|
Skład: Rick Allen - śpiew; John Tippins - gitary; Tom Moore - gitary; Dave McCabe - perkusja; Danny Dally - gitara basowa
Produkcja: Dr. Grind
Zazwyczaj boję się płyt, na które składa się 17 kawałków. Obawiam się tego, że będę zmuszony przesłuchiwać monotonnej papki, kompozycji bliźniaczych, bardzo podobnych do siebie. Odnoszę bowiem wrażenie, że kapele w takich przypadkach nie potrafią zdecydować się na wybranie zestawu najlepszych 10 utworów, czyli innymi słowy z trudem przychodzi im podjęcie męskiej decyzji. Długie płyty nurzą. Oczywiście istnieją od tej reguły wyjątki z genialnym Lipservice na czele. Jak się okazuje Dr. Grind i ich debiutancki krążek Speechless również przeczą przedstawionej przeze mnie regule.
Co okazało się być kluczem do sukcesu? Przede wszystkim różnorodność. Z jednej strony można by powiedzieć, że formacja nie potrafiła się jednoznacznie zdeklarować, że członkowie zespołu grali co chwila coś innego i że mogło wynikać to właśnie z niezdecydowania. Z drugiej jednak strony, efektem takiego działania jest wyjątkowo różnorodny, intrygujący krążek, który mam przyjemność opisywać. Historia zespołu jest smutna, choć wszystko szło w dobrym kierunku. Zainspirowani grą Dokken oraz Queensrÿche panowie koncertowali u boku takich sław jak Ugly Kid Joe (popadając notabene z wymienionym zespołem w konflikt, który przerodził się w wojnę i mordobicie przy pomocy dyń). Kapela zarejestrowała materiał na debiutancki krążek, ale liczne konflikty uniemożliwiły jego wydanie. Z jednej strony przyczyniły się do tego problemy finansowe, z drugiej konflikty wewnątrz kapeli, a z trzeciej kłopoty z managementem. Prawdziwym winowajcą był jednak grunge, który jak na złość narodził się w Seattle, czyli rodzinnym mieście Dr. Grind. Grupa rozpadła się ostatecznie w 1996 r. i tym, co po niej pozostało, jest wydany w po latach album. Przechodząc do muzycznej zawartości płyty natrafiamy na utwór numer jeden, czyli Call Of The Wild, które poraża słuchacza pozytywną złością i energią. Podobają mi się zdecydowane wejścia instrumentów i umiarkowana agresja w grze. Calamity to pod pewnymi względami kopia Bonfire i co ciekawe, zespół gra w sposób szczery i jeszcze bardziej zdecydowany. Pierwszorzędne hard rockowe zacięcie. Aby spełnić obiecywaną przeze mnie różnorodność, Dr. Grind wypuszczają na światło dzienne potwora jakim jest Livin'A Lie.
