|
Skład: Binge Daniels - śpiew; Spanky Savage - perkusja; Jonny Prynce - gitary; Tyno Vincent - gitara basowa
Produkcja: Johnny Lima
Glam i sleaze wzbudzają mieszane uczucia. Jedni je uwielbiają, inni ich nienawidzą. Ostatnimi czasy wziąłem się za nadrabianie zaległości, jeżeli chodzi o płyty wydane w 2007 roku i tym oto sposobem natrafiłem na prawdziwą perełkę. Mowa tu o Dirty Penny - młodej, kalifornijskiej formacji, o której zrobiło się niedawno dość głośno. Debiutancki krążek kapeli zdobył uznanie krytyków i fanów, a ja sam zastanawiam się, jakim cudem nie wpadł mi on wcześniej w ręce.
Chłopaki początkowo nazywali się Antidote, ale z powodów prawnych musieli poszukać sobie innej nazwy. Sukcesem, który utorował im drogę do kariery, było wygranie konkursu JPOT Music. Nagrodą była możliwość koncertowania na festiwalu Rocklahoma i tym samym zespołowi trafiła sie okazja, by pokazać się szerszej publiczności. Muzycy wykorzystali daną im szansę, gdyż o grupie zrobiło się dość głośno, a rosnąca ilość internetowych fanów ułatwiła podjęcie decyzji o wydaniu własnymi siłami swojej pierwszej płyty, zatytułowanej zadziornie Take It Sleezy. Amerykanie zainspirowani najwyraźniej sukcesem Crashdïet zabrali się za komponowanie materiału z wyjątkową werwą. Tworzą taką muzykę, jakiej można się spodziewać patrząc zarówno na nazwę krążka jak i na image zespołu. Dużym plusem Dirty Penny jest to, że grając świetnie się przy tym bawią. Mógłbym się założyć o stówę, że przez połowę dzieciństwa zasłuchiwali się utworami Mötley Crüe. Ci weterani gatunku stanowią w mojej ocenie jedną z najważniejszych inspiracji, która ukształtowała oblicze dzisiejszego Dirty Penny. Piwo dla tego, kto przekona mnie, że takie kawałki jak chociażby Push Come To Shove czy też Midnight Ride nie mogłyby się znaleźć na pierwszych płytach Motleyów. Kalifornijczycy mają w sobie tę samą zawziętość i chwilami ma się wrażenie, że słucha się zaginionego albumu z dyskografii Crue. Motleyowy duch unosi się nad całym wydawnictwem i dla fanów starego grania płyta powinna stanowić nie lada gratkę. Pierwszym hitem jest niewątpliwie Vendetta. Kawałek został wypromowany na koncertach i stał się wizytówką kapeli. Był to zresztą bardzo słuszny wybór, utwór jest wyjątkowo chwytliwy, dynamiczny i ma w sobie tę magiczną bezkompromisowość, której popularność odrodziła się niedawno za sprawą takich kapel jak chociażby Crashdïet. Refren wspomnianego kawałka jest tym, co lubią miłośnicy melodyjnych brzmień. Bardzo przyjemnym zaskoczeniem jest ładna, melodyjna i wcale nieprymitywna solówka gitarowa. Karięrę robi również umieszczone dwukrotnie na płycie Sleeze Disease. Za pierwszym razem mamy do czynienia z niezłym rockerem. Moim zdaniem kawałek nabiera prawdziwej głębi w wystylizowanej na balladę wersji akustycznej. Większość materiału zawartego na płycie jest do siebie dość podobna i stanowi to zaletę wydawnictwa, gdyż osoby, które oczekują przebojowego sleazu, otrzymają go w dużej dawce. Uprzedzam również, że na krążku ciężko jest znaleźć wypełniacze i pomimo częstego przesłuchiwania, nie nudzi się ono szybko. Na tle całego materiału swoją odmiennością wyróżnia się kompozycja zatyłowana Black 'N Blue. I chociaż nadal można usłyszeć tutaj Vince'a Neila to jednak tym razem Dirty Penny dorzucili inspirację wczesnym Van Halenem (z takich kawałków jak chociażby Ice Cream Man). Miód dla uszu. Oprócz ekipy Eddiego możemy również chwilami usłyszeć Def Leppard , L.A.Guns oraz Guns N' Roses. Inspiracje te są rozrzucone po całym wydawnictwie i powinny stanowić dobrą rekomendację dla tych osób, które lubują się w takiej muzyce.
Amerykanom udało się coś, czego mało kto mógł się spodziewać. Zostawili w tyle skandynawskie kapele, które ostatnimi czasy opatentowały na własność ten rodzaj muzyki. Take It Sleezy nie wnosi nic nowego, zawarty na nim materiał jest jednak na tyle mocny, że o kapeli po prostu musi być głośno. Szkoda tylko, że brak promocji i brak zewnętrznego wydawcy ograniczą najprawdopodobniej sprzedaż płyty do kilkunastu tysięcy egzemplarzy. Tak czy inaczej, jest to duży krok w stronę sukcesu. Grono wiernych fanów kapeli systematycznie rośnie.
Oficjalna strona zespolu: www.dirtypennysucks.com
Guciomir styczeń 2008
|