Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DOKKEN - Erase The Slate [1999]
Wydawca: CMC

  1. Erase The Slate
  2. Change The World
  3. Maddest Hatter
  4. Drown
  5. Shattered
  6. One
  7. Who Believes
  8. Voice Of The Soul
  9. Crazy Mary Goes Round
  10. Haunted Lullabye
  11. In Your Honor
  12. Little Brown Pill [tylko w amerykańskiej edycji]
  13. Upon Your Lips [tylko w japońskiej edycji]
  14. Sign Of The Times [tylko w japońskiej edycji]
Erase The Slate

Skład: Don Dokken - śpiew; Reb Beach - gitara prowadząca; Mick Brown - perkusja, śpiew; Jeff Pilson - gitara basowa, gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe

Produkcja: Neil Kernon i Michael Wagener

Mając na uwadze albumy Dysfunctional i Shadowlife bardzo sceptycznie podchodziłem do wieści o wydaniu płyty Erase The Slate. Z drugiej strony miałem świadomość, że obecność gitarzysty Reba Beacha już jest pewnego rodzaju gwarancją jakości, w końcu wymiatał on już w Winger i Alice Cooper...

Kiedy usłyszałem kawałek tytułowy, pomyślałem sobie, że wreszcie niebiosa zesłały nam Dokkena, jakiego uwielbiamy, czyli w starym dobrym stylu. Miałem nadzieję, że wszystkie kawałki będą takie jak Erase The Slate. Solidny gitarowy riff, doskonałe linie wokalne Dona i rewelacyjna solówka, czyli coś, co tygrysy lubią najbardziej. Niestety większość utworów na krążku jest zupełnie przeciętna. Znalazł się tu cover zespołu Three Dog Night o tytule One, ale nie jest to też żadna rewelacja. Pewnym ciekawym patentem jest numer Crazy Mary Goes Round, gdzie rolę wokalisty przejął perkusista Mick Brown. Jest to zresztą jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Zgodnie z duchem czasu zespół wyostrzył brzmienie, choć nie za bardzo pasuje ono do prezentowanego materiału. Zawiodłem się niestety również na grze Reba Beacha, gdyż miał on w swojej karierze dużo lepsze solówki. Tutaj popisał się jedynie w utworze tytułowym, reszta to właściwie taki standard. Zdecydowanym plusem albumu jest to, że zarzucono mało melodyjne i smutnawe granie, jakie charakteryzowało dwa poprzednie krążki.

Fanom Dokkena płytę mimo wszystko polecam, inni sympatycy brzmień z lat osiemdziesiątych powinni zapoznać się z materiałem jeszcze przed zakupem.

Oficjalna strona zespołu: www.dokken.net

Guitarrizer
grudzień 2003