nie da się ukryć, że większośc setu wypełniły utwory z dwóch ostatnich studyjnych wydawnictw Europe. Z rzeczy, o których jeszcze nie wspomniałem poleciały jeszcze No Stone Unturned, The Getaway Plan, New Love In Town , Love Is Not The Enemy, Always The Pretenders, i Start From The Dark zapowiedziany jako numer, od którego wszystko zaczęło się ponownie i panowie poczuli chęć wspólnego grania razem. Koncert zakończył się bisem, a jakże, z tym że muzycy z Europe dość długo nie chcieli wyjść na scenę, kiedy publika biła brawa i gwizdała. Ekipa Tempesta wyszła dopiero wtedy, gdy fani zaczęli równo tupać w posadzkę. Najpierw zagrana została zupełnie premierowa kompozycja o tytule Doghouse - dynamiczna, rock'n'rollowa i pełna mocy. Zaprawdę powiadam Wam, jeśłi taki ma być cały nowy album Szwedów, to z pewnością warto na niego czekać. Na definitywnym już zamknięciu setu wspomniane The Final Countdown.
Impreza skończyła się o "przywoitej" godzinie, jeszcze przed 22.00, więc problemu z dotarciem do domu nie było. Czując pewien niedosyt zasiadłem po powrocie przy komputerze i zacząłem sprawdzać, czy ktoś już nie wrzucił na YouTube jakichś migawek z koncertu. Takowych z Birmingham nie było, jednak znalazły się te z dnia poprzedniego, gdy grupa występowała w Glasgow. Okazało się, że cała sceneria była identyczna, na tyle sceny ustawiona była ta sama dekoracja, czyli coś jakby wielka flaga brytyjska zrobiona z piór, także zestaw zagranych utworów identyczny, kto wie, czy nie zagrano ich tam nawet w podobnej kolejności. Wciąż było mi mało... W ruch poszła gitara i wzmacniacz + słuchawki. Kilka riffów z repertuaru Europe, jakie przyszły mi akurat na myśl oraz obowiązkowo solówkę z The Final Countdown, ogrywałem do około drugiej nad ranem. Jeśli obietnica Tempesta i spółki, że powrócą tu za rok w celu promowania kolejnego krążka, się spełni, to na ich kolejny występ też pewnie zawitam.
Oficjalna strona zespołu: www.europetheband.com
Guitarrizer 25.02.2011
|