|
Relacja z koncertu Electric Light Orchestra, 26.11.2009, Bydgoszcz, hala sportowo-widowiskowa "Łuczniczka"
Było niemal jak w legendarnej ELO-wskiej Rockarii - "..we were rockin' at the opera house until the break of light, and the orchestra were playin' all Chuck Berry's greatest tunes..." Wprawdzie zamiast "opera house" wstawić należy bydgoską halę "Łuczniczka", a z Chucka Berry'ego był w setliście tylko marny ogryzek w postaci medleyu Turn To Stone z końcówką Roll Over Beethoven. Nie należy również nadużywać czasowej cezury "until the break of light" - koncert Electric Light Orchestra okazał się być stosunkowo krótki. W każdym razie, było to, co w owym cytacie najważniejsze - bo i orkiestra (polska orkiestra symfoniczna Orkiestra L'autunno, pod batutą Adama F. Banaszaka), i - przede wszystkim - stary, dobry rock'n'roll, na którym osobiście się wychowałam i który znany był mi prawie od kołyski.
Jak wiedzą ci, których zamiłowanie do ELO nie kończy się na "przytupywaniu nóżką" do najbardziej chyba znanych kawałków Don't Bring Me Down i Rock'n'Roll Is King - nazwa "Electric Light Orchestra" w odniesieniu do aktualnego składu to lekkie naciągnięcie faktów. Skądś wziął się przecież dopisek "The Former Members", pod którym występują... Oczywiście w tym miejscu wypadałoby się zabawić w "starego, ortodoksyjnego fana", utyskując na brak w owym składzie człowieka zasadniczo odpowiedzialnego za sukces i wszelaką twórczość pierwotnego składu ELO - Jeffa Lynne'a. W gruncie rzeczy jednak brak legendarnego frontmana to żaden zarzut dla Electric Light Orchestra - Former Members, przynajmniej w kwestii stricte koncertowej - nawet, jeśli brak charakterystycznego wokalu, jeśli utwory brzmią nieco inaczej, zespół - w składzie Mike Kamiński, Louis Clark (obaj występowali w ELO i ELO Part II), Eric Troyer, Philip Bates, Gordon Townsend i Glen Burtnik - i tak gwarantuje dobrą zabawę. A o to przecież w szeroko pojętym koncertowaniu chodzi, czyż nie?
Zjawiwszy się na miejscu koncertu, jedno trzeba było przyznać od razu w kwestii frekwencji - bydgoska Łuczniczka tamtego dnia dosłownie pękała w szwach. Co prawda "klimatyczność" publiki była raczej kwestią dyskusyjną - większość zebranych na hali stanowili oczywiście starzy fani ELO, lwia część widowni jednak równie dobrze bawiłaby się na każdym innym koncercie, nie wyłączając disco polo czy muzyki biesiadnej ;-) Zdecydowanie wspólnym mianownikiem 90% zebranych na koncercie ELO słuchaczy był za to wiek, standardowo w granicach 30-50. Co natomiast niewątpliwie należy poczytać na plus organizacji koncertu - próba dźwięku, strojenie instrumentów oraz wprowadzanie orkiestry i zespołu przebiegło w miarę sprawnie i opóźnienie sięgało kilka minut w stosunku do godziny 19.00, wydrukowanej na bilecie. Niemożliwe, chciałoby się pomyśleć, będąc przyzwyczajonym do wielogodzinnego koczowania w zadymionych klubach.
Część właściwa wieczoru - czyli koncert symfoniczny ELO - zaczęła się od Twilight, gromko przyjętego przez publiczność oklaskami i wszelkiego rodzaju okołokoncertowymi odgłosami. W ruch poszły aparaty, jednak po kilku gwałtownych interwencjach ze strony ochrony powędrowały z powrotem do toreb - zazwyczaj obowiązujące restrykcje względem rejestrowania fragmentów koncertu i robienia zdjęć tym razem trzeba było potraktować poważnie. Błąd, gdyż z trybun samą - rzęsiście oświetloną stroboskopami i bajecznymi iluminacjami świetlnymi - scenę było widać co najmniej słabo; szczęśliwie, nie zawodziło nagłośnienie i tak dźwięki produkowane na scenie przez orkiestrę i zespół docierały nawet do najbardziej oddalonych fanowskich uszu. A było czym się zachwycać - praktycznie każdy z członków występującego składu miał swoje wokalne "pięć minut", z czego najczystszym głosem operował klawiszowiec - niejaki Eric Troyer (cóż się dziwić - facet śpiewał w chórkach u tak "wokalnych" zespołów, jak m.in. Aerosmith czy KISS), a popisy świeżo upieczonego basisty ELO, Glena Burtnika, od razu kojarzyły się z wokalizami a'la Styx (później, podczas introdukcji zespołu, dowiedzieliśmy się, że pan ów istotnie należał do składu Dennisa DeYounga i Tommy'ego Shawa...). Najjaśniejszą częścią koncertu były za to solówki Phila Batesa oraz znakomite dialogi skrzypce (na nich - rodak Mike Kamiński) kontra gitara. Cudo. Przejdźmy teraz do samej listy nagrań - publiczność zgromadzona tamtego wieczoru w bydgoskiej Łuczniczce uraczona została kwintesencją bogatego i zróżnicowanego dorobku oryginalnego ELO w wykonaniach, nad którym zapewne sam Jeff Lynne nie zgrzytałby zębami ze zgrozy. Po Twilight zabrzmiało m.in. dynamiczne, z przytupem i hołubcem zagrane Do Ya, takież samo Confusion, obowiązkowe Rock'n'Roll Is King, którego refren skandowali wszyscy zebrani na trybunach i pod sceną, urzekające melodyjnością Strange Magic, Sweet Talkin' Woman, Livin' Thing, medley Turn To Stone/Roll Over Beethoven...
