Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DORO - Fear No Evil [2009]
Wydawca: AFM Records

  1. The Night Of The Warlock
  2. Running From The Devil
  3. Celebrate
  4. Caught In A Battle
  5. Herzblut
  6. On The Run
  7. Walking With The Angels
  8. I Lay My Head Upon My Sword
  9. It Kills Me
  10. Long Lost For Love
  11. 25 Years
  12. Wildfire [bonus w limitowanej edycji]
  13. You Won My Love [bonus w limitowanej edycji]
  14. Herzblut [multimedia track]
Fear No Evil

Skład: Doro Pesch - śpiew; Joe Taylor - gitara; Nick Douglas - gitara basowa; Oliver Palotai - instrumenty klawiszowe, gitara; Luca Princiotta - instrumenty klawiszowe, gitara; Johnny Dee (John DiTeodoro Jr.) - perkusja
Gościnnie: Tarja Turunen - śpiew w [7]

Produkcja: Andreas Gryhn, Doro Pesch i Torsten Sickert

Niemieckiej piosenkarki Doro Pesch, "Krolowej Metalu", jakoś szczególnie przedstawiać nie trzeba, to osoba dość szeroko znana w metalowym gronie. By zadośćuczynić jednak formalnościom, przypomnę, że sławę przyniosły jej w latach osiemdziesiątych występy w grupie Warlock (któż nie pamięta chociażby hitu All We Are?) i późniejsza kariera solowa. W zasadzie tę karierę solową wokalistka rozpoczęła w związku ze zmianą wytwórni, która zachowała prawa do nazwy zespołu, chociaż z drugiej strony w owym momencie Doro była już chyba jedyną personą pozostałą z oryginalnego składu. Anglojęzyczna publiczność była zniesmaczona niemieckim akcentem śpiewającej po angielsku wokalistki, ale czy słusznie?

