|
Skład: Michael Eden - śpiew; Thorsten Koehne - gitara; Paul Logue - gitara basowa; Pete Newdeck - perkusja; Ferdy Doernberg - instrumenty klawiszowe
Gościnnie: Dougie White, Carsten Schulz, Tony Harnell - chórki; Pamela Moore - śpiew w [3]
Produkcja: Dennis Ward
Mniej więcej rok temu zasłuchiwałem się ich pierwszym albumem i uznałem go za jedno z najlepszych wydawnictw 2007 roku. Nie byłem zresztą w tej opinii odosobniony, gdyż debiut Eden's Curse spotkał się z dobrą prasą na świecie. Grupa dziarsko wzięła się za tworzenie nowego materiału, nie minął rok, a informacje na temat The Second Coming przedostawały się stopniowo do mediów. Zgodnie z zapewnieniami udzielanymi w wywiadach wszystko, bez wyjątku miało być na nowym krążku "większe i lepsze". Obietnice obietnicami, wszystko trzeba zweryfikować samemu.
Na pierwszy ogień idzie okładka. Widać wyraźnie, że grupa wczuwa się w swoją rolę i że nie boi się stosować z premedytacją motywów biblijnych. Eden's Curse nie jest w żadnym wypadku grupą religijną, muzycy po prostu znaleźli dla siebie swój własny image. Czy odezwą się jacyś polscy ortodyksyjni chrześcijanie ze swoimi urażonymi uczuciami religijnymi? Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, byłby to bowiem, mówiąc w starym stylu, srom. Wracając do tematu stosowanego przez zespół image, tworzy się dzięki niemu dość ciekawy, mistyczny klimat. Kiedy wsłuchujemy się w intro, z łatwością możemy go dostrzec. Utwór ten jest mówiąc krótko niebanalny i bardzo oryginalny. Sam w sobie stanowi maleńkie dzieło sztuki i od razu podbił moje serce. Skonstruowany został on za pomocą kontrastu. Jego początkowy, tajemniczy klimat zmienia się diametralnie kiedy tylko muzyka płynnie przechodzi w walca, zyskując tym samym na dostojności. Na sam koniec dostajemy zwalającą z nóg puentę, która w bezpośredni sposób wprowadza nas w Masquerade Ball. Wyczuć można z łatwością fascynację Queensrÿche, do której to otwarcie przyznają się muzycy. Czy historia mężczyzny, który wdziera się z bronią na urządzony z pompą bal maskowy i zaczyna terroryzować jego uczestników, nie przypomina czasem Operation Mindcrime? Pod względem muzycznym jest to szybki, melodyjny metal, który za sprawą swojej dynamiki prezentuje się całkiem okazale. Wraz z Reign Of Terror, które stanowi moim zdaniem nierozerwalną, integralną część Masquerade Ball, grupa serwuje coś niepowtarzalnego. Wokal Edena wypada dość agresywnie, a muzyk jak słychać wciąż jest w dobrej formie. Angels & Demons zostało przez zespół umieszczone w Internecie z opcją darmowego pobrania w formacie mp3. Spowodowane to było chęcią wypromowania płyty i moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę. Po pierwsze wybrano do tego zadania niezły hicior, a po drugie jego dodatkową atrakcją jest to, że ścieżki wokalne podzielone są pomiędzy Michaela Edena, a Pamelę Moore znaną chociażby ze współpracy z Queensrÿche. Eden's Curse podeszli do tematu o tyle ciekawie, że Michael odgrywa w nim rolę demona, a Pamela anioła. Jeżeli ktoś ma ochotę na ciekawy, dość ambitny melodyjny metal, to jest to dla niego doskonała opcja do wypróbowania. Kolejne na płycie Just Like Judas charakteryzuje się typowymi dla gatunku, mocnymi wejściami instrumentów i niesamowitymi, silnymi refrenami. Aż dziw bierze, że z takiego banału udało się muzykom stworzyć coś większego. Numer kojarzyć się może ze stylem Evidence One, choć grupa gra bardziej melodyjnie, powiedziałbym, że bardziej pod Frontline. Sail On stanowi zwrot w kierunku AORu, którego do tej pory właściwie na płycie nie było. Mimo że utwór jest utrzymany w szybszym niż balladowe tempie, sprawia właśnie wrażenie wyciskacza łez i jest to spowodowane tym, że otaczają go znacznie szybsze, ostrzejsze numery. Jeżeli chodzi o jakość nagrania to jest ono zdecydowanie na poziomie, grupa postarała się o dobre brzmienie i niezłą, chwytliwą melodię. Refreny sprawdzają się bardzo dobrze, jak to na Eden's Curse przystało. Lost In Wonderland przyspiesza w ładnym stylu, gitary porządnie się prezentują, a grupa korzysta w pewnym stopniu z wardowych doświadczeń. Podoba mi się to, w jaki sposób zespół podchodzi do takich tematów, zawsze do przodu, zawsze przebojowo. Można powiedzieć, że stworzyli oni własny styl, wyczuwalny właściwie w prawie każdej kompozycji. West Wind Blows utrzymuje dobry poziom, a zespół wciąż wykazuje się wysoką formą. Jest spokojniej, choć wciąż wystarczająco dynamicznie. Z prawdziwym killerem mamy do czynienia przy okazji Signs Of Your Life, w którym to Eden's Curse perfekcyjnie łączą melodyjny metal z AORem. Kiedy dochodzimy do refrenów, czuję, że to jest właśnie to, esencja melodyjności, coś co sprawia, że śpiewam ten utwór całym sobą. Inspiracje sięgające do lat '80 są wyczuwalne z łatwością, absolutna perfekcja, którą w dodatku uszlachetnia bardzo melodyjna solówka. Czy wspominałem już, że Thorsten Koehne potrafi grać z dobrym wyczuciem? Dopiero dziewiąta ścieżka przynosi ze sobą trochę spokoju. Ładne fortepianowe intro przenosi nas w inny świat, stworzony chociażby na wzór When The Children Cry White Lion. Słychać trochę dotknięcia Warda, a patos chwilami może razić. Dobrze się tego jednak słucha, a jako ballada numer potrafi wzruszyć. To ważne. Raven's Revenge przyspiesza znacznie i jest to ponowny ukłon w stronę publiczności oczekującej melodyjnego metalu. Całkiem interesująco wypadają chórki, określiłbym je jako metalowe. Zbliżając się do końca wydawnictwa natrafiamy na Lost Soul, które tym razem uderza w kierunku zaspokojenia fanów łączenia metalu z elementami muzyki progresywnej. Na debiucie grupy takich motywów było więcej, ale i tym razem można się na nie natknąć. Kiedy Michael Eden zaczyna wykrzykiwać bridge oraz refreny, wszystko łączy się w przemyślaną całość. Games People Play również zaczyna się spokojnie klawiszami. Do głosu dochodzą jednak dynamiczne riffy wykręcane przez Koehne, a Pete Newdeck zaczyna nawalać w bębny ze znacznie większym zaangażowaniem, trochę w stylu Horizon, a całość ma ponownie progresywne zabarwienie. Ride The Storm było właściwie ostatnią okazją dla zespołu, aby coś zepsuć coś na tej niezwykłej płycie. Eden's Curse na szczęście nie mieli ochoty odpuszczać. Ścieżka utrzymana jest w możliwym do przewidzenia stylu, a uroku dodają jej niezwykłe wyczyny Edena, który wspina się na szczyty swoich możliwości. Uwielbiam tego wokalistę, jest niesamowity. Refreny kompozycji są w oczywisty sposób melodyjne i przebojowe. Czy można żądać czegoś więcej? Czy na tej płycie można dostrzec jakąś poważną skazę?
Właściwie to chyba jedną, tylko jedną. Choć solówki gitarowe brzmią porządnie i melodyjnie, to jednak mogłyby być bardziej różnorodne. Ich wzajemne podobieństwo może z czasem zacząć nużyć. Eden's Curse buńczucznie ogłaszali swoją płytę jako znacznie lepszą od skądinąd bardzo dobrego debiutu i jeżeli mam być szczery, pomylili się nieznacznie. Ciężko powiedzieć, aby The Second Coming było lepsze, w mojej ocenie oba albumy można traktować niemal na równi, gdyż zarówno pierwszy jak i drugi krążek zawierają w sobie silną dawkę dobrej muzyki. Na The Second Coming jest jednak stosunkowo mniej AORu, trochę mniej progresu, a całość w większym stopniu utrzymana jest w stylistyce melodic metalu i hard rocka. Niektórym przypadnie to bardziej do gustu, niektórym mniej. Na szczęście zawarte na wydawnictwie kawałki są wystarczająco ciekawe, aby płyta się obroniła. Jestem na "tak".
Oficjalna strona zespołu: www.edenscurse.com
Guciomir grudzień 2008
|