|
Skład: James LaBrie - śpiew; John Petrucci - gitara, chórki; John Myung - gitara basowa; Jordan Rudess - instrumenty klawiszowe, Continuum; Mike Portnoy - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki
Gościnnie: Jerry Goodman - skrzypce w [5], "Odyssey" i "Larks' Tongues in Aspic Pt II" (na dodatkowym dysku)
Produkcja: John Petrucci i Mike Portnoy
Stosunkowo długo zwlekałem z recenzją nowego albumu Dream Theater pt. Black Clouds & Silver Linings, bo odkąd zacząłem go słuchać, mojej głowy nie opuszczają liczne niepokolorowane myśli, które to jednak dzień po dniu nabierają wyraźniejszych barw. Dzisiaj, tydzień od premiery, jestem już mądrzejszy na tyle by napisać słowo o kolejnym wydawnictwie progresywnych mistrzów.
Trwający ponad 75 minut album otwiera szesnastominutowy A Nightmare To Remember. Klasyczny wstęp Rudessa pozostaje niezauważony w obliczu instrumentalnego monumentu, charakterystycznego nawet dla thrash/heavy metalowych wejść. Zresztą zespół utrzymuje się w tej konwencji przez pierwszą część utworu - jest ciężko, szybko, o wiele bardziej metalowo niż progresywnie. Chciałbym, aby tak grały dzisiaj zespoły heavy metalowe! No, ale Dream Theater po tej lekcji pt. “jak powinien wyglądać heavy metal” jeszcze w tym utworze schodzi na progresywne fragmenty, stopniowo manipulując tempem. Ten wściekły numer wreszcie wyhamowuje na strunach Petrucciego, z tylko delikatnymi uderzeniami perkusji Portnoya i równie łagodnym brzdękaniem Myunga. Także i LaBrie już nie wrzeszczy, a zaczyna swobodnie śpiewać. W pewnym momencie czuć typowy klimat Dream Theater, a z wcześniejszego heavy metalowego powera pozostaje jedynie wrażenie. Takie Dream Theater znane choćby z Octavarium czy Six Degrees Of Inner Turbulence kończy się pod koniec utworu, powracając do wcześniejszych szybkich i ciężkich sygnałów z efektownymi solówkami (i wokalem) Petrucciego. Ożywia się także Portnoy. A Rite Of Passage znane z okrojonej wersji jako singiel promujący album, na płytce jest o kilka minut wydłużone. Nagranie to bardzo dużo na tym zyskuje, bo porozciągane riffy, solówki i klawisze prezentują się porywająco. Nawet pomimo faktu, że ten kawałek ma w sobie coś z radiowych kompromisów, to jednak nie przeszkadza to w jego odbiorze. W pierwszych, jeszcze przedpremierowych przesłuchaniach w ogóle go nie doceniłem, a teraz wydaje mi się mocnym punktem albumu. Dodatkowo podkreślają to różne, nazwijmy to “dalekowschodnie” zapożyczenia. Najkrótszy utwór na płycie, pięciu i pół minutowy Wither, to Dream Theater w wydaniu balladowym. LaBrie nawet nie próbuje osiągać jakichkolwiek nieartykułowanych dźwięków, po prostu śpiewając niemal jak w popowej piosence. Tyle, że jego wokal otacza cała gama instrumentów skutecznie dodających Witherowi przejmującego, nostalgicznego klimatu. Oczywiście przyprawionego progrockowo-metalowym aromatem. To jedyny utwór, w którym nic nie zaskakuje i nic się nie zmienia. Jako, że nie mam w zwyczaju śledzić prywatnych spraw muzyków i nie poddawałem specjalnej analizie tekstów zespołu, obok mnie przeszła informacja, że Portnoy tworzył na przestrzeni ostatnich płyt sagę AA (...skrót znany każdemu, kogo rozłożyła nafta). Jej finałem jest The Shattered Fortress i mocno zdziwiłem się, kiedy w dźwiękach tego utworu przeżyłem istne deja vu, bo odkryłem różne kompozycje formacji znane z lat wcześniejszych. Utwór poza własnymi “trzema groszami” stanowi połączenie motywów z Repentance (Systematic Chaos), The Root Of All Evil (Octavarium), This Dying Soul (Train Of Thought) oraz The Glass Prison (Six Degrees Of Inner Turbulence). Ten progresywny Frankenstein szczególnie mnie nie porwał, ale pewnie dlatego, że to wszystko już przecież znam. Rozpoczynający się najpierw pięknym klawiszowym wstępem, a następnie równie przyjemnymi strunami The Best Of Times to utwór ku czci Howarda Portnoy’a, ojca Mike’a. Po tym poruszającym wstępie numer przybiera właściwą formę - nie mniej, nie więcej - będącą starym Dream Theater. Przemawiają za tym: niekontrolowane tempo, a kiedy trzeba to także i ujarzmione, nieco bardziej wyważone oraz głęboka konstrukcja i tradycyjna paleta różnych klawiszowych uśmiechów Rudessa, basówek Myunga czy solówek Petrucciego (ze szczególnym wskazaniem na tę następującą po końcowych partiach wokalnych). Szczególnie w tym wypadku brzmią słowa Jamesa LaBrie: “but most of all, thank you for my life”, kierowane od młodego Portnoya do wspomnianego ojca. Domyślam się, że perkusista Dream Theater po ich usłyszeniu miał problem z utrzymaniem pałek w dłoniach. Piękny utwór. Black Clouds & Silver Linings kończy potężny, dziewiętnastominutowy The Count Of Tuscany. Otwierają go właściwie motywy hard rockowej ballady. Bez jakiegokolwiek pośpiechu, bez żadnych wymuszeń. Kompozycja przy pierwszej solówce Petrucciego delikatnie przechodzi na nieco szybsze tempo, dodatkowo ubarwione klawiszówką Rudessa. Gdzieś w tym wszystkim odnajduje się Portnoy, jest i bardzo wyraźny bas Myunga. Dream Theater przyspiesza znacząco przy czwartej minucie, wtedy też pojawia się wokal LaBrie. Cała ta wirtuozeria ciągnie się jeszcze do połowy utworu, gdy zespół raz to schodzi na spokojniejsze fragmenty, raz uderza w stronę heavy metalowych zapożyczeń. By wreszcie wpaść w kolejną głębie progresywnej muzyki, już bez tego wściekłego tempa, ale za to z pięknymi gitarowymi wypuszczeniami Petrucciego.
W ten oto sposób kończy się premierowy album Dream Theater. Tym razem zamiast drętwego podsumowania wypunktuję zaledwie cztery słowa, ale za to dobrze opisujące ten album: genialny, genialny, genialny i genialny.
Oficjalna strona: www.dreamtheater.net
Robert Bronson czerwiec 2009
arktyka.wordpress.com
|