Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ECLIPSE - Are You Ready To Rock [2008]
Wydawca: Frontiers Records / Blistering Records / King Records

  1. Breaking My Heart Again
  2. Hometown Calling
  3. To Mend A Broken Heart
  4. Wylde On
  5. Under The Gun
  6. Unbreakable
  7. Hard Time Loving You
  8. Young Guns
  9. Million Miles Away
  10. 2 Souls
  11. Call Of The Wind
Are You Ready To Rock

Skład: Erik Martensson - śpiew; Magnus Henriksson - wszystkie gitary; Johan Berlin - instrumenty klawiszowe; Robert Back - perkusja

Produkcja: Erik Martensson i Magnus Henriksson

Jak powszechnie wiadomo, każda recenzja rządzi się swoimi prawami. Powinno być tak, że zaczyna się od jakiegoś niewielkiego wprowadzenia. W przypadku recenzji muzycznych opisuje się zazwyczaj w kilku słowach wykonawcę, korzystając przy tym najczęściej z różnorakich dostępnych źródeł informacji. Kiedy mowa o Eclipse niestety cały ten schemat recenzowania idzie w łeb, bo przyznam się bez bicia, że o zespole praktycznie nic nie wiem. Dlaczego? Ano dlatego, że źródeł na temat kapeli jest jak na lekarstwo, do tego stopnia, że grupa nie ma nawet jeszcze swojej strony internetowej, a celem uzyskania jakichkolwiek podstawowych informacji znajduje się jedynie odesłanie do witryny MySpace. Jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe, bo ci młodzi Szwedzi to nie żółtodzioby, recenzowany przeze mnie album jest już trzecim krążkiem formacji. Poprzedzały go albumy The Truth & A Little More - debiut z 2001 roku oraz rewelacyjny Second To None z 2004 roku, album, który w swoim czasie nie opuszczał mojego odtwarzacza i dzięki któremu zasadniczo zacząłem śledzić karierę tego jakże obiecującego zespołu. Na następcę Second To None przyszło mi czekać dłużej, niż się mogłem tego spodziewać, ale w końcu ujrzała światło dzienne płyta Are You Ready To Rock. Przyznam, że na ten krążek czekałem z ogromną niecierpliwością, członkowie Eclipse zapewniali bowiem, że totalnie zmienili prezentowaną przez siebie stylistykę. Podczas, gdy dwa pierwsze krążki, a zwłaszcza album Second To None prezentowały gatunek określany szeroko pojętym mianem melodic rocka z elementami AORu, tak w tym przypadku zapowiedziano, iż muzyka na nowym wydawnictwie to będzie po prostu - jak wskazuje sama nazwa - czysty hard rock, czerpiący wpływy garściami z dokonań takich gigantów, jak m.in. Whitesnake, Europe czy Mr. Big.

