|
Skład: Tobias Sammet - śpiew; Felix Bohnke - perkusja; Tobias Exxel - gitara basowa; Jens Ludwig - gitara; Dirk Sauer - gitara
Produkcja: Sascha Paeth
Dwa lata, tyle czasu minęło, odkąd na rynku pojawił się ostatni album cieszących się coraz większą popularnością, Niemców z Edguy. Dla jednych to zbyt krótki okres na nagranie dobrej płyty. Cóż to jednak dla młodych i prężnych muzyków, którym pomysłów nigdy nie brak. Tak oto w styczniu 2006, ku radości zniecierpliwionych fanów, dostaliśmy do rąk bilet na niecodzienną przejażdżkę statkiem o napędzie rakietowym - Rocket Ride.
Przechodząc między półkami z płytami kompaktowymi w sklepie, bardzo ciężko byłoby tylko po okładce stwierdzić, że Rocket Ride ma cokolwiek wspólnego z Edguy. Zwykle poważna i przemyślana okładka została wyparta przez komiksowe karykatury w śmiesznym latającym spodku. Nasuwa się pytanie, czy to nowa wizja grafika, czy przejaw dobrego, jak zwykle, humoru zespołu (z którym nie raz spotkamy się na płycie). Niewinne witający nas klawiszowym brzmieniem pierwszy numer - Sacrifice to już szybka jazda bez trzymanki. Panowie wytoczyli na początek najcięższe działa, najmocniejsze kawałki na płycie. Efekt osiągnięty, bo słucha się tego niesamowicie, po prostu wyrywa z fotela. Mroczna i dokładnie przemyślana kompozycja, składa się z niewymownie szybkich, ale i sentymentalnych fragmentów, bardzo płynnie i zgrabnie przechodzących jeden w drugi. Jest to bez wątpienia jednym z moich faworytów na Rocket Ride i już za to upchnięcie mocy i łez w ośmiu minutach różnorakich dźwięków dałabym albumowi dziesięć gwiazdek. Dużo by tu mówić, ale czeka jeszcze kilka znakomitych numerów do opisania, między innymi tytułowy Rocket Ride - kolejna dawka adrenaliny. Szybko (nie koniecznie o diable), zdecydowanie, w równym tempie, bez specjalnego skomplikowania - ot, power metal. To bez wątpienia kawałek, przy którym głosować będą wszyscy spod znaku Hammerfall i Rapsody. Co zwróciło moją uwagę i zyskało sympatię, to niesamowite wyczucie przy wpleceniu za połową utworu wolniutkiej wstawki z syntezatorem w tle. Brawo panowie! Znów powoli, znów tajemniczo i sinusoida tempa, od galopu po relaksujący spacerek - Wasted Time. Hit na miarę list przebojów, nawet dzisiejszych. Po kilkukrotnym przesłuchaniu trudno nie zacząć powtarzać w myśli wpadającego w ucho refrenu. I coś w stylu klasycznym, dawno nie słychać było zwrotu "once bitten twice shy..." a tu proszę, w czyim wykonaniu... nieźle, nieźle... . Kinowe hity nie raz były źródłem inspiracji do pisania dobrej muzyki. Sam Jon Bon Jovi dał się ponieść westernowej fantazji wielkiego ekranu. Czemu by nie Edguy? "Into the Matrix" słyszymy przesterowany cyfrowo głos. Kolejny świetny moim zdaniem numer i znakomite, choć krótkie solo gitarowe. Powtarzająca się niemal przez całą długość utworu melodia klawiszowa działa niemal hipnotycznie. Wrzucamy kolejny bieg i prędkościomierz pokazuje coraz wyższe wartości. Return To The Tribe to numer z cyklu "nie widzę rąk perkusisty", może nie przez cały czas trwania kompozycji, ale i tak nie nadążam za rozwojem akcji. Tak się już chyba na starość robi, no to lecę dalej. Jakby na zawołanie, dla ochłodzenia rozgrzanego pałkera, coś wolniejszego - The Asylum. Grzeczniutki akustyk i rzewne zawodzenie wokalisty... nie na długo. Nie dodałam "niestety" bo i byłoby to niestosowne w odniesieniu do kolejnego świetnego kawałka. Chwiejny głos Sammeta przeszywa eter w refrenie idealnym do powtarzania przez