|
Skład: Charlie Dominici - śpiew; Kevin Moore - instrumenty klawiszowe; John Myung - gitara basowa; John Petrucci - gitary; Mike Portnoy - perkusja
Produkcja: Terry Date i Dream Theater
Nie zawsze Dream Theater było sławne. Kiedy ekipa Portnoya zaczynała grać w 1985, nazywała się jeszcze Majesty, którą to nazwę później zmieniła na obecną w związku z groźbą rozprawy sądowej ze strony innego zespołu występującego pod tym samym szyldem. Istotniejszym jednak faktem było to, że debiut kapeli z 1989 r. w zasadzie przeszedł bez echa, ignorowany przez magazyny muzyczne i słuchaczy.
Pierwszym wokalistą Dream Theater był Chris Collins, ale został on zastąpiony podczas trasy koncertowej przez kilku innych śpiewaków, wreszcie przez Charliego Dominici, którego głos możemy usłyszeć na When Dream And Day Unite, debiucie formacji wydanym przez Mechanic Records. Płyta pozostała wręcz niezauważona przez prasę muzyczną, czego efektem była słaba promocja koncertowa i grupa zagrała tylko serię klubowych koncertów w okolicach Nowego Jorku. Wtedy też doszło do sporów z wokalistą, związanych z kierunkiem artystycznym, w jakim miał podążać zespół i Dominici odszedł pozostawiając w formacji wakat na niemal 3 lata. Zastanówmy się, dlaczego debiut zespołu został dość chłodno przyjęty przez prasę i słuchaczy. Przede wszystkim spójrzmy na rok wydania krążka. 1989 rok to czas kryształowych produkcji, doskonałych brzmień, przebojowych utworów, składnych koncepcyjnie albumów i szczyt możliwości technicznych instrumentalistów. A tymczasem Dream Theater wydaje płytę, gdzie produkcja kuleje na całego, brzmienie poszczególnych instrumentow zlewa się, jest mało selektywne, do tego perkusja Portnoya przypomina bardziej walenie w karton. Same kompozycje wydają się być niezdecydowane, w jakim kierunku mają zmierzać, zdarzają się i potknięcia aranżacyjne. Odnaleźć tu można heavy metal, elementy hard rocka, art rocka i power metalu. Obok dobrych pomysłów pewne fragmenty utworów wydają się być niezbyt przemyślane (podobnie bywało w Cacophony), taka sztuka dla sztuki, tyle że to przecież tak nie działa. Słychać to już w pierwszym utworze z wydawnictwa - A Fortune In Lies. Głos Dominiciego jest w sumie całkiem niezły, przypomina mi wczesne dokonania Görana Edmana, choć czasem wypada to zbyt patetycznie. Sam kawałek ma swoje wzloty i upadki, w dół ciągnie go właśnie brzmienie całości - zlane, zamglone, nieselektywne (de facto chyba wzorowane na Rush z lat '70) - taka bryła utworzona z gitar, klawiszy i "kartonowej" perkusji. Za tym wszystkim gitara basowa wydaje się być nieuchwytna. Petrucci też, zwłaszcza porównując z późniejszymi krążkami, wydaje się być nie do końca technicznie wyrobiony. Status Seeker zaczyna się bardzo wesoło, takie radosne melodie często miewały kapele AOR-owe, ale potem klimat ten się zmienia. Zwrotka śpiewana przez Charliego niestety nie nosi znamion przeboju, nawet w porównaniu z utworem poprzednim. Przy okazji reszta instrumentów probuje tworzyć jakiś klimat, ale tu bardzo przydałaby się odpowiednia produkcja i krystaliczne brzmienie, którego akurat tutaj brak. Najlepiej wypadają okolice solówki, może dlatego, że przypominają późniejszą twórczość Dream Theater. Instrumentalne Ytsé Jam