Rozwalają mnie pewne neoklasyczne wstawki oraz potężny głos wokalisty, jeszcze bardziej potęgujący efekt. Instrumentalnie bezbłędnie. Po trzech agresywnie zagranych kawałkach przychodzi czas na utwór przejściowy, gdyż Shotgun zainspirowany muzycznie w pewnym stopniu przez Queensrÿche, a pod względem treści przez Zabójcę znad Zielonej Rzeki - seryjnego mordercy grasującego w okolicach Seattle w latach '80, a złapanego przez policję dopiero w 2001 roku. Przechodząc dalej natrafiamy na zmianę klimatu, kiedy to kapela zaczyna grać lżej, spokojniej, proponując melodie a'la Def Leppard z ich najlepszych czasów. Świetnie wypada tytułowe Speechless i zarówno w tym kawałku jak i w kolejnym Janie muzycy udowadniają, że za pomocą kilku zagrywek są w stanie stworzyć absorbującą melodię. Brawa należą się za niebanalne aranżacje, ogólny klimat i przebojowość. Follow Your Own Road zaczyna się również bardzo spokojnie, trochę w stylu starych brytyjskich kapel z pogranicza rocka progresywnego. Po chwili wchodzi AOR-owe uderzenie diametralnie odmieniając oblicze utworu. Oryginalne połączenie, ale może się podobać. Chciałoby się rzec, że Faces mogło zostać napisane ze dwadzieścia lat temu i po chwili można sobie uświadomić, że całe Speechless to niewydana płyta z tego okresu. Tears zamykają spokojną część płyty, przypominając słuchaczowi jeszcze raz o sile melodii i klimatu. Dr. Grind powinni byli odnieść sukces. Utwierdzam się w przekonaniu, tym bardziej kiedy słyszę energiczne Love Will Find A Way. Głośniki buzują niespokojnie i atakuje nich z nas przebojowość. Zastanawiałem się przez chwilę nad porównaniem, którego mógłbym użyć w odniesieniu do tego trzeciego bloku tematycznego, aż w końcu trafiłem chyba idealnie. Mowa o Airless, którzy zachwycili mnie bodajże w 2008 roku albumem o nazwie Fight. Oba zespoły łączy zamiłowanie do melodii, jak i pewna odwaga dotycząca brzmienia. Z Gone wiąże się pewna ciekawa historia, gdyż muzycy nagrywając ten odrobinę psychodeliczny utwór (jakże pasujący brzmieniem do Airless!) doznawali pewnych omamów dzwiękowo wizualnych. Całość brzmi potężnie i wbija głęboko w fotel. Chwilę później następuje kolejna zmiana klimatu i po raz pierwszy tak wyraźnie słyszę na płycie uwielbiane przez muzyków Dokken. Here And Gone to utwór inspirowany twórczością Dona i Lyncha, a w dodatku należy przyznać, że panowie zrobili to z głową, trzymając wysoki poziom. Here And Gone miałoby wszelkie prawo znaleźć się na Back For The Attack i wcale dużo by nie odstawało. Po prostu rewelacja. Something To Come ma trochę melodic metalowe zwrotki i refreny i choć nie należy do moich faworytów, to pozytywnie wpływa na różnorodność materiału. Time Will Tell jest powrotem zespołu do kompozycji spokojniejszych, do ballad i czuć wyraźnie, że od pewnego czasu jesteśmy w kolejnym bloku tematycznym, gdyż formacja od pewnego czasu porusza się w zbliżonej stylistyce. Kiedy mogło by się wydawać, że Dr. Grind już raczej niczym nie zaskoczą, natrafiamy na Can't Get Enough, które odważnie łączy ze sobą sprzeczne aranżacje, koncentrując się na mocnym riffie. Numer szesnaście, czyli Huge Wad zwiastuje niejako powrót do brzmienia z początku/środka płyty, ale nie mamy w żadnym wypadku do czynienia z powtarzeniem, gdyż załoga nadal potrafi zaproponować coś nowego. No i na koniec Whiskey Lover, które idealnie podsumowuje całą płytę. Właściwie wystarczyłoby jedno słowo: "różnorodność", ale dodam od siebie, że bardzo przyjemnie słucha się gry instrumentów.
Dr. Grind nie byli typową załogą. Przede wszystkim ich utwory poruszały mniej oklepane tematy, w przeciwieństwie do mainstreamu i tym samym zbliżyli się w pewnym sensie do załóg pokroju Lillian Axe. Zestaw 17 kompozycji stanowi wyśmienity kąsek, a same kawałki są, tak jak wcześniej napisałem, bardzo różnorodne i szybko się nie znudzą. I wreszcie, wszystko to jest podane w przebojowy, miły dla ucha, ale jednocześnie dość agresywny i niebanalny sposób. Zdecydowanie jeden z najlepszych Eonianów i szkoda jedynie, że jakość dźwięku na płycie nie jest optymalna. Przy tak mocnych utworach można jednak wybaczyć ten szczegół. Polecam.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/officialdrgrindpage
Guciomir marzec 2010
|