publikę. Solówka po części raczej w stylu Pink Floyd niż jakiegokolwiek metalowego wykonawcy znowu przyspiesza i wkomponowuje się bardzo zgrabnie w całość. Ponad siedem i pół minuty to przyzwoity wynik dla nie wnoszącego nudy utworu. Gratulacje po raz kolejny. Jeśli o balladki chodzi to już raz mnie nabrali, czas na coś na poważnie. Save Me jest jednym z najkrótszych odcinków muzyki na Rocket Ride, ale nie powinno to nikogo dziwić. Zespół nigdy nie specjalizował się w wolnych numerach. Na co warto zwrócić uwagę w tym przypadku to duch lat '80 stale obecny w tym numerze. Głęboki pokłon w stronę Kalifornii, yeah! Wzruszyliśmy się trochę, no to koniec, noga na gaz! Było już kilka tytułów którymi zachwycałam się do obrzydzenia, no to czas na trochę krytyki - Catch Of The Century sprawia wrażenie niewypału wsadzonego w paczkę amunicji na kaczki - niby wszystko jest ok, póki nie naciśniesz spustu, a wtedy rozpędzony śrut wypala ci w twarz. Nie można spodziewać się, że każdy kawałek będzie wspaniały, ale i tak zawiodłam się na tym. Może też dlatego na koniec niepohamowane krzyki wokalisty musiano dźwięcznym językiem niemieckim uspokajać. Być może tak mało sympatii żywię do tego kawałka, gdyż rozpoczyna swego rodzaju czarną serię Rocket Ride. Specjalnego wrażenia nie zrobił na mnie ani pretensjonalny Out Of Vogue, ani szydercza opowieść o brzydkiej pani zawarta w Trinidad (choć przyznać się muszę do niejednego wybuchu śmiechu podczas wsłuchiwania się w słowa tego ostatniego). Edguy nie przyzwyczaił nas do słabych numerów i tym razem ich ilość jest niewielkim procentem przedstawionego materiału, bo oto numer napisany chyba po to, by służył rozwrzeszczanej młodzieży na rockotekach - Superheroes. Gwoli ścisłości nie było to stwierdzenie szydercze, bo utwór naprawdę wpada w ucho i bardzo przyjemnie się go słucha. Zwłaszcza ciekawa, jakby z innej planety wstawka klawiszowa zwróciła moją uwagę, bo jak kocham ten instrument, tak to wydało mi się niesamowicie zabawne (a może po prostu za dużo piję). Fucking With Fire to kolejna kompozycja, sprawiająca wrażenie ratunku przed przypięciem zespołowi plakietki "power melat". Tematyka spod znaku "sex, drugs and rock'n'roll", melodyjny refren z chórkiem w tle i deklaracja rockowania, oto walory tej przepustki w szeroki świat hard'n'heavy. Podobno zespół rockowy poznaje się po wizerunku i grze koncertowej. Panowie z Edguy najwyraźniej przejęli się tym stwierdzeniem, bo jako dodatkowy numer na najnowszej płycie prezentują nagranie live Land Of The Miracle (oryginalnie na krążku Theater Of Salvation). Przyjemnie jest słyszeć ludzi śpiewających razem z Sammetem i obserwować poziom perfekcjonizmu, jaki osiągnął zespół, zwłaszcza jeśli, tak jak ja, nigdy nie słyszało się ich na koncercie. Może wkrótce i mam nadzieję, że będzie to brzmiało podobnie.
Wysypujące się ostatnio jak grzyby po deszczu młode zespoły rzadko wnoszą coś konkretnego, ba! rzadko wnoszą coś wartego uwagi na scenę muzyki rockowej XXI wieku. Takie produkcje jak Rocket Ride podtrzymują wiarę w to, że nie jest jeszcze tak źle i budzą nadzieję na przyszłość, że być może nadejdą jeszcze kiedyś czasu, gdy będzie czego posłuchać. Właśnie dlatego na nowe wydawnictwa zespołów podobnych Edguyowi czeka się z utęsknieniem i wiąże z nimi wielkie nadzieje. Nadal trzymam kciuki i wyglądam kolejnej porcji gitarowego szaleństwa. "I believe in miracles, they happen every day..."
Oficjalna strona zespołu: www.edguy.nu
Nienor luty 2007
|