|
Skład: Michael Eden - śpiew; Thorsten Koehne - gitara; Paul Logue - gitara basowa; Pete Newdeck - perkusja; Alessandro Del Vecchio - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: James LaBrie - śpiew w [4], chórki, Andi Deris - śpiew w [10]
Produkcja: Dennis Ward
Nie ukrywam, że wieść o tym, iż jeden z moich ulubionych zespołów zabiera się do pracy nad nowym krążkiem, bardzo mnie ucieszyła. O wynik końcowy byłem w zasadzie spokojny, pytanie brzmiało - jaka to będzie ta płyta, czy przebije swoją poprzedniczkę? Czy kierujący poczynaniami grupy wokalista Michael Eden po raz kolejny przygotuje całą masę przebojowych hitów? No i kogo tym razem zaprosi do współpracy? Uważnie śledziłem wieści, które przekazywał zespół.
I pewnego dnia wybuchła bomba: na nowym LP zaśpiewa nie kto inny jak sam James LaBrie. No, to już było coś. Jak się szybko okazało, udziela się on na całej płycie w chórkach, no i towarzyszy Edenowi w mega przebojowym No Holy Man, który to zresztą bardzo słusznie został wybrany na pierwszego singla promującego ten krążek. Najpierw jednak zerknijmy na okładkę. Tradycyjnie już na kopercie pojawia się praca wykorzystująca motyw o tematyce biblijnej. To nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, że panowie grający na tej płycie od dawien dawna są czcicielami wartości chrześcijańskich. Jedyna różnica to taka, że nowa okładka jest utrzymana w barwach nieco bardziej mrocznych, czy też bardziej stonowanych. No, ale to nic. Wersja podstawowa tego LP zamyka się liczbą 12 utworów. Wersja amerykańska została wzbogacona o jeden dodatkowy kawałek i jest nim Never The Sinner. Wersja japońska zawiera dwa bonusy: Unchain The Night (cover Dokken) oraz Guardian Angel w wersji akustycznej. Premiera nowego dzieła Eden's Curse przewidziana została na 18 marca 2011 roku. Wydawcą jest AFM Records. Tyle słowem wstępu. Zajrzyjmy, co też oferuje nowy wypiek chrześcijańskich, melodyjnych metalowców. Na początek intro Trinitas Sanctus i ojjjjj.... skrzywiłem się. Przepraszam bardzo, ale czy to Therion? I czy przypadkiem w tytule nie ma czasem błędu? No, nie podoba mi się ten wstęp i już. Całe szczęście mija on szybko i wita nas tytułowy numer Trinity. Utrzymany w duchu tego, co ten zespół oferował już wcześniej i każdy kto zna dokonania Michałka i spółki, nie będzie kręcił nosem na ten kawałek. Co prawda nie porywa jakoś specjalnie, ale i nie przeszkadza. Przy okazji w chórkach po raz pierwszy słychać wspomnianego wyżej LaBrie. Tylko czemu ta solówka taka dziwna i brzmiąca jak ze starego radia? Później co prawda jest już lepiej i brzmi ona zawodowo, ale to "coś" na początku chyba można było sobie darować. Zastanawiam się, co robi na tej płycie taki utwór jak Saints Of Tomorrow. Wybaczcie, ale ja się skrzywiłem, bo brzydko skojarzył mi się z pewnym nagraniem z solowej płyty krzykacza Primal Fear. Nie podoba mi się ta ścieżka i w zasadzie ratuje ją tylko fajny refren z udziałem Jamesa LaBrie i ładne partie pianina. No i kapitalnie grająca sekcja, co już jest standardem na płytach Eden's Curse. Można pochwalić też pana Thorstena Koehne'a za udaną solówkę. Przełknąwszy ten niezbyt udany wstęp dostajemy w nagrodę wspomnianego wyżej przebojowego singla No Holy Man. Tu wszystko jest już tak jak być powinno, a całość jest tym wszystkim, do czego zdążyli nas panowie przyzwyczaić. No i obok Edena udziela się tu w pełni LaBrie. Doskonała melodia, fajny tekst, zawodowe wykonanie i promocja w postaci klipu, dość zresztą wymownego, zrobiło swoje. Ten numer po prostu MUSI się podobać i należy on do ścisłej czołówki tego LP. Pozytywne wrażenie podtrzymuje następny w kolejności utwór, którym jest łagodny Guardian Angel. No, patrząc na tytuł inaczej być nie mogło. Zna ktoś anioła stróża, który nie jest łagodny? No właśnie. Troszeczkę przypomina on klimatem znany z poprzedniego LP Man Against The World, co zaliczam jak najbardziej na plus. Dodatkowo podobać się musi kapitalne wykonanie i podniosły refren, w którym znów słychać niezmordowanego Jamesa. No i ta solówka, której niewiele brakuje, by zabrzmiała jak spod palców samego Zakka Wylde'a. Tak sobie świętokradczo myślę, że "Szalony Zachariasz" swoim udziałem podniósłby wartość tego nagrania. No, ale cieszmy sie z tego, co jest. W Can't Fool The Devil z całą pewnością musi podobać się przebojowy refren. Całość pachnie nieco znanym wszystkim zapewne Angels & Demons z poprzedniego wypieku. Rożnica jest jednak słyszalna od razu. Nie ma pani na wokalu i tej kapitalnej wymiany