|
Skład: Ronnie James Dio - śpiew, instrumenty klawiszowe; Vivian Campbell - gitara; Vinny Appice - perkusja; Jimmy Bain - gitara basowa, instrumenty klawiszowe
Produkcja: Ronnie James Dio
Po krótkiej, choć jakże owocnej współpracy Ronniego Jamesa Dio z Black Sabbath, ten już wówczas sławny wokalista rockowy postanowił mocnym uderzeniem wejść na ścieżkę kariery solowej. W tym celu otoczył się muzykami, którzy z perspektywy czasu wydają się być prawdziwym dream teamem, w skład którego wchodzili: perkusista Vinny Apice (ex- Black Sabbath), basista i klawiszowiec Jimmy Bain (ex- Rainbow) i młody, wówczas mało znany, chociaż wielce uzdolniony gitarzysta Vivian Campbell (później Def Leppard). Formacja powstała wokół wokalisty (występującego również w roli kompozytora wszystkich utworów i producenta) została nazwana po prostu Dio, chyba po to, żeby dać do zrozumienia, kto tutaj rozdaje karty.
Pierwszym efektem pracy muzyków stał się jeden z najgłośniejszych albumów lat osiemdziesiątych, pełen epickiego rozmachu i klasycznych już hitów Holy Diver, który w znacznej mierze wpłynął na dalszy rozwój heavy metalu. Debiut Dio z jednej strony ma wciąż inklinacje do klasycznego metalu z poprzedniej dekady, z drugiej śmiało sięga po rozwiązania melodyczne i aranżacyjne typowe dla lat '80. Utwór otwierający płytę, zatytułowany Stand Up And Shout, kontynuuje styl wypracowany na płycie Heaven And Hell Black Sabbath - mamy w nim znakomity, metalowy riff, dość szybkie tempo i solówkę, będącą pierwszym i nie ostatnim popisem Campbella na tym krążku. Drugi kawałek to oczywiście sławny Holy Diver, rozpoczynający się "przestrzennym", kojarzącym się z filmami fantasy wejściem klawiszy, by dalej przejść łatwo zapamiętywanym riffem w metalowy marsz, tym razem nawiązujący nieco do twórczości Rainbow. Solówka znów ukazuje spory potencjał Campbella. Patetyczny śpiew Ronniego Jamesa Dio może niektórych drażnić, jednakże trudno temu gościowi odmówić profesjonalizmu; spotkałem się z opinią, że jest on jedyną osobą, która potrafi zaśpiewać swoje utwory bez narażenia się na ośmieszenie. Zupełnie inny klimat ma Gypsy, w którego zwrotce Ronnie wydziera się, jawnie naśladując dokonania AC/DC. Numer jest opatrzony znakomitym riffem, jednak jako całość niespecjalnie zachwyca. Równie dobra zagrywka, tym razem z lekko "zmetalizowaną" wstawką, rozpoczyna Caught In The Middle; tym razem melodia jest lepsza (podobać się może zwłaszcza przedrefren), powiedziałbym, ze już bardzo mocno zakorzeniona w latach osiemdziesiątych, dając "małemu wielkiemu człowiekowi" kolejny pretekst do wykazania się. Kontynuację tego sposobu śpiewania znajdziemy potem na płycie Sacred Heart. Don’t Talk To Strangers zaczyna się jak akustyczna ballada, by po wyśpiewanej zwrotce zaatakować heavymetalowym riffem i już typowym dla Dio rozwinięciem. Utwór zagrany w zmiennym tempie, podczas zwolnień zaczyna przypominać Rainbow. Zwraca uwagę specyficzny shredding Campbella z elementami gry staccato, patentem rozwijanym na kolejnych płytach Dio i potem Def Leppard. Z kolei struktura i rozwiązania rytmiczne rozpoczynającego się perkusyjnym intro Straight To Your Heart nieodmiennie kojarzą się z tymi z kawałków wczesnego Judas Priest, natomiast melodia - znów z Rainbow. W tym kawałku zwracają uwagę fajny bridge i dobra gra Appice’a. Nietypowy początek Invisible, zagrany na przesterowanych gitarach, przechodzi w następny metalowy marsz (co szczerze mówiąc zaczyna już trochę nużyć) zaśpiewany w refrenie z manierą przywodzącą na myśl Dee Snidera z Twisted Sister. Większe wrażenie robi na słuchaczu Rainbow In The Dark, kolejny nieśmiertelny klasyk Dio z jednym z najłatwiej rozpoznawalnych riffów w całej muzyce rockowej i z charakterystycznym (cóż, że nieodparcie kojarzącym się z dyskoteką) motywem klawiszy. W roku 1983 takie zastosowanie instrumentów klawiszowych musiało być złamaniem jakiegoś niepisanego kodeksu tzw. die hard fans. Campbell znowu nie oszczędza tu swoich palców, mówiąc kolokwialnie po prostu wymiata. Ostatni na płycie Shame On The Night charakteryzuje się wolniejszym tempem i atmosferą umiejętnie budowaną w zwrotkach przez wysuniętą na pierwszy plan gitarę basową i klawiszowe tło. Powolna, ale ciężka końcówka tego numeru z "horrorowymi" chórkami przypomina stare, dobre Black Sabbath.
Tak kończy się zabójcza porcja dziewięciu utworów, mająca tylko dwa przeciętne momenty. Truizmem byłoby stwierdzenie, że ten album przeszedł już do historii, że jest pozycją obowiązkową w płytotece każdego fana hardrocka i heavy metalu, itp. Ze swojej strony mogę tylko zachęcić do zapoznania się z treścią krążka tych, którzy jeszcze jakimś cudem go nie znają, a krytykantów, których śmieszy patos zawartych na nim kompozycji - do dokładniejszego przesłuchania. Wszak Dio nigdy później nie nagrał równie spójnego i udanego dzieła.
Oficjalna strona artysty: www.ronniejamesdio.com
Hardlover marzec 2009
|