Szczególnie wdzięcznie wypadło nowe ELO w klimacie balladowym - i jakkolwiek znakomite było wykonanie Telephone Line, tak Ticket To The Moon niewątpliwie stanowiło dla mnie i chyba większości moich koncertowych koegzystentów opus magnum całego występu - nie dość, że to jedna z najbardziej lirycznych piosenek "Elektryków" i zarazem moja ulubiona, to jeszcze jej wykonanie tamtego wieczoru sprostało wszelkim oczekiwaniom - wzmocnione przez orkiestrę brzmienie było potężniejsze niż wersja z płyty, ale dorównywało tejże nostalgią i olbrzymią dawką emocji. Myślę, że nie tylko ja uroniłam sentymentalną łezkę, gdy rozbrzmiało "...Remember the good old 1980s, when things were so uncomplicated?...", poprzedzone zapowiedzią, że w tzw. demoludach to właśnie była najbardziej znacząca i uwielbiana przez słuchaczy ballada zespołu... Widać słowiańskie ucho wrażliwsze bywa od innych - taką samą introdukcją poprzedził I Turned To Stone Burke Shelley podczas kwietniowego koncertu Budgie w Bydgoszczy. Wróćmy jednak do ELO - na bis zagrano również obowiązkowe dla grupy Don't Bring Me Down, którego usłyszenie na żywo w oryginalnej aranżacji było moim marzeniem od bardzo dawna, wzmocnionym jeszcze przez szaleństwo przy heavy metalowym wydaniu tej piosenki ongi uskutecznione na koncercie polskiej kapeli Mech. Wypadło również rewelacyjnie, przy dosłownej owacji na stojąco - dotychczas uwięziona za barierkami i wgnieciona w krzesełka publiczność zdobyła się wreszcie na powstanie z miejsc i dania upustu emocjom. Tu czas najwyższy przejść do okołokoncertowych kwestii pozamuzycznych - mianowicie, atmosfery występu ELO. Ta zasadniczo nie pozostawiała sobą wiele do życzenia, jakkolwiek osobiście zakotwiczenie na trybunie i ograniczenie barierką wspominam traumatycznie - zdecydowanie powinno się dać ludziom możliwość ruszenia pod scenę i odrobiny koncertowego szaleństwa. Ot, wyższość klubowych występów nad "masówkami". Nie przytoczę również sposobów, do jakich uciekałam się, by zarejestrować cokolwiek z koncertu swoim wysłużonym już aparatem z daleka od czujnego wzroku ochroniarzy - którzy, nawiasem mówiąc, zdecydowanie mniej restrykcyjnie pilnowali miejsc najdroższych, zlokalizowanych tuż pod sceną, co wywołało lekki niesmak u publiczności na trybunach. Sam zespół stanął jednak na wysokości zadania - jedyne, co im można zarzucić, to średni kontakt z publicznością. Były jednak i tradycyjne wstawki "Are you having fun?...", i wspominanie śp. Kelly'ego Groucutta, i przezabawna introdukcja zespołu i orkiestry (publiczność niespecjalnie załapała obcojęzyczny dowcip w nazwaniu Mike'a Kamińskiego "my best friend and drinking buddy", za to uczciła brawami fakt polskich korzeni rzeczonego muzyka)... Czego zaś brakowało w interakcji z widownią, wynagrodziła zdecydowanie muzyka. Gdyby nie fakt, że bis był tylko jeden, a sam koncert trwał nie dłużej, niż półtorej godziny - publiczność zapewne klaskałaby w rytm największych klasyków legendarnych "Elektryków" i zdzierała gardła do białego rana.
Generalnie bydgoski koncert w ramach trasy Electric Light Orchestra z towarzyszeniem orkiestry Orkiestra L'autunno uważam za jak najbardziej udany i ani przez minutę nie żałuję swojej bytności na występie reaktywowanych "Elektryków". Znakomita lista zaprezentowanych nagrań i ponadprzeciętne wykonania poszczególnych utworów, do których osobiście mam sentyment przez trzy czwarte życia, sprawiły, że szerokie rozreklamowanie koncertu grupy nie okazało się być jedynie czczą gadaniną. Co prawda, organizacji zawsze można wytknąć to i owo, a malkontenci od razu skrzywiliby się na myśl, że ELO bez Lynne'a nie jest już "tym" ELO, jakie pamiętamy z klasycznych płyt zespołu... Niemniej jednak, warto było nie przegapić tegorocznej ośmiokoncertowej trasy, jaką Kaminski, Clark, Townsend, Troyer, Bates i Burtnik odbyli po naszym pięknym kraju na przełomie listopada i października. Choćby dla usłyszenia Rock'n'Roll Is King, Sweet Talkin' Woman, Do Ya czy przepięknego Ticket To The Moon. Dla docenienia po raz kolejny potęgi unii orkiestry symfonicznej i rockowego brzmienia gitar. Dla kilku niezapomnianych solówek, które zdecydowanie wgniotły mnie w ziemię. Dla sentymentu, którym zapewne darzyła stare, dobre ELO większość zebranych na hali słuchaczy. I dlatego, by móc z szelmowskim uśmiechem podśpiewywać sobie ".. now here I'm gonna stay where that music starts to play...", wiedząc, że tam właśnie - tam, gdzie gra znakomita, gitarowa muzyka - zostanie się na zawsze. A wszystko w imię tego, by wciąż miłościwie panował nam rock'n'roll...
Twisted 3 grudnia 2009
|