|
Skład: Henrik Ostegaard - śpiew, gitara rytmiczna; Paul Lidel - gitara prowadząca, chórki; Jack Pyers - gitara basowa, chórki; Gene Barnett - perkusja, chórki
Produkcja: Max Norman
Amerykańska kapela Dirty Looks powstała w 1983 roku w Kalifornii z inicjatywy duńskiego wokalisty Henryka Ostegaarda i basisty Jacka Pyersa, do których po przenosinach do Pensylwanii dołączyli gitarzysta Paul Lidel i perkusista Gene Barnett. Przez kilka lat formacja była znana tylko lokalnie, w tym czasie nagrywając dla niezależnych wytwórni eponimiczny, debiutancki album i drugą płytę, zatytułowaną In Your Face. Sytuacja ta zmieniła się po podpisaniu kontraktu z koncernem Atlantic Records, pod szyldem którego wydano trzeci (czasem uznawany błędnie za debiut) krążek zespołu, będący przedmiotem tej recenzji Cool From The Wire. Tytułem uzupełnienia należy dodać, że znalazły się na nim nowe wersje czterech utworów z poprzedniego albumu.
Od początku istnienia zespół oskarżano o jawne kopiowanie stylu AC/DC, chociaż po dokładnym zapoznaniu się z materiałem zawartym na Cool From The Wire słychać, że epigoni Australijczyków dorzucili tutaj sporo własnych pomysłów. W porównaniu ze swoim głównym źródłem inspiracji muzyka proponowana przez Dirty Looks jest mniej chropowata, ale zyskuje przez to na melodyjności i przebojowości. W wielu momentach gitarzysta wydobywa ze swojego instrumentu dźwięki będące skrzyżowaniem solówek AC/DC i AOR-owego Triumph. Perfekcyjne współbrzmienie gitar w poszczególnych kompozycjach znamionuje pewną klasę formacji (aczkolwiek jej członkowie nie są żadnymi wirtuozami). Już w numerze inaugurującym wydawnictwo można usłyszeć wszystkie wyróżniki stylu grupy - począwszy od prostego, chociaż chwytliwego riffu, poprzez charakterystyczny, świdrujący wokal, specyficzną grę Lidela, po melodykę. Utwór jest utrzymany w średnim tempie, nieco wygładzone brzmienie instrumentów kontrastuje z ostro brzmiącym, wysokim głosem Ostegaarda. Stylistycznie piosence blisko do AC/DC z okresu z Bonem Scottem (z tym, że jest bardziej melodyjny), myślę że spokojnie mogłaby się znaleźć np. na Highway To Hell Australijczyków. It’s Not The Way You Rock z nieco bardziej poszarpanym riffem bliżej już do AC/DC z czasów Flick On The Switch. Interesująca jest tu praca gitar (zresztą tak jest na całej płycie): z gitary rytmicznej od czasu do czasu wyodrębniane są wstawki odbiegające od linii głównego riffu, ciekawie brzmią też ozdobniki gitary prowadzącej. W Can’t Take My Eyes Of You formacja uderza w tony bardziej liryczne: chociaż tempo nie ulega zasadniczej zmianie w stosunku do poprzednich numerów, ten kawałek odbiera się jak balladę. Prościutką, ale chwytająca za serce, może dzięki melodii typowej dla lat 80-ych? Solówka jako żywo przypomina te grane przez Triumph, jest ona formą muzycznego uzupełnienia głównego motywu, graną trochę przytłumionymi dźwiękami. Promowany wideoklipem, zawadiacki, pełen energii Oh, Ruby to Dirty Looks w bardziej zadziornej, mocno sleaze rockowej odsłonie. Szybszy od poprzedników, śpiewany tym razem z manierą Briana Johnsona (takie wrażenie ma się zwłaszcza podczas słuchania "deklamowanego" bridge), ze skandowanym refrenem, któremu blisko do piosenek Junkyard. Piąty z kolei Tokyo powinien stać się wielkim przebojem. Bazuje na łatwo zapadającym w pamięć riffie i świetnej melodii, jakiej próżno byłoby szukać na płytach Johnsona i spółki. Zgrabna, ilustracyjna solówka idealnie wpasowała się w klimat kompozycji, zresztą nie pierwszy raz. Zaskakującą zmianę atmosfery przynosi Wastin’ My Time, zdradzający wyraźne inspiracje bluesem, ale dość monotonny, przez co niespecjalnie przypadł mi do gustu. W Put The Spell On You znów mamy odwołanie do AC/DC z wczesnego okresu z Johnsonem - tutaj Ostegaard stara się podobnie rozkładać akcenty, nawet riffy i solówka są nieodrodnymi dziećmi australijskiej ekipy. Natomiast No Brains Child zawiera wyraźne zapożyczenia z Dokken; powtarzający się tu co chwilę riff przewodni jest jakby odwzorowaniem tego z Dream Warriors i intrygująco wypada jego połączenie z typowo AC/DC-owym chórkiem w refrenie. Get It Wright oparto właściwie na tym samym pomyśle, czyli na "dokkenowych" riffach i ubarwianych przez chórki liniach wokalnych znanych z poprzednich piosenek; tutaj znów bardzo mi się podobają smaczki wychodzące spod palców gitarzysty. Nietypowe, choć utrzymane w podobnej stylistyce riffy mamy za to w It’s A Bitch, kolejnym znakomitym punkcie albumu z refrenem dosłownie nie pozwalającym usiedzieć w miejscu. Krążek zamyka nieco spokojniejszy Get Off, który szczerze mówiąc jest tylko średnim rockerem, raczej nie wnoszącym do całości niczego nowego, chociaż poprawnie zagranym.
Cool From The Wire to czterdzieści jeden minut prawdziwej karuzeli z przebojami, dosyć schematycznej, ale chwytliwej i równiutkiej, pozbawionej większych wpadek. Okazało się, że później członkowie zespołu zatracili gdzieś potencjał, który w nich drzemał i żadna z kolejnych płyt w bogatej dyskografii Dirty Looks nie dorównała temu wydawnictwu, uważanemu przez wielu za kultowe. Album gorąco polecam wszystkim miłośnikom hardrocka.
Oficjalna strona zespołu: www.dirtylooksmusic.com
Hardlover maj 2009
|