|
Skład: Duff McKagan - śpiew, gitara; Mike Squires - gitary; Jeff Rouse - gitara basowa; Issac Carpenter - perkusja
Produkcja: Terry Date
Tak właściwie to nie wiem, dlaczego nigdy nie zabrałem się za recenzowanie płyt solowego zespołu dawnego basisty Guns N' Roses. A przyznam, że z ogromną ciekawością przyglądałem się wyczynom byłych członków tej zasłużonej dla muzycznego świata ekipy Pistoletów i Róż.
Najpierw do przodu wyrywał się Slash ze swoimi Slash's Snakepit i Velvet Revolver. I długo tylko on prowadził w tym peletonie. Potem także i Duff przyłączył się do stawki (obydwaj panowie grali razem w Velvet Revolver), a na końcu pojawił się Axl z odświeżonym wizerunkiem starego zespołu. I choć Gunsi po Chinese Democracy są właściwie gdzieś z boku rockowego światka, to ani Slash, który w roku ubiegłym wydał recenzowaną przeze mnie, lapidarnie zatytułowaną płytę Slash, ani McKagan nie mają zamiaru odpuszczać. Ten pierwszy pozapraszał przeróżnych gości, a szef reaktywowanego Loaded z kumplami na swoim nowym wypieku zaproponował całkiem niezłą i bardzo głośną dawkę dobrego hard rockowego młócenia, która brzmieniowo znajduje się obok takich zespołów jak Alice In Chains chociażby, czy tych wszystkich amerykańskich grup parających się amerykańskim, południowym rockiem. Mój bardzo dobry kolega usłyszawszy ten materiał śmiertelnie się na ekipę ex-basisty Guns N’ Roses obraził. Bo nie ma tu ani przez moment (no prawie) niczego, co choćby na moment przypominało dokonania tego zespołu. No i bardzo dobrze. Przynajmniej moim zdaniem. Zawartość The Taking to zabarwiony w wielu miejscach punkiem (w końcu Duff to stary pancur, gdyby ktoś nie wiedział) mocny, bezpretensjonalny i głośny hard rock. Dodajmy do tego niezłe solówki i ciężkie riffy. Słuchając nowej propozycji Loaded zwróciłem uwagę na wokal Duffa. Czemu? Facet ma 47 lat, hektolitry wypitego alkoholu i tony wypalonych papierosów na koncie, a mimo tego jego wokal brzmi bardzo młodo, niemal jak nieopierzonego młokosa. No, zadziwiające jak on sobie z tym radzi. A może chodzi o to, że on właściwie to już nic nie musi? Czasem pogra z Jane's Addiction, czasem podłubie coś tam ze Slashem, a w wolnych chwilach gra z własnym zespołem. Do tego, by było śmieszniej, McKagan ma staranne, ekonomiczne wykształcenie i jest szanowanym biznesmenem. Do tego przykładny mąż i ojciec dwóch córek. A mimo to od czasu do czasu wylezie z niego buntowniczy duch nastolatka i wtedy nasz bohater chwyta za bas, skrzykuje kumpli i nagrywa z nimi płytę. Co więc mamy na nowym LP Loaded? Ano, jak już wspomniałem wyżej, jest to przede wszystkim mocne, nieraz bardzo mocne, zabarwione południowymi dźwiękami, hard rockowe młócenie podlane punkowym sosem. To nawet nie jest coś wyjątkowego i nikt nie stara się tu tego udowadniać. To wydawnictwo niczym szczególnym się nie wyróżnia, to jest po prostu zbiór kompozycji. Co prawda nagranych z udziałem (i przede wszystkim z powodu) dawnego członka Guns N' Roses, ale mimo to wciąż dobrych i w wielu momentach przyciągających ucho. Poprawiono też samo brzmienie. W porównaniu do poprzedniego krążka zatytułowanego Sick całość nie jest już tak bardzo surowa i męcząca, a co najważniejsze - bardziej melodyjna. Rozpoczynający album Lords Of Abaddon dobitnie to udowadnia i to od samego początku. To nie jest już prosta kompozycja jak te z poprzedniego LP. Gitarowo przypominające nieco Velvet Revolver co prawda, ale te młócenie i następujący po nim melodyjny refren mogą się podobać. Jak ja lubię takie riffy jak w Executioner's Song. No, aż się chce zrobić głośniej. Bezlitosne, mocarne i wolne miażdżenie. Troszeczkę może przypominać tu i