|
Skład: Devin Townsend - śpiew, gitara, gitara basowa bezprogowa, nastrój, programowanie; Duris Maxwell - perkusja; Jean Savoie - gitara basowa; Dave Young - instrumenty klawiszowe, pianino, nastroje
Gościnnie: Ché Dorval - dodatkowy śpiew; Ryan Dahle - dodatkowy śpiew; Bjorn, Peter, Christopher, Grant, Corey, Jeremy, Ryan - dodatkowy śpiew
Produkcja: Devin Townsend
Ki to kolejny, właściwie solowy album Devina Townsenda, wszechstronnego muzyka z Kanady. Tyle, że sam autor postanowił, iż ów krążek ukaże się pod szyldem Devin Townsend Project i ma zapoczątkować serię czterech albumów tworzących jeszcze nieokreśloną całość. Być może twórca Ziltoida chce tym zabiegiem trochę odkurzyć swój wizerunek? W końcu to już dziesiąty LP na koncie. Pomijając motywy tej nieistotnej decyzji, warto skupić się na muzyce, bo nie ważne pod jakim szyldem Townsend będzie nagrywał - ważne, że pozostaje sobą.
A “pozostać sobą” w jego przypadku to pootwierane na oścież wszelkie szuflady z muzyką, z których, a to wydobędzie się progresywny rock, a to heavy metal, a to ambient, a to industrial, a to jeszcze coś innego... Na premierowym Ki jest wszystkiego po trochę, ale z przewagą rocka progresywnego i wyraźnym ukłonem w stronę jazzu i bluesa. Devin Townsend - Ki. Album pachniał jazzowym wsparciem już od momentu, kiedy wiadome było, że Townsend do jego tworzenia zaprosi takie postacie jak jazzującego bebniarza Durisa Maxwella, czy mającego progresywny rodowód Dave’a Younga (gitara, klawisze). Całość dopełnia basista Jean Savoie i kilku innych gości pojawiających się tu i ówdzie na Ki (głównie wokaliści). Ten album ma takie momenty, którymi nie powinni pogardzić fani fusion jazzu, a może i nie tylko oni? Zresztą sprawdźcie świetne jazzowo-bluesowe Ain’t Never Gonna Win..., na którym ujawnia się pełen kunszt Maxwella, Heaven Send z rewelacyjną gitarką i kolejnym popisem Maxwella, wielowątkowe Ki, czy równie atrakcyjne, podsypane klimatem o którym piszę, Demon League. Całościowo Ki jest delikatne jak papier toaletowy z tej mocno denerwującej reklamy z lisem. Nie stanowi to bynajmniej o mankamencie krążka, ale osoby przyzwyczajone do bardziej zadziornego Townsenda będą musiały obejść się tym razem smakiem. Artysta pokazuje pazura “zaledwie” na takich utworach jak Disruptr, Gato, Trainfire i fragmentarycznie w kilku innych, ale to tyle jeśli chodzi o temat cięższych brzmień. Trzecią grupę utworów na płycie stanowią głębokie, progresywno rockowe kompozycje będące wieloma momentami już nie klasycznymi progowymi utworami, a syntezą rzeczonego gatunku, jak i wylewającego się zewsząd jazzu, bluesa, industrialu, ambientu i... popu. Ostatnia szufladka nie jest żartem, bo odnoszę wrażenie, że Townsend momentami na Ki, świadomie czy też nie, wkroczył na klimat tych śmiesznych brytyjskich zespołów typu Oasis czy Coldplay, “dzięki” którym dzisiaj możemy mówić o takim wynalazku jak brit pop. Trochę to słychać przy Terminal, Winter, czy Lady Helen, ale znajdą się i tradycyjne, fajne klasyki bez niesmacznego przenikania w niepotrzebne (choćby Coast).
Na uwagę zasługują też genialne basy, prowadzące cały album. Są one zasługą na wpół Savoie i Townsenda. O ile ten pierwszy wydobywa z czterostrunowca klasyczne oczyszczacze dźwięków, a także tu i ówdzie nieimprowizowane wstawki, o tyle Townsend posługując się bezprogowym basem dodatkowo uwydatnia rockowo-jazzowy klimat krążka.
Oficjalna strona artysty: www.devintownsend.com
Robert Bronson czerwiec 2009
arktyka.wordpress.com
|