solówek, jaka miała miejsce w przywoływanym kawałku. Całość to dający się słuchać, energetyczny utwór. Ale nie oszukujmy się - po prostu na dłużej nie porywa. Rivers Of Destiny z całą pewnością spodoba się o wiele bardziej. Bardziej stonowany i znów LaBrie gdzieś tam w chórkach. Posłuchajcie uważnie "ładnej" gry sekcji i tych zgrabnie wplecionych, skromnych partii pianina. Po raz pierwszy pojawia się też krótkie solo klawiszowe. Zgłaszam sprzeciw, ta solówka powinna być znacznie dłuższa. I tu fajnie wypadłby dialog wioślarza z klawiszowcem. Dlaczego nie zdecydowano się tu na taki zabieg - nie wiem. Niemniej szkoda. Pytanie moje jest następujące: dlaczego w Dare To Be Different partie instrumentów klawiszowych są aż tak schowane? Pojawiają się co prawda fajne momenty, ale dlaczego jest ich tak mało? Wprawdzie w refrenie tego przebojowego numeru klawiszy jest już więcej, mimo to niesmak z początku pozostaje. Całość okrasza hard rockowa solówka pana Koehne. Niezmiennie podoba mi się gra sekcji, panów Pete'a Newdecka i Paula Logue. Children Of The Tide wspaniałe, tylko czemu nie ma tu na wokalu Ralfa Scheepersa? Nadawałby się tu w sam raz. Wystarczyłoby tutaj nieco bardziej przycisnąć i byłby hit. Łagodnie śpiewający Michael Eden wraz z towarzyszącym mu LaBrie w chórkach nie zawala sprawy, ale można było to rozegrać inaczej. Ralf lubi takie nieco bardziej zamyślone kawałki i uważam, że sprawdziłby się tutaj doskonale. Całości wrażeń dopełnia fajna solówka. To samo mamy w typowo niemieckim Black Widow, tyle że tu Michaś poszedł po rozum do głowy i mamy tutaj drugiego gościa specjalnego, którym jest sam Andi Deris, znany mam nadzieję wszystkim wokalista Helloween. Co tu dużo gadać - facet wykonał doskonałą robotę i zaśpiewał po prostu wspaniale. Genialnie "przycisnął" swoje wokale, czego skutkiem jest bardzo dobry utwór i kolejny hit na tym krążku. Żałuję, że śpiewa tu także Eden, bo w tym utworze na tle Derisa on po prostu nie istnieje. Do tego te niepokojące klawisze w tle oraz atmosfera iście jak na albumach Helloween. Oczywiście instrumentaliści przywracają wszystko do standardów Eden's Curse. Szkoda. Tak czy owak jest to bardzo dobry kawałek i z pewnością należy go zaliczyć do najlepszych na płycie. Ach ten Deris. Facet ma coś w swoim głosie po prostu. Nie chcę marudzić, ale w kapitalnym, nieco sabbathowym Jerusalem Sleeps obok Edena i LaBrie przydałby się ktoś jeszcze. Osobiście widziałbym tu Tony Martina. Nie ma go tu jednak z oczywistych powodów. Musiałoby być znacznie mroczniej i mocniej, niemniej w tym refrenie wypadłby kapitalnie. Szkoda, ogromna szkoda, że po raz kolejny kogoś tu brak. Całość nie wypada źle i mieści się w kanonach tego zespołu. Na pewno jeden z lepszych numerów. Ładnie i przede wszystkim ciekawie wypada orientalne zwolnienie, któego nie powstydziłby się sam mistrz Satriani. Część podstawowa płyty kończy się klasykiem nieodżałowanego Dio, Rock 'N' Roll Children. Moim zdaniem wypadło przeciętnie głównie z powodów wokalnych. Instrumentaliści stanęli na wysokości zadania i brzmi to niemal jak na oryginalnym wykonaniu. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłby się tu James LaBrie, ale to moja prywatna opinia. Nowego wykonania tylko "da się słuchać" i nic więcej, a szkoda. Ponieważ jestem w posiadaniu wersji amerykańskiej Trinity, przeto został mi jeszcze jeden utwór do wysłuchania i jest nim wspomniany wyżej Never The Sinner. Fajny kawałek, naprawdę i aż dziwne, że nie ma go na podstawowej wersji płyty. Posłuchajcie tych dośpiewów LaBrie w zwrotkach i bardzo udanego refrenu. Jak to jest, że udane ścieżki daje się na bonusy, a te nudne znajdują miejsce na wersjach podstawowych? Chyba nigdy tego nie zrozumiem.
To nie jest zła płyta, niemniej czegoś jej brakuje. Przede wszystkim więcej przebojów poproszę, no i koniecznie powtórki z rozrywki na miarę Sail On z wydawnictwa poprzedniego. Jako całość album z pewnością się broni, jestem jednak zdania, że mogło być zdecydowanie lepiej. Tak czy owak jest to chyba najbardziej urozmaicony krążek w dotychczasowej twórczości zespołu. Właściwie to dobrze, bo świadczy to o tym, że panowie chcą się rozwijać i za to im chwała. Nie zmienia to jednak mojego stanowiska, że ten album mógłby być zdecydowanie lepszy. Nudny początek, fajny środek i przebojowa końcówka. Niby tak jak być powinno, pewne "ale" jednak pozostaje. Ode mnie mocne 8,5/10. Zwolennikom melodyjnego grania na pewno się spodoba.
Oficjalna strona zespołu: www.edenscurse.com
Vincent marzec 2011
|