|
Skład: Binge Daniels - śpiew; Spanky Savage - perkusja; Jonny Prynce - gitary; Tyno Vincent - gitara basowa
Produkcja: Johnny Lima
Dwa lata wcześniej wydali jeden z ciekawszych sleazowych albumów. Teraz powracają. Jeśli wierzyć tytułowi płyty: młodzi i gniewni. Czego można było się spodziewać po najnowszym wydawnictwie amerykańskiego Dirty Penny? Jeżeli chodzi o mnie, to liczyłem ponownie na świeżość znaną z debiutu, miałem nadzieję na złość, ba! na wściekłość. Pierwsze recenzje, jakie zebrał krążek, były pozytywne, więc odpowiednio się do niego nastawiłem. Nie lubię takich sytuacji, często zdarza się, że nadzieje okazują się płonne. A jak było tym razem?
Zespół gra swoje. To chyba najważniejsze. Styl grupy nie uległ poważnym zmianom, a panowie postawili na sprawdzoną formułę. Można powiedzieć, że Young & Reckless stanowi kontynuację drogi obranej przed paroma laty. Kapela wzbogaciła listę swoich inspiracji o takie młode formacje jak Gemini 5, czy też Hardcore Superstar, nie zapomina jednak o swoich muzycznych guru, czyli o Motleyach. Co ciekawe, najnowsze albumy Hardcorów oraz Dirty Penny w podobny sposób mi się słuchało. Produkcją krążka zajął się ponownie Johnny Lima i tym razem dostrzec można pewne podobieństwa brzmieniowe w stosunku do wydanego w tym roku solowego krążka Limy, a mianowicie Livin' Out Loud. Nie chodzi o to, że Kalifornijczycy grają lżej, ale po prostu Lima stał się ostrzejszy. Dirty Penny stracili trochę swojego niedbałego brzmienia na rzecz bardziej dopracowanych dźwięków. Na szczęście zachowany został odpowiedni balans i muzyka nie wydaje się zbyt wypolerowana. Kalifornijczycy wypełnili longplaya po brzegi bardzo solidnym materiałem. Podziwiam ich za to, że na krążku nie umieszczono żadnego wypełniacza. Powtórzę: ani jedna z trzynastu ścieżek nie uchodzi w mojej ocenie za złą kompozycję. To rzadko się zdarza. Patrząc na problem z drugiej strony, po kilkunastokrotnym przesłuchaniu płyty trudno przypomnieć mi sobie poszczególne utwory, gdyż najzwyczajniej w świecie zlewają się w jedną całość. Zaczyna się mocno, od szybkiego If I Were You I'd Hate Me Too. Jest to solidna, niezła ścieżka, ale w mojej ocenie przypomina pracę rzemieślnika. In Luv With Insanity ma w sobie coś więcej, zespół serwuje świetne, mocarne chórki, podobać się może praca perkusisty. Zresztą jeżeli chodzi o brawa dla pałkarza, to odnoszą się one do całego wydawnictwa. Nawalanka pierwsza klasa. L.C.S jest cięższe, ale tylko nieznacznie. Bardzo łatwo wpada w ucho za sprawą chórków i refrenów. Na uwagę zasługuje również melodyjna solówka gitarowa. Zwrócę także uwagę, że gitarzysta udowadnia, że ma pełno pomysłów. Właściwie każde solo na krążku jest zagrane z odpowiednim pomyślunkiem i tak, że przyjemnie się go słucha. On My Sleeve jest bardziej melodyjne, a wokalista tym razem nie wrzeszczy, ale stara się śpiewać delikatnie. Piątka to jeden z moich krążkowych ulubieńców. Goin' Out In Style ma świetnie dobraną nazwę. Patrząc na całe Young & Reckless jest to pierwsza kompozycja, którą określiłbym jako najbardziej typowe Dirty Penny. Zespół nagrał kawałek kojarzący się z genialnym Vendetta sprzed dwóch lat, tylko, że tym razem panowie zaproponowali wolniejsze tempo. Stand On My Own również idzie w kierunku stylu zaprezentowanego na debiucie formacji i ponownie jest to strzał w dziesiątkę. Po prostu lubię taką nieskrępowaną złość i energię. Sleeping Dogs zaskakuje za sprawą inaczej prowadzonych linii wokalnych, kojarzących mi się ze skandynawskim śpiewaniem. Gdybym miał wybrać najmniej ciekawą ścieżkę z płyty, to pewnie byłby to właśnie ten numer. Podkreślę jednak, że nie jest zły. Devil In Me tak jak Goin' Out In Style oraz Stand On My Own kojarzą mi się z wydanym przed dwoma laty albumem. Moc, moc i jeszcze raz moc, choć ponownie dość wolne tempo. Dead At 16 dba o to, żeby materiał na płycie był bardziej urozmaicony. Brzmienie niby to samo, ale inna melodia, trochę inne aranżacje, a do tego zupełnie odmienne refreny, wciąż bardzo melodyjne i łatwo wpadające w ucho. Livin' Rock to solidna ścieżka kojarząca mi się trochę z Kix mieszanym oczywiście z Motleyami. Jej wadą jest chyba to, że umieszczono za nią znacznie lepszy kawałek w postaci Run To You. Jest to najbardziej odmienne nagranie w historii kapeli, a dzieje się to za sprawą innego, acz rewelacyjnego gitarowego riffu oraz równie rewelacyjnych, leppardowych chórków. Gdyby tempo było wolniejsze, to numer mógłby uchodzić za power balladę. Na zakończenie mamy Crash And Burn, w którym gitarzysta przyspiesza znacznie i gra w stylu Brenta Woodsa z Wildside. Zapominam czasami o Wrecking Ball, a przecież jest to kolejna przednia ścieżka, zagrana tym razem hair metalowo, rock&rollowo i kowbojsko zarazem. W sam raz na pijacką imprezę, czy też hard rockowy zlot.
Dirty Penny są załogą pierwszoligową. Nagrali album pełen świetnych kompozycji. Jego pierwsza połówka przypomina momentami pracę rzemieślnika, ale druga część to zdecydowanie dzieło utalentowanego wizjonera. Myślę, że Kalifornijczycy przypieczętowali swoją pozycję jednego z najlepszych hardrockowo-sleazowych zespołów obecnych czasów. Liczę na jeszcze więcej w przyszłości, a na razie szczerze polecam.
Oficjalna strona zespolu: www.dirtypennysucks.com
Guciomir październik 2009
|