Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

EDGUY - Tinnitus Sanctus [2008]
Wydawca: Nuclear Blast / Marquee Inc.

  1. Ministry of Saints
  2. Sex Fire Religion
  3. The Pride of Creation
  4. Nine Lives
  5. Wake Up Dreaming Black
  6. Dragonfly
  7. Thorn Without A Rose
  8. 9-2-9
  9. Speedhoven
  10. Dead Or Rock
  11. Aren't You A Little Pervert Too?
  12. Catch Of The Century (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  13. Sacrifice (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  14. Babylon (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  15. Lavatory Love Machine (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  16. Tears Of A Mandrake (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  17. Vain Glory Opera (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  18. Superheroes (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  19. Fucking With Fire (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  20. Avantasia (Live in Los Angeles) [deluxe edition]
  21. King Of Fools [deluxe edition]
Tinnitus Sanctus

Skład: Tobias Sammet - śpiew; Tobias 'Eggi' Exxel - gitara basowa; Jens Ludwig - gitara prowadząca; Dirk Sauer - gitara rytmiczna; Felix Bohnke - perkusja

Produkcja: Sascha Paeth

Fani power metalowego oblicza Edguy pewnie ciskają teraz przekleństwa i wieszają psy na nowym albumie niemieckiej formacji. Tinnitus Sanctus jest koontynuacją stylu zaprezentowanego na mało popularnym wśród nich Rocket Ride. Czy to źle? Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Nie oszukujmy się, power metal jest nudny, a wybrany przez zespół kierunek w stronę melodyjnego hard rocka sprawdza się znakomicie. Muzyka staje się żywsza, bardziej chwytliwa i co tu dużo mówić, lepsza.

