Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DOWNSPIRIT - Point Of Origin [2010]
Wydawca: Metalville Records

  1. Point Of Origin Pt. I
  2. Point Of Origin Pt. II
  3. Love Song
  4. Life’s A Bitch
  5. Lost
  6. Good Times
  7. Hollow Words
  8. Highway Run
  9. Arisen
  10. Make My Day
  11. The End
  12. Rockstar Blues [bonus track]
Point Of Origin

Skład: Steffen Lauth - śpiew; Cédric "Cede" Dupont - gitara prowadząca; Axel "Aki" Reissmann - gitara rytmiczna; Sven Rakowitz - gitara basowa; Sebastian Dunkel - perkusja

Produkcja: Downspirit

Niemiecki zespół Downspirit został utworzony, uwaga, uwaga, przez byłego gitarzystę skądinąd znanych i zupełnie inaczej grających zespołów Freedom Call oraz Symphorce, pana Cedrica "Cede" Duponta. Naszemu wiosłowemu strzeliło do głowy utworzyć band grający zupełnie inną muzykę niż ta, w której tworzeniu dotychczas maczał swoje utalentowane paluchy.

Jak pomyślał, tak zrobił i tak oto pojawiła się grupa Downspirit. Czym para się ta formacja? Będzie ciekawie, bo panowie uderzyli w rejony ciężkiego rocka, bluesa, hard rocka lat '80 i nowoczesnego metalu. Fajnie, prawda? Wszystko to podlane tu i ówdzie sosem południowego rocka ze Stanów. Może jednak po kolei. Interesujący jest już wstęp do całości, intro Point Of Origin Pt. 1. Fajne, nieco tajemnicze gitary i mroczne tło. Płynnie przechodzimy do Point Of Origin Pt. 2, a tu już mamy zupełnie coś innego. Wypisz-wymaluj najlepsze lata Black Label Society. Dlaczego Zakk Wylde na swoim ostatnim wypieku nie zamieścił takiego kawałka? No, wyśmienita rzecz z kapitalnym refrenem i fajnie zrobionymi w fuzz-boxie zwrotkami. Zwracam uwagę na dudniącą sekcję, perkusja i miażdżący bas robią doskonałe wrażenie. Do tego ciężkie, aczkolwiek nie pozbawione chwytliwej melodyjności gitary. Z pewnością jest to jeden z najlepszych utworów na tej płycie. Komu podobają się dokonania amerykańskich grup parających się southern rockiem, temu spodoba sie także ta płyta. Jedziemy dalej. Solo na harmonijce ustnej wita nas w równie ciężkim, choć rzecz jasna chwytliwym utworze, przewrotnie zatytułowanym Love Song. Mamy tu to wszystko, co było w utworze poprzednim, choć tu dodano odrobinę bluesa i hard rocka z lat '80 (refren). Fajnie zrobiono zwrotki - na modłę... zespołów parających się tym, co dziś nazywa się hard corem czy jakoś tak. Mi kojarzy się to z dokonaniami takich tuzów jak Body Count czy Dog Eat Dog. Zwróćcie uwagę na tło pod solówką. Niewielu basistów umie sobie radzić w taki sposób. Bluesująca gitara wita nas w Life's A Bitch. Kawałek się rozkręca w klimatach southern rockowych. Znów wrażenie robi na mnie wstęp do refrenu. Najpierw ultra brutalne wejście, a potem przebojowość i melodyjność hard rocka. Może podobać się użycie wah-wah w tym utworze i krótkie, klimatyczne zwolnienie, po którym następuje solówka, która podzielona jest na dwie części, pierwsza - bluesowa, druga - hard rockowa. Lost to chyba taki ukłon w stronę tego, co Dupont robił do tej pory. Jest szybko i power metalowo. Nie podoba mi się to nagranie, psuje ono całe wrażenie tego, co do tej pory zespół zaprezentował. Można przeboleć. Na pocieszenie dostajemy bluesowy wstęp w Good Times. Rzecz jasna wszystko wraca do normy i znów mamy coś w klimatach nieco lżejszego Black Label Society z hard rockowymi refrenami. Podoba mi się grająca tu harmonijka ustna. Zawsze z przyjemnością słucham zabawy instrumentami w tej kompozycji, zanim gitarzysta wejdzie tu z solówką. Taka "podgotowka", jak mawiają Rosjanie, ale zrobiona w taki sposób, by słuchacza zaciekawić i stopniować napięcie. Teraz prawdziwy hicior - Hollow Words. Zajebista mieszanka tego jak grają zespoły prog metalowe (wstęp i partie gitarowe) oraz bluesowe (zwrotka). Oczywiście refren bardzo rockowy i melodyjny. Mi najbardziej podobają się tu partie instrumentalne. Ładne i bezbolesne przejście z klimatów stricte bluesowych do tych prezentowanych chociażby przez pana Petrucciego. Highway Run to taki "samochodowy" przebój, jeśli wiecie, co mam na myśli. Nie wiecie? No to okna w dół, muzyka na full i gaz do dechy. Ciężkie, wprost zabójcze, choć bardzo melodyjne riffy i przebojowy refren powodują, że nie można być wobec tego numeru obojętnym. Do tego zawodowa solówka, przypominająca nieco te wypadające spod palców "Szalonego Zachariasza". Arisen to znów ukłon w stronę amerykańskich zespołów grajacych southern rocka. Nie podoba mi się tu jedynie refren, który psuje całe wrażenie. W podobnym tonie southern rocka z dodatkiem nieco bluesa utrzymany jest Make My Day. Dynamiczne, ciężkie riffy i fajna praca basu w zwrotkach. Sposób gry pana Svena Rakowitza bardzo przypomina mi styl gry Mistrza basu, pana Butlera. Podoba mi się także melodyjny i wpadający w ucho refren. The End. Po prostu Magia. Wstęp przypomina mi to, co Grave Digger zrobił w swoim wykonaniu No Quarter Led Zeppelin... Z drugiej strony podobny utwór znalazł się na ostatnim wypieku Firewind. Przypomnijcie sobie Life Foreclosed i będziecie wiedzieć, z czym mamy tu do czynienia. Wspaniały kawałek i niewątpliwie jeden z najjaśniejszych punktów tej płyty. W takich numerach wokalista zwykle śpiewa z dużym emocjonalnym zaangażowaniem. Z przyjemnością muszę napisać, że pan Steffen Lauth stanął na wysokości zadania i doskonale wypełnił swoją rolę. Point Of Origin kończy się utworem Rockstar Blues. To jeden z takich numerów, które wywołują uśmiech na twarzy słuchacza. Niezobowiązujący, lużny i o wybitnie rozrywkowym charakterze bluesior, z brzękiem butelek i odgłosami imprezy w tle.

Czy panu "Cede" udało się zrobić coś innego? Niewątpliwie tak. Całość, za wyjątkiem tej jednej, nieszczęsnej wpadki jest bardzo dobra i spójna. Płyta dla fanów ciężkiego, południowego rocka i twardego amerykańskiego grania. Na pewno spodoba się fanom Zakka Wylde'a i spółki. Ode mnie 8,5/10. Debiut bardzo udany. Czekam na więcej. Tymczasem polecam ten album Waszej uwadze.

Oficjalna strona zespołu: www.downspirit.com

Vincent
październik 2010