|
Skład: Mark Knopfler - śpiew, gitary; Hal Lindes - gitary; Alan Clark - pianino, instrumenty klawiszowe, syntezatory; John Illsley - gitara basowa; Pick Withers - perkusja
Gościnnie: Mike Mainieri - wibrafon, marimba w [2, 4]; Ed Walsh - programowanie syntezatorów
Produkcja: Mark Knopfler
Ceniąc miłość bardziej od złota musisz zdawać sobie sprawę z tego, że możesz nie dotrzeć do tak wielkiej rzeszy odbiorców, do jakiej byś chciał. Wiedział o tym Mark Knopfler, gdyż nagrywając czwarty krążek pod szyldem Dire Straits zdecydował się nie tylko na woltę stylistyczną, ale również na zmianę ciężaru gatunkowego samych kompozycji. Pewnie było to wyrazem nie do końca zaspokojonych artystycznych ambicji lidera zespołu, a może po prostu chęci spróbowania czegoś innego? Skład formacji uległ rozszerzeniu, pojawił się w nim drugi gitarzysta - Hal Lindes oraz utalentowany klawiszowiec, Alan Clark, co miało niebagatelny wpływ na brzmienie. Powyższe czynniki sprawiły, że powstało dzieło odbiegające od tego, co ekipa Knopflera zarejestrowała na wcześniejszych albumach, absolutnie wyjątkowe, intrygujące i wspaniałe.
Zawarta na nim muzyka wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Jak na hard rock jest zbyt lekka, delikatna, a przy tym rozbudowana, jak na rock progresywny jednak za mało zawiła (chociaż da się usłyszeć pewne nawiązania do jazzu i klasyki). Zupełnie umownie można do niej przykleić niewiele znaczącą etykietkę "art rock". Aranżacje rozpisano tu na bogate instrumentarium, w którym obok gitar, pianina i instrumentów klawiszowych, znalazło się również miejsce na raczej nie kojarzący się z rockiem wibrafon, czy marimbę. W stosunku do poprzedniej płyty zespołu (Making Movies) nastąpiła również wyraźna zmiana brzmienia, polegająca m. in. na wprowadzeniu bardziej przesterowanych gitar i wysunięciu na pierwszy plan klawiszy i syntezatorów, których partie są tak samo ważne, jak motywy odgrywane przez dwójkę wioślarzy. Natomiast same utwory są dłuższe i bardziej skomplikowane, a przy tym niesamowicie emocjonalne i pełne różnorodnych pomysłów, smaczków aranżacyjnych. Ten przepych możemy podziwiać już w umieszczonej na początku, czternastominutowej, dźwiękowej opowieści o rozwoju wielkiego miasta, zatytułowanej Telegraph Road. Niezbyt optymistycznej, bo mówiącej również o bezrobociu, alienacji i braku perspektyw jego współczesnych mieszkańców. Pod względem czysto muzycznym jest to suita z mistrzowsko budowanym napięciem, współtworzonym przez wchodzące po kolei partie poszczególnych instrumentów i kilkakrotnie zmieniane tempo, odwołaniami do muzyki poważnej (słyszalnymi w cudownym dialogu pianina i gitary duetu Clark-Knopfler, zagranym w piątej i szóstej minucie), suita, której motywów wystarczyłoby na obdzielenie kilku innych piosenek. Weźmy na przykład pierwszą, bardzo pomysłową solówkę gitarową albo niepokojące, finałowe crescendo, będące kulminacyjnym momentem całości. Linie wokalne tego długiego, ale w ogóle nie nużącego utworu, nasuwają skojarzenia z najbardziej ambitnymi kawałkami Bruce’a Springsteena z połowy lat 70-ych. Drugą odsłoną nowego oblicza Dire Straits był kameralny Private Investigations, jeden z najbardziej niezwykłych numerów w historii muzyki rozrywkowej. Oparty na wiodącej roli gitary klasycznej, której mocno inspirowane muzyką hiszpańską linie są w subtelny sposób uzupełniane przez pianino, klawisze, marimbę i melodeklamację wokalisty. Stojący za mikrofonem pan wciela się tu w postać zgorzkniałego detektywa, obserwującego świat pełen kłamstw i obłudy. Obok solówek najbardziej podobają mi się tu rozdzierające spokój akordy w końcówce kompozycji, wspomagane syntezatorami generującymi dźwięki jakby wyjęte z filmu kryminalnego. Trzeci z kolei Industrial Disease - najkrótszy w zestawie, pomimo to prawie sześciominutowy! - to muzyczny żart, w warstwie tekstowej wykpiwający wielkomiejskie fobie i frustracje. Natomiast muzycznie budzi skojarzenia ze stareńkim rock and rollem, tyle że przetworzonym w bardzo nietypowy sposób, z zastosowaniem wszechobecnych klawiszy i syntezatorów (w tle słychać odgłosy naśladujące pracę fabryki). Tytułowy Love Over Gold jest wysublimowaną balladą, charakteryzującą się rozbudowanymi: aranżacją i instrumentarium, w skład którego wchodzi tym razem m. in. wibrafon, ciekawymi przejściami rytmicznymi, wielością akordów i - co najważniejsze - również piękną melodią, wykazującą duże podobieństwo do melodii Private Dancer Tiny Turner (trzeba wspomnieć, że ten ostatni numer został napisany przez Knopflera i pierwotnie miał się znaleźć na Love Over Gold). Do gustu przypadły mi tu zwłaszcza wysmakowane, gitarowo-klawiszowe pasaże oraz jazzujące, prawdziwie czarodziejskie partie wibrafonu w końcówce. No i na samym końcu z klawiszowo-gitarowego sosu wyłania się It Never Rains, kawałek pomyślany chyba jako hołd dla twórczości Boba Dylana - tyle w nim do niej nawiązań, zarówno pod względem specyficznych podkładów (to nieśmiertelne brzmienie Hammondów!) jak i artykulacji w śpiewie lidera. Tutaj, podobnie jak w Telegraph Road, również mamy do czynienia z długim, instrumentalnym finałem, dlatego też ta smutna piosenka spina solidną klamrą całą płytę.
Filozofię opisanego powyżej wydawnictwa najlepiej oddaje tekst utworu tytułowego, w którym jest mowa o podążaniu własnymi ścieżkami i wierności samemu sobie, nie oglądaniu się na chwilowe mody (takie podejście, jak wiemy, opłaciło się, gdyż swego czasu krążek stał się numerem 1 w Wielkiej Brytanii). Z perspektywy czasu widać, że Love Over Gold stanowił szczyt możliwości ekipy Knopflera, wyznaczając standardy nieosiągalne dla wielu zespołów grających znacznie ostrzej. Dlatego do wysłuchania albumu zachęcam nie tylko miłośników tzw. art rocka, ale też wszystkich zainteresowanych szeroko pojętym melodyjnym rockiem, zwłaszcza tych spragnionych muzyki odbiegającej od utartych schematów.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover październik 2009
|