Tinnitus Sanctus jest przede wszystkim płytą różnorodną. Nie jest tak, że Niemcy ograniczyli się do jednego gatunku rocka. Z jednej strony mamy zatem power metal (choć w małych ilościach), z drugiej AOR (szczególnie w refrenach), a z trzeciej wspomnianego już melodyjnego hard rocka. Połączenie to, choć zdawałoby się, że stanowi karkołomny wyczyn, wydaje się czymś bardzo naturalnym, świeżym i do bólu szczerym. W wywiadach udzielanych przez Sammeta możemy doczytać się, że w dawniejszym wcieleniu Edguy brakowało mu przebojowości i że za cel postawił sobie zintegrowanie tego nieobecnego wcześniej elementu do stylu prezentowanego przez zespół. Niemcy zaczęli grać bardziej w stylu rodaków z Pink Cream 69, choć wciąż są od nich ciężsi. Zacznijmy od pierwszego numeru na longplayu. W Ministry Of Saints Sammet i spółka dają wyraz swoim pragnieniom związanym z tworzeniem chwytliwego materiału. Numer brzmi trochę jak Gotthard w połączeniu z Shakrą i The Poodles, czuć jednak większy ciężar i spaja on w odpowiedni sposób całą kompozycję. Grupa nagrała teledysk do wspomnianego kawałka i był to dobry wybór, gdyż utwór ten stanowi w pewnym sensie podsumowanie materiału zawartego na płycie. Krytykowane przez niektórych Sex Fire Religion wypada moim zdaniem bardzo pozytywnie. Czuć tutaj podobieństwo do kapelki zwanej Biss, a wrażenie potęguje to, że wokal Tobiasa brzmi tutaj jak wierna kopia znanego i cenionego w świecie Fernando Garcii. Dla mnie to duży plus, a dodatkowym atutem kompozycji są z pewnością dobrze brzmiące refreny. Pride Of Creation jest nad wyraz ciekawą kompozycją, gdyż łączy w sobie elementy power metalowe (kojarzące mi się nieodparcie z niektórymi kawałkami Crystal Ball) wraz typowo AORowymi refrenami. To jest coś, co taki fan melodyjnego hard rocka jak ja po prostu uwielbia. Jeny, chwilami słyszę nawet chórki, które w innych warunkach, przy innym brzmieniu mogłyby się znaleźć na płycie Nightwish. Prawdziwy galimatias i co najciekawsze udany. Wracając na chwilę do odwołań do Skandynawów, o których przed chwilą wspominałem, wstęp do Nine Lives również wpisuje się w podobne tony. Dalej mamy do czynienia z połączeniem wpływów rozmaitych zespołów z gatunku melodyjnego hard&heavy. Dość sporo power metalowych naleciałości napotkać można w Wake Up Dreaming Black, ale zespół ponownie łączy je z bardziej przebojowymi gatunkami muzyki rockowej, tworząc kolejną hybrydę, tym razem jednak trochę mniej udaną. Nie zawsze przecież wszystko wychodzi jak należy. Gdyby nie mniej ciekawe refreny Dragonfly to pewnie zrobiłoby na mnie większe, lepsze wrażenie. Kompozycja ta zawsze jakoś przelatuje bez większego zainteresowania z mojej strony, na szczęście broni się na tyle, że nie przeszkadza w przesłuchiwaniu całej płyty. Thorn Without A Rose już z samej nazwy ma romantyczny wyraz. Ciągnie się powoli, spokojnie, tworząc odpowiedni klimat. Power metalu nie ma tu ani grosza, grupa stawia na nastrój, dorzucając od siebie AORowe wstawki typowe dla gatunku. Już widzę jak power metalowcy robią buraka i zarzucają zespołowi, że przestał być "true" ;). 9-2-9 to kolejna, zabójcza dawka AORu mogąca zadowolić nawet wybrednego fana gatunku. Ciekawe jak długo takie pomysły gnieździły się w głowach muzyków, szykując się do tryumfalnego wyjścia na świat. Solówka brzmi całkiem melodyjnie i pasuje stylistycznie do reszty, choć z pewnością mogłaby być troche dłuższa. Speedhoven będący bodajże najbardziej power metalową kompozycją, zupełnie nie pasuje do tej płyty. Stanowi z pewnością ukłon w kierunku fanów klasycznego Edguy, ale umieszczenie go tutaj uważam za nieporozumienie. Ci, którym płyta jako całość się podoba, będą unikali tego kawałka, a ci którzy liczyli na większą ilość takich kompozycji, nie skuszą się dla jednego utworu. Z drugiej strony, patrząc na numer łagodniejszym spojrzeniem, urozmaica on krążek, a oprócz tego próba zabawy w piratów pojawiająca się raz czy dwa razy może trochę rozbawić słuchacza. Mnie rozbawia. Szczególnie początek numeru, odnoszę wtedy wrażenie, że cofam się w przeszłość i jeszcze raz oglądam czołówkę nadawanego grubo kilkanaście lat temu programu "Morze", pamięta to ktoś jeszcze? Dead Or Rock brzmi bardzo klasycznie, plasując się idealnie w latach '80. Heh, jeżeli mam być jednak szczerzy, to numer najbardziej przypomina mi naśladowanie stylu Gotthard, który to Szwajcarzy prezentowali ostatnio przy okazji Lipservice. Podobieństwo jest niemal stuprocentowe. Niemcy wzięli sobie za wzór sprawdzonych, hołubionych przeze mnie weteranów. Aren't You A Little Pervert To? to muzyczny żart, odwierciedlający poczucie humoru prezentowane przez zespół, dobrze że umieszczono go na końcu, gdyż fan nie jest zmuszony do tego, żeby za każdym razem słuchać tej śmiesznej pod kątem lirycznym poczwary. Raz w zupełności wystarczy.

Trochę zabawnym wydaje się być fakt, że Edguy nagrali jeden z lepszych tegorocznych albumów z gatunku melodyjnego hard rocka. Tym bardziej, że konkurencja była wyjątkowo mocna. Świadczy to niezbicie o sile i uniwersalności kapeli, która zgrabnie porusza się między różnymi, zdawałoby się światami. Jako fan przebojowej muzyki, bardzo gorącą polecam ten jakże udany krążek. Uczciwie jednak ostrzegę, że twórczośc Edguy lubię bardzo wybiórczo i Niemcy trafili do mnie dopiero przy okazji przekomicznego i świetnego Superheroes. Tym samym osobom, które oczekują power metalu i powrotu dawnego oblicza Niemców, radziłbym unikać tego krążka. On po prostu jest skierowany do innego, melodyjnego typu słuchacza.

Oficjalna strona zespołu: www.edguy.net

Guciomir
grudzień 2008