Paradoksalnie, moim i nie tylko moim zdaniem ten niemiecki akcent Doro to jej największa siła, dzięki niemu piosenki stają się bardziej mocarne, a przecież o to w metalu chodzi. Metal grany przez artystkę to w zasadzie typowe niemieckie hard'n'heavy, czyli coś spomiędzy heavy metalu i hard rocka, przy tym dość melodyjne. Oto otrzymujemy kolejne dzieło sygnowane imieniem piosenkarki, Fear No Evil, kontynuujące stylistykę poprzedników, co jest akurat w tym wypadku plusem. Wprawdzie na krążku trudno mi się doszukać takich zapadających w pamięć kompozycji jak niegdyś Eye On You czy Bad Blood, ale nowy materiał też się broni. Mroczny wstęp do The Night Of The Warlock godzien jest swego tytułu, chociaż trochę sztampowy, pasuje jednak do klimatu utworu. Sama kompozycja mocno przypomina mi dokonania W.A.S.P., cała sekcja rytmiczna kojarzy mi się właśnie z ekipą Blackiego, a i w głosie wokalistki jakichś tam podobieństw do Lawlessa z tych wolniejszych kawałków doszukać się można. Niezły numer, ale najlepsze jeszcze przed nami. Przednie jest ciężkawe Running From The Devil, utrzymane w tempie wolniejszego marsza, z potężnymi rytmami w tle. Słychać, że cała kapela doskonale się zgrała i i zagadała tym samym muzycznym językiem. Podobają mi się tu solówki, swietnie dopasowane do potrzeb utworu, a Doro śpiewa w już bardziej typowy dla siebie sposób. Celebrate z założenia miał być zapewne czymś w rodzaju hymnu do odśpiewywania na tysiące gardeł na jakims stadionie, ale udał się "średnio na jeża". Niby jest tu fajny refren, melodyjny, łatwo zapamiętywalny, zachęcający do powtarzania, lecz sama piosenka jakoś nie posiada mocy. Być może to wina sekcji rytmicznej, która powinna tu potężnie przyłoić, także gitary nie wybrzmiewają adekwatnie do wymowy numeru. Miało być coś wielkiego, a wyszedł z tego zagrany bez przekonania kawałek. W Caught In A Battle grupa powędrowała w stylistykę metalową i popelniła strasznego gniota. Rozumiem, że tytuł piosenki wymagał czegoś bardziej bitewnego, ale efekt końcowy sprawia wrażenie grania zbyt chaotycznego, pozbawionego ładu i składu. W zasadzie słuchając takich kompozycji dochodzę do wniosku, że w takich wypadkach dużo łatwiej jest docenić kunszt Manowar ;). Tam też jest patetycznie, ale przynajmniej z czuciem. Na szczęście dalej mamy poruszającą balladę Herzblut, gdzie piosenkarka zdecydowała się zaśpiewać po niemiecku i wypada to wspaniałe. nie wiem czemu, ale przypomina mi to ballady Scorpions, gdzie wprawdzie mielismy język angielski, ale przecież z tym wyczuwalnym niemieckim akcentem. Mimo że ballady nie są najbardziej wyczekiwanymi przeze mnie utworami na krążkach, to muszę przyznać, że tutaj jest to jedna z najlepszych kompozycji. Ścieżka numer 6, czyli On The Run to typowy zapychacz, ktorego ratuje chyba tylko głos Doroty. Słuchać się tego oczywiście da, ale ekscytować się to już nie ma się tu czym. Ot, poprawnie zagrany numer i nic więcej. Wygląda na to, że ozdobą krążka są jednak ballady. Uwagę zwraca właśnie kolejne balladowe Walking With The Angels, gdzie nadzwyczaj dobrze zaprezentowała się prowadząca główne linie wokalne Tarja Turunen, była solistka z Nightwish. Rewelacji jakiejś co prawda nie ma, jest jednak odpowiedni klimat i piosenki naprawdę znakomicie się słucha. I Lay My Head Upon My Sword, interesujący tytuł, numer już mniej. Kawałek wolny, mający w sobie coś z tzw. bard metalu, czyli tych power metalowych kapel opiewających średniowiecze. Żartobliwie można go podsumować jako utwór power metalowy, tylko puszczony w kilkukrotnie zwolnionym tempie ;). Na kolana nie powala, ale z drugiej strony w porównaniu z takim Caught In A Battle, jest wręcz arcydziełem. Dalej następuje It Kills Me, jeszcze jeden wolny numer i mający w sobie coś z ballady. Pod względem wokalnym kojarzy mi się trochę ze słynnym vixenowskim Love Is A Killer. Co ciekawe, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że najsilniejszymi momentami tej płyty są ballady, gdyż posiadają najwięcej charakteru i kompozycyjnie wyróżniają się z reszty materiału. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Long Lost For Love, pomyślałem, że śpiewa tu Céline Dion. No jak nic, linia wokalna przypomina jak żywo słynny szlagier Kanadyjki z soundtracku to "Titanica". Aż się chce rzec, że to taki rockowy cover tamtej piosenki, podobieństwo to sprawia niestety, że jakoś nie potrafię podejść do tego kawałka na poważnie. Album zamyka jeszcze jedna zabójcza, rockowa ballada - 25 Years. Wolna, nastrojowa, przemyślana, robiąca wrażenie, jedna z perełek tej płyty. Na koniec wspomnę tylko, że Doro dobrała sobie całkiem niezłą ekipe do współpracy. Joe Taylor grał już wcześniej na gitarze z Litą Ford, gitarzysta i klawiszowiec Oliver Palotai zbieral doświadczenie w szeregach Blaze (tak, to kapela byłego wokalisty Iron Maiden), Kamelot i Circle II Circle. Odpowiadający za najniższe dźwięki w brzmieniu Nick Douglas współpracował z Chrisem Cafferym, podczas koncertów wspierał też Blaze, natomiast Johnny Dee bębnił w Waysted i Britny Fox.

Niestety nie obyło się bez zapychaczy i numerów dość przeciętnych, jednak dla tych kilku porządnych pozycji warto po krążek sięgnąć. Doro pozostaje w dobrej formie i szkoda tylko, że zanika gdzieś ta jej charakterystyczna ostrość w głosie. Fakt faktem, iż same piosenki też wędrują w nieco inne klimaty niż kiedyś. Mimo mankamentów uznaję Fear No Evil za płytę udaną i jak na razie jedną z lepszych, jakie się w tym roku ukazały. Warto posłuchać.

Oficjalna strona artystki: www.doromusic.de

Guitarrizer
kwiecień 2009