|
Skład: Luke Stephens - śpiew; Jeff Allen - gitary, śpiew; Evan Garnell - gitara basowa, śpiew; Eric Allen - perkusja
Gościnnie: Shannon Stovall - wszystkie ścieżki perkusji i instrumentow perkusyjnych; Stan Martell - dodatkowe partie gitary basowej w [3] i śpiew w [2]
Produkcja: Stan Martell i Luke Stephens
Long Live Rock N' Roll! Ileż jeszcze będzie ten slogan powtarzany? Kiedyś Rainbow nagrali tak zatytuowany krążek i od tamtego czasu z zespołem Blackmore'a było coraz gorzej. Dirty Skirty pochodzą z Florydy i doprawdy nie wiem, dlaczego wybrali taką nazwę dla zespołu i tak zatytułowali swój debiutancki album. Chociaż niektórzy stwierdzą, że grunt to łatwa i zapamiętywalna nazwa na start. Nie zrażając się pretensjonalnością tytułu i nazwą kapeli wysłuchałem uważnie debiutu Dirty Skirty.
Płytę rozpoczyna utwór Ride, który jest żywiołową porcją rock and rolla zagranego z odpowiednim nerwem. Nieco manieryczny wokal Luke'a Stephensa idealnie pasuje do takiego grania. Pewnie gdyby Rolling Stones mieli po 40 lat mniej, graliby właśnie taką muzykę. Oczywiście ma to odpowiednią ostrość i przypomina stylistycznie The Last Vegas, z tym że w mojej ocenie panowie grają z większym polotem niż ekipa z Chicago, no i mniej w tym punka. King Sleaze jak sama nazwa wskazuje, musi mieć odpowiednie podłoże tematyczne i takowe posiada. Muzyka niczym nas nie zaskakuje, chociaż mniej w tym ikry niż w poprzednim numerze. Lepiej natomiast wypada Red Light Go. Niby prosty refren, a jednak jest w tym haczyk i od razu wpada w ucho. Grupa nie sili się na wirtuozerię, choć należy dodać, że brzmienie instrumentów zdecydowanie selektywne, trochę twarde jak u AC/DC, ale nie oszukujmy się, takie najlepiej pasuje do tego rodzaju grania. Dirty Angel ma coś w filozofii Mötley Crüe i pewnie wielu starych fanów ekipy Sixxa żałuje, że ich pupile nie grają w taki sposób, tylko przerzucili się na ostrzejsze, bardziej metalowe brzmienie. Virgin Slayer - co za tytuł! Mam wrażenie, że panowie nie wylewają za kołnierz, gdyż co drugi kawałek o chlaniu. Ale już całkiem serio, muzycznie numer mnie rozczarowuje, mimo że posiada tak świetny tytuł. Zabrakło dobrego refrenu i nerwa. Szkoda. Long Live Rock N' Roll natomiast od razu przypadł mi do gustu, bo skojarzył mi się z grupą Innocent Rosie, którą bardzo polubiłem w zeszłym roku. Co prawda tytuł mógłby sugerować jakiś szybki numer w stylu Chuck Berry na sterydach,
ale niczego takiego tu nie ma. Prawie metalowe riffy i średnie tempo. Tak trzymać. Playin' With Girls może się spodobać, ale nie od razu. Przy pierwszym odsłuchu zupełnie mnie nie ruszył. Wydał mi się niemrawy i mało żywiołowy, jednak jak się okazuje, wszystko to miało sens, gdyż utwór ma swoją specyfikę, która kreuje nastrój w bardzo ciekawy, quasi bluesowy sposób. Niby The Dogs D'amour, ale jednak ostrzej. Bardzo dobry refren i świetne solo. Cóż, jeden z moich faworytów na płycie. Loud to szybki kawał heavy metalu z punkowym wokalem. Trochę pod Skid Row z okresu Slave To The Grind. Może się podobać. Spill Your Heart Out Tonight to programowa ballada, której miałem nadzieję na tej płycie nie usłyszeć. AC/DC nie nagrywali ballad, nie wiem zatem, po co Dirty Skirty ballada. Raczej do moich faworytów ten kawałek nie należy. Przypomina, owszem, stare sleazowe ballady, tyle że wokalnie bliżej temu do Nickelback niż do Motleyów czy Faster Pussycat. Na koniec All The Way brzmi niczym Sweet FA na swojej debiutanckiej
płycie. Ramy gatunku zostały zachowane. Utwór całkiem niezły, mimo że ciut za długi jak na takie granie (nie mówcie panowie, że nie opędzilibyście tego w 3 i pół minuty).
Tytułem podsumowania, debiutancki album Dirty Skirty o pretensjonalnym tytule to kawał porządnie zagranego rock and rolla, momentami bardzo porywającego w najlepszym stylu mistrzów. Płytę polecam z czystym sumieniem wszystkim fanom sleaze rocka, zarówno tego spod znaku Hanoi Rocks jak i tego spod znaku Mötley Crüe. Oby więcej takich albumów w przyszłości. A jednak long live rock and roll!
Oficjalny profil zespołu na MySpace: www.myspace.com/dirtyskirty
LSDisease grudzień 2010
|