Teraz, po kilkukrotnym przesłuchaniu krążka, na to co usłyszałem i czego doznałem, nasuwa mi się jedno, jedyne określenie, określenie zgoła niecenzuralne, ale myślę, że ci, którzy naprawdę czują hard rocka, mi je wybaczą. Płyta jest po prostu zajebista! Tak naprawdę mógłbym w tej chwili na tym skończyć, napisać: kupujcie ten album bez zastanowienia, nie pożałujecie i byłaby to najlepsza recenzja dla tego jakże świetnego krążka, ale skoro moja wypowiedź ma otrzymać miano recenzji, to postaram się zrobić krótki przekrój przez to, czego na Are You Ready To Rock możemy się spodziewać. Album otwiera utwór Breaking My Heart Again. Już sam tytuł kawałka podpowiada nam, z jaką muzyką i stylistyką będziemy mieli do czynienia. Któż bowiem inny śpiewał (i dalej śpiewa) lepiej o łamaniu serc niż sam David Coverdale. I faktycznie, po krótkim ale ciekawym klawiszowym intro, z trzaskającymi piorunami i wyjącą syreną w tle otrzymujemy kopniaka w postaci... riffu a'la John Sykes, wyjętego żywcem z czasów 1987 Whitesnake. Mnie osobiście nasunęły się od razu skojarzenia z You Gonna Break My Heart Again, stąd pewnie ta zbieżność tytułów obu utworów, mniemam, że zamierzona. Kolejna rzecz, która od razu się nasuwa, to głos wokalisty Erika Martenssona. Naprawdę to już kolejna kapela ze Skandynawii, gdzie wokalista pokazuje swój ogromny potencjał w połączeniu z równie znakomitym warsztatem. Martensson świetnie wkomponowuje się w stylistykę na Are You Ready To Rock, potrafi zaśpiewać drapieżnie, rock and rollowo i nie wiem czemu, ale przypomina mi wtedy barwą C.J. Snare'a z Firehouse, jakkolwiek w jego barwie słychać również coś z Joeya Tempesta z Europe czy Erica Martina z Mr. Big. Zresztą Martensson jakby dopasowuje się do tego, co w danym momencie śpiewa i gdy ma śpiewać rock and rollowo, to tak właśnie śpiewa, gdy ma zaśpiewać kawałek w stylistyce Europe, śpiewa bardzo podobnie do Tempesta itp. Mnie osobiście jako ogromnemu wielbicielowi dobrych, rockowych gardeł naprawdę to zaimponowało. Porównywalny talent i charyzmę można spotkać u naprawdę niewielu wokalistów. Kolejny kawałek Hometown Calling to już trochę zmiana tempa i klimatu. Jest jeszcze bardziej rock and rollowo, jeszcze bardziej drapieżnie. Numer przypomina mi trochę dokonania Mr. Big z czasów Lean Into It. Co jednak przykuwa tutaj największa uwagę to refren. Jest po prostu rewelacyjny, po szybkiej i drapieżnej zwrotce nagle mamy świetny, melodyjny refren, który na długo zapada w pamięci. Jest to refren z gatunku tych, które długo po odsłuchaniu utworu pogwizduje się jeszcze w myślach, albo podśpiewuje podczas codziennych domowych czynności (wiem z autopsji). Inna ciekawa sprawa w Hometown Calling to solówka. Generalnie panowie nie szczędzą nam solówek, gitarzysta Magnus Henriksson dwoi się i troi, żeby miłośnicy gitarowych połamanych riffów i dynamicznych solówek nie czuli się zawiedzeni i jak dla mnie wychodzi mu to świetnie. Trzeci na płycie To Mend A Broken Heart został wybrany przez Eclipse na singiel. Wcale mnie to nie dziwi, piosenka jest z gatunku "radio friendly", wpada w ucho już z pierwszym przesłuchaniem. I po raz kolejny nie można się do niczego doczepić. Świetne melodie, rewelacyjny refren, chórki, solówki, jednym słowem wszystko, czego prawdziwy fan hard rocka oczekuje. I to wszystko dostaje w pełnym zestawie na talerzu. Co mnie w utworze zaintrygowało, to ciekawe zakończenie. Zamiast zakończyć utwór mocnym uderzeniem, nagle wszystko cichnie, a z odtwarzacza pobrzmiewa nam delikatna muzyka z pogranicza klasyki, coś co możemy usłyszeć chociażby na starych albumach Yngwiego Malmsteena. Przyznam szczerze, że zostało to świetnie wkomponowane w całość i dodaje jeszcze całemu utworowi dodatkowego kolorytu. Docieramy do mojego osobistego faworyta. Wylde One to po prostu hard rockowy killer. Sam tytuł mówi wiele za siebie. Jest ostro, dziko, rock and rollowo, gitary brzmią drapieżnie i dynamicznie. Zwrotka po raz kolejny nasuwa mi skojarzenia z Mr.Big, tym razem konkretnie z utworem Daddy, Brother, Lover, Little Boy (The Electric Drill Song) z płyty Lean Into It. Wokalista śpiewa z bardzo podobną manierą do Erica Martina. Jeśli jednak chodzi o refren, to tutaj mamy to do czego grupa zdołała nas już przyzwyczaić. Świetna harmonia, tytułowe "wylde on" wykrzyczane przez cały zespół. Gdybym nie wiedział, że to płyta z 2008 roku, pomyślałbym, że słucham jakiegoś starego albumu Firehouse, lub czegoś w tej stylistyce. Dla mnie bomba, numer jeden na płycie. Under The Gun rozpoczyna delikatny wstęp, słyszymy gitarę klasyczną wygrywającą prostą melodię, jednak brzmi to jak puszczone ze starej, zużytej płyty gramofonowej. Ciekawy zabieg wprowadzający nas w sam utwór, który jednak już delikatny nie jest. W ogóle warto wspomnieć, że na Are You Ready To Rock nie ma ani jednej ballady. W końcu zespół wyszedł z założenia, że tytuł płyty musi mówić swoje i na pościelowy nie może być miejsca. W tym utworze formacja nieco przyspiesza, jest szybciej, agresywniej i ostrzej, jakkolwiek całość uzupełnia kolejny rewelacyjny, kipiący melodiami refren, sprawiający, że całości słucha się bardzo przyjemnie. W Unbreakable muzycy dają nam trochę odpocząć od hard rockowych brzmień i przypominają o swoich korzeniach z gatunku melodic rocka. Kawałek charakteryzuje ciekawy riff przewodni, gitara brzmi tutaj trochę a'la John Norum, ale jest to zabieg jak najbardziej celowy. W utworze tym Eclipse pokazują, jakie są ich korzenie i jak bardzo wzorowali się i nadal wzorują w swoich dokonaniach na twórczości swoich starszych kolegów i rodaków z Europe. Kompozycja przypomina żywcem dokonania tych słynnych Szwedów, przy czym jest to swoisty miks. Słychać tutaj bowiem Europe z czasów Prisoners In Paradise, jednak zmieszane ze stylem prezentowanym przez zespół na Secret Society, z większym jednak naciskiem na ten pierwszy. Co najbardziej jednak uderza, to głos wokalisty Martenssona. Przyznam szczerze, że jak pierwszy raz usłyszałem Unbreakable, musiałem się upewnić na wkładce do płyty, czy bodaj gościnnie w utworze nie zaśpiewał Jey Tempest. Ta sama maniera, prawie identyczne brzmienie wokalu. Coś naprawdę niesamowitego, do tej pory tak profesjonalnie naśladować swojego idola potrafił jedynie Jorn Lande - wielki fan Davida Coverdale'a. Bardzo ciekawy kawałek, polecam głównie fanom Europe. Po małym relaksie z Unbreakable przychodzi czas na Hard Time Loving You. Ten numer to kolejny dynamit, gitary grają z rock and rollowym zacięciem, w tle pobrzmiewają delikatnie klawisze, a wokalista po raz kolejny staje na wysokości zadania. Kawałek idealny do puszczenia w samochodowym odtwarzaczu. W utworze zwraca uwagę ciekawa linia melodyczna gitary oraz świetna solówka w połowie piosenki. Jednym słowem, jeśli ktoś kocha prawdziwego hard rocka, po prostu nie może nie polubić tego utworu. Young Guns rozpoczyna odgłos strzelającego karabinu. Ma to zapewne coś wspólnego z tematyką tekstu, mówiącego o młodych strzelbach przejmujących kontrolę na ulicach. Jeśli chodzi o styl, tutaj z kolei powraca brzmienie gitary a'la Sykes, zaś sam utwór znowu nasuwa skojarzenia z 1987 Whitesnake. Martensson tym razem dodatkowo śpiewa z zacięciem wokalisty Białego Węża, co dodaje całości smaku. Oczywiście dodajmy do tego kolejny świetny refren i mamy mieszankę wybuchową. Ja jako fan Whitesnake jestem pod ogromnym wrażeniem i przyznam szczerze po cichu, że trochę żałuje, że takiego właśnie brzmienia nie zaprezentował nam sam Coverdale w swoim Good To Be Bad. Million Miles Away to kolejny rocker, w którym raz jeszcze słychać wpływy Europe, jednak nie może być tutaj mowy o kopiowaniu stylu twórców The Final Countdown. Zwrotka jest bardzo rock and rollowa, zaś zapożyczenia z Europe słychać głównie w melodyjnym refrenie. Co do refrenu znowu brak mi słów. Genialne melodie, genialny wokal, świetne chórki. Przypominają się znakomite lata ''80-90, kiedy to taką właśnie muzyką zachwycali się praktycznie wszyscy. W 2 Souls nic nie ulega zmianie. Nie budzimy się z transu, kończy się jeden świetny kawałek, zaczyna kolejny, nie może być tutaj mowy o żadnym wypełniaczu. W utworze chwyta fajna prowadząca linia melodyczna gitary, a dalej mamy to o samo, co w pozostałych utworach, czyli świetne melodie, a przede wszystkim rewelacyjny refren. Kończący album Call Of The Wild rozpoczyna brzmienie gitary rozpędzonej na wzór pędzącej lokomotywy. Po tym następuje riff, przypominający mi wczesne dokonania Yngwiego Malmsteena. W ogóle numer ma coś z Malmsteena, szczególnie słychać to w refrenie, kompletnie nie mam pojęcia czemu, ale właśnie takie skojarzenie mi się nasunęło. Nie ma tutaj jednak mowy o jakichś neoklasycznych gitarowych wywijasach, to absolutnie nie są te klimaty. Utwór naprawdę ciekawy, głównie ze względu na charakterystyczny, troszkę "inny" refren, różniący go od całości, do tego dochodzi świetna solówka w połowie kompozycji i dostajemy kolejnego killera. Kawałek Call Of The Wild kończy się rykiem rozwścieczonego lwa, bądź tygrysa (wybaczcie, jeśli pomyliłem, ale raczej nie śledzę programów przyrodniczych). Zakończenie w sam raz do nastroju, jaki nasuwa się po przesłuchaniu całej płyty... nastroju wściekłości, że to już koniec, że cała przygoda z Eclipse Are You Ready To Rock trwała jedynie niespełna 50 minut. Jedynie, bo jak dla mnie album ten mógłby trwać kolejne tyle.

Przyznam, że przesłuchałem już płytę kilkadziesiąt razy i dalej nie mam dosyć. Szwedzi trafili w dziesiątkę, jeśli chodzi o zaspokojenie moich muzycznych oczekiwań. Praktycznie każdy kawałek powalił mnie na kolana. Nie znajdziemy tutaj żadnego wypełniacza, każdy utwór ma coś w sobie i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie wiem, może to efekt tego, że zespół pracował nad albumem 4 lata i każdy kawałek został przez nich dokładnie "dopieszczony". Nie będę w to wnikał, po prostu dziękuję im za to, że pozwolili mi przeżyć ten wspaniały powrót do klimatów lat '80-'90. Mam nadzieję, że każdego, kto przebrnął przez tę recenzję, zachęciłem do zapoznania się z Eclipse Are You Ready To Rock. Zapewniam, że naprawdę warto. Dla mnie bezkonkurencyjny album roku 2008.

Oficjalna strona zespołu: www.eclipsemania.com

Fr3dro
październik 2008