ówdzie Monster Magnet, znajdzie się coś z pustynnego grania Kyuss i co nieco z południowego, amerykańskiego rocka w stylu Alice In Chains. Na pewno jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Wspominałem coś tam o ciągotach w stronę grania a'la Guns N' Roses. Mamy tu takie coś w Dead Skin. No cóż, w zasadzie nie ma się czemu dziwić. Utwory przypominające dawne dokonania zdarzają się i to żadne novum. Zastanawiam się, co by mogło się stać, gdyby tu zaśpiewał Axl... Zupełnie nie wiem, co mam napisać o takim We Win. To znów jest taki riff, jak lubię. Czy jednak to jest taka kompozycja, jaka powinna się znaleźć na płycie McKagana? Nie mi to osądzać. Gdzieś wyczytałem, że jest to najgorszy kawałek na płycie. No cóż, mnie ta (nie bijcie) psychodelia w stylu Irlandczyków z U2 najzwyczajniej w świecie odpowiada. Gdzieś ktoś się tam oburzał, że właśnie ten utwór wybrano na singla. Marudzenie. Mi się podoba i już. Nieco spokojniejszym kawałkiem jest taki Easier Lying. Bardzo podobają mi się te nieco stonerowo grające gitarki. Szkoda, że nie zaproszono tutaj Jamesa De La Roty II z Fireball Ministry. No, pasowałby tu idealnie z tym swoim ozzopodobnym wokalem. Z kolei typowo amerykańskim i bardzo w stylu Soul Asylum z płyty Grave Dancers Union jest She's An Anchor. No, nie mogę się pozbyć tego skojarzenia, nawet Duff śpiewa podobnie do Dave'a Pirnera. Niestety nie umiem przekonać się do takiego Indian Summer. To już jest zbyt niebezpieczny rejon zarezerwowany dla panów z The Offspring, czy może nawet Green Day. No, bo czy oni właśnie tak nie grają? Ja rozumiem McKagana, że chciał może mieć na swoim nowym LP pop-punkową propozycję, ale ja nijak nie potrafię się do tego przekonać. Jedno go broni: ta kompozycja jest bardziej autentyczna niż całe stada utworów wymienionych ekip razem wziętych. Wrecking Ball z powodu swojego początku bardzo skojarzył mi się z pewnym hitem Limp Bizkit. No, tego się po tym basiście nie spodziewałem. Nie dość, że wypadło to bardzo fajnie, to takie propozycje są lepsze niż poprzednia. Szkoda, że nie ma tu Freda Dursta, ciekawe, co on by z tego wycisnął. Z nim w składzie to mógłby być wielki przebój. Dość jednak wolnego smęcenia. W King Of The World wracamy do ciężkiego, zabarwionego punkiem rocka. Nawet może być, choć mnie osobiście niezbyt przekonuje. Podoba mi się solo i krótko grający Duff. Zawsze bardzo lubiłem takie riffy i takie kawałki jak Cocaine. Trzeba przyznać, że udał się panom te numer. Może to nieco na wyrost, ale chyba nie trzeba się wstydzić nazywania tego kawałka hitem. Mocny, zabarwiony bluesem numer. Mój ulubiony na tym LP. Przy okazji znów wokalnie nieco w stylu pana z Soul Asylum. Jakże odmiennie brzmi bardzo mroczny Your Name. Podlany punkowym sosem stoner, a może nawet już doom metal. Hmmm, ciekawe, co powiedziałby na takie dictum pan Lee Dorrian, szef Cathedral. The Taking zamyka nagranie Follow Me To Hell. Takie bardziej mocne granie przypominające wyczyny młokosów z Sum 41.
Tak, nawet jeśli na zawsze do Duffa i Slasha przyklejona będzie łatka ex-członków Guns N' Roses, to potrafią się oni od tego odciąć i po prostu robić swoje. Udowodnił to rok temu Slash, a teraz robi to ze swoją ekipą także McKagan. Tym razem zabiera nas w podszyte mrokiem, bardzo urozmaicone granie. Z łatwością przechodzące od klimatów stricte punkowych do stonerowego bujania, a nawet doomowego walcowania. To już nie jest to samo Loaded z poprzedniego LP. Jak widać, Duff McKagan jest jak wino - im starszy, tym lepszy. Mi to odpowiada. Z czystym sumieniem stawiam 8/10. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: duff-loaded.com
Vincent maj 2011
|