spodobało mi się, gdyż przemycono w nim całą masę dobrych pomysłów. Pojawiają się motywy bliskowschodnie, dużo jest tu prostych, ale wpadających w ucho melodii (wydaje mi się nawet, że cały kawałek jest właśnie zbieraniną takowych). Część zagrywek wygląda na improwizacje, które w udany sposób łaczą się z liniami przygotowanymi wcześniej. Warto zwrócić uwagę na klawiszową solówkę Moore'a i zastanowić się, czy przypadkiem Kevin nie był tu pod wpływem klawiszowców Malmsteena, zwłaszcza Johanssona. Killing Hand rozpoczyna się jakby w klimatach zupełnie nie "dreamowych", bardziej pasowałoby to do jakiegoś bardowskiego Blind Guardiana, dalej już bywa różnie. Sporo patosu w głosie wokalisty da się wyczuć, podejrzewam, że wydanie płyty dziesięć lat później mogłoby przysporzyć płycie więcej fanów, bowiem wtedy właśnie swój renesans święcił rycerski power metal. Sporo też patentów czysto "malmsteenowskich". Wbrew pozorom więcej dzieje się w Light Fuse And Get Away, który jest o ponad minutę krótszy od poprzedniej ścieżki. Niektóre jego fragmenty są dla mnie trochę niezrozumiałe, choć jestem przyzwyczajony do słuchania różnych łamańców. Muzykę jeszcze jakoś trawię, za to kompletnie nie podobają mi się tu aranżacje wokalne Dominiciego. Gdzieniegdzie wpleciono trochę galopad na wzór Iron Maiden i one też chyba nie za bardzo pasują do konceptu nagrania. Afterlife to kawałek w zasadzie heavy metalowy i dziwnie brzmi on po tym, co słyszało się wcześniej. Za to rozszalał się trochę Petrucci i tu i ówdzie raczy nas bardziej shredderskimi solówkami. Najsłabszym ogniwem jest raz jeszcze głos wokalisty i wygląda na to, że co lepsze pomysły aranżacyjne zostały szybko przez niego wyeksploatowane na początku albumu. Zespół gra bardzo melodyjnie, zgodnie z duchem czasu, problem jednak w tym, że wtedy istniała cała masa kapel, którym poruszanie się w takiej stylistyce wychodziło znacznie lepiej. Jeszcze jedna ośmiominutówka w postaci The Ones Who Help To Set The Sun. Numer długo się rozkręca, jego pierwsza połowa jest bardzo klimatyczna i w sumie mnie to odpowiada. Druga połowa powinna spodobać się fanom twórczości Rush, bo chłopaki z Dream Theater przemycili tu wiele aranżacyjnych patentów słyszanych wcześniej u znanych Kanadyjczyków. Dobry tytuł ma Only A Matter Of Time - wydaje się nim nawiązywać do sławy, jaką zespół zyska za kilka lat. Ale nie tylko tytuł jest tu dobry. Podobać może się i samo nagranie, która ma wiele wspólnego ze stylistyką, jaką grupa zaprezentuje na Images And Words. Tutaj słychać rozbieżność między tym, co chciał robić Dominici, a tym, dokąd zmierzała reszta instrumentalistów. Głos i aranżacje linii wokalnych Charliego moim zdaniem kompletnie nie pasują do takiej muzyki.
Nie da się ukryć, że krążek mocno odstaje od swoich dwóch kapitalnych następców, aczkolwiek i tutaj można odnaleźć nieco ciekawych melodii. Kto wie, czy gdyby nie słaba produkcja i mankamenty w brzmieniu, może odbiór płyty byłby lepszy. Podobno w 2002 r. wyszła jakaś limitowana, zremasterowana wersja albumu, ale nie dane mi było jej wysłuchać. Jedna z tych płyt, które jak już lecą, to w uszy nie kłują, ale ciężko się zabrać za ich przesłuchanie.
Oficjalna strona: www.dreamtheater.net
Guitarrizer marzec 2010
|