Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

DIRTY LOOKS - Turn Of The Screw [1989]
Wydawca: Atlantic Records / WEA / A&M

  1. Turn Off The Screw
  2. Nobody Rides For Free
  3. C’Mon Frenchie
  4. Take What Ya Get
  5. Hot Flash Jelly Roll
  6. Always A Looser
  7. L.A. Anna
  8. Slammin’ To The Big Beat
  9. Love Screams
  10. Go Away
  11. Have Some Balls
Turn Of The Screw

Skład: Henrik Ostegaard - śpiew, gitary; Paul Lidel - gitary, chórki; Jack Pyers - gitara basowa; Gene Barnett - perkusja

Produkcja: Jon Janson

Rok po wydaniu cieszącej się sporym powodzeniem, będącej workiem potencjalnych przebojów płyty Cool From The Wire, Dirty Looks postanowili pójść za ciosem, nagrywając nowy materiał. Podobno już po jego pierwotnym zarejestrowaniu w studiu zespół zrezygnował z usług producenta Beau Hilla, nawiązując w współpracę z Jonem Jansonem. Była to logiczna konsekwencja ewolucji brzmienia kompozycji kwartetu w kierunku rzeczy trochę ostrzejszych, bardziej surowych, chropowatych, aczkolwiek nie rezygnujących z wcześniejszej melodyjności. Spowodowało to jeszcze większe zbliżenie muzyki kwartetu do dokonań swojego głównego źródła inspiracji, czyli AC/DC. Ale nie po raz pierwszy okazało się, że grunt to mieć dobre wzorce...

Pomimo braku wygładzonej produkcji i tym razem grupa zaoferowała swoim fanom porcję muzyki chwytliwej i przebojowej. Ostegaard dalej wyśpiewuje swoje frazy piskliwym głosem, tu i ówdzie naśladując Briana Johnsona. Ma to swój urok w połączeniu z riffami zaczerpniętymi rodem z wczesnej twórczości Australijczyków i solówkami, w których wciąż słyszalne są wpływy Rika Emmetta z Triumph (sprawia to ich melodyjność oraz granie nieco przytłumionych dźwięków), chociaż te ostatnie są już jednak mniejsze. Partie gitar Lidela i Ostegaarda tworzą harmonijną, perfekcyjnie uzupełniającą się całość, a wtóruje im dzielna, choć niespecjalnie wyrafinowana sekcja rytmiczna. Znajdujący się na początku utwór tytułowy przywodzi na myśl Cool From The Wire, czyli mamy tu wszystkie wyróżniki stylu, do którego formacja przyzwyczaiła nas na poprzednim albumie - średnie tempo, konkretne riffy, melodyjne: podkłady gitarowe i solówkę i od razu wpadający w ucho refren z radującymi duszę chórkami. Co prawda jest to swego rodzaju powtórka z rozrywki, ale takich powtórek nigdy dość. Dobrą passę kontynuuje rozkołysany Nobody Rides For Free, w którego riffach wprawne ucho odnajdzie odniesienia do... glam rocka lat 70-ych (zwłaszcza do takich wykonawców, jak T. Rex) Oczywiście sleaze rockowy, zadziorny wokal i wszechobecne solówki gitarzysty są z zupełnie innej bajki, co w sumie składa się na ciekawe połączenie dwóch stylów. Niezbyt szczęśliwym posunięciem było według mnie umieszczenie na pozycji trzeciej punkrockowego C’mon Frenchie. Gitary dalej brzmią tu rasowo, ale głos gardłowego zbliża się do stłumionego wrzasku (co, niestety, jest również wadą najnowszych wydawnictw zespołu). Riffy kolejnego Take What You Get w zwrotce, podobnie jak linie wokalne i specyficzny sposób akcentowania, kojarzą mi się z dużo późniejszym Procederem naszego TSA. Pewnie było to wzorowane na AC/DC (co słychać szczególnie w solówce i w bluesującej końcówce), tak czy inaczej ten utwór to następna dawka porządnego rockowego mięcha. W bujającym Hot Flash Jelly Roll chłopaki nie spuszczają z tonu. Tym razem niemal skandowana zwrotka i wykrzykiwane chórki przypadną do gustu miłośnikom sleaze rocka i takie było chyba zamierzenie naszej czwórki. Mnie najbardziej spodobał się tu bridge. W Always A Looser mamy właściwie kontynuację tego samego stylu. Zwrotki tej piosenki i jednostajny riff napędowy są nieco nużące, ale ratuje ją ultramelodyjny refren, idealnie nadający się do chóralnego wyśpiewywania na koncertach. Znacznie ciekawszą kompozycją jest L.A. Anna, nagrana zgodnie z obowiązującą w końcówce lat 80-ych modą na glam metal. Lekko funkujące rytmy zestawiono tu ze swobodnie grająca gitarą Lidela, nie zapowiadająca niczego specjalnego zwrotkę - z refrenem , który po prostu wysadza z siodła. Nietypowe linie wokalne chórków, które weń zmyślnie wpleciono, kojarzą się z China Boy Heavy Pettin. Całość uzupełnia shredderska solówka, dowodząca że wioślarz sporo potrafi... Kolejne dwa numery odstają jednak in minus od wcześniejszych. Rockandrollowy Slammin’ To The Big Beat niemal dokładnie odwzorowuje dokonania AC/DC z Bonem Scottem w składzie, jednak brakuje w nim ciekawego rozwinięcia, czegoś, co by do niego przyciągało. Podobnie rzecz ma się z dynamicznym Love Screams, przywodzącym na myśl Kix z płyty Midnite Dynamite - tutaj brak dobrego refrenu aż "kłuje w uszy" i utwór zaczyna szybko nużyć. Na osłodę pozostaje więc Go Away, zupełnie insza inszość w wersji balladowej. Bardzo niekonwencjonalna to kołysanka, wyczuwa się w tej melodii masę podskórnego żalu, tłumionej złości. Wrażenie to jest potęgowane przez hipnotyczne podkłady gitar w zwrotce i celowo drażniące riffy refrenu. Brak słodzenia i niebanalne rozwiązania aranżacyjne czynią z dziesiątej piosenki najciekawszą (obok L.A. Anna) kompozycję w całym zestawie. Na jego zakończenie mamy Have Some Balls, pełen temperamentu, werwy i sleaze rockowej ekspresji, choć z drugiej strony bliźniaczo podobny do wynurzeń Kix. Nie ukrywam, że słuchałoby się go przyjemniej, gdyby Dirty Looks postarali się o lepszy refren.

Turn Of The Screw, choć nie dorównywał poprzedniemu krążkowi formacji, dalej trzymał solidny poziom. Znalazło się tu kilka wypełniaczy, które jednak nie są w stanie zmienić mojej pozytywnej opinii o albumie jako całości. Rekompensowały to bowiem kawałki porządne i bardzo dobre. Płytę polecam nie tylko fanatykom grania wzorowanego na AC/DC, również zwolennicy glam i sleaze rocka znajdą tu coś dla siebie.

Oficjalna strona zespołu: www.dirtylooksmusic.com

Hardlover